#33 Śmierdząca sprawa

Opublikowane: 28 April 2007 | Komentarze: 22
Kategoria: Chrysler Zaz [Wypadki]

Za czarnymi szybami nierzadko czai się kafar
Z tym samym D., z którym nie tak dawno temu grilowaliśmy na prawym pasie Wisłostrady, wybraliśmy się dzisiaj, proszę ja was, na relaksującą sobotnią przejażdżkę po centrum – potrzebowałem się wyluzować po serii niezbyt łatwych spotkań w Szwecji (acha – wrażenia zza morza opiszę po długim weekendzie).

D. na codzień jeździ sprowadzonym z Holandii Mitsubishi Galantem (dwa zero na fabrycznym gazie), ale na koleżeńskie wożenie bierze nieśmiertelną Tavrię. To leciwy już samochód, którego wszelkie elementy stalowe (od konstrukcji nośnej, przez blachy nadwozia po bagnet kontroli oleju) są pokryte grubą warstwą rdzy, bądź wręcz przerdzewiałe. By zatuszować ten fakt, D. “spimpował” auto wedle własnego pomysłu: białe spray’owe zaprawki karoserii, różowy misiek na kierownicy, gałka zmiany biegów z trupią czaszką a w schowku przed pasażerem plastykowy colt, co to wygląda jak prawdziwa spluwa Charlesa Bronsona.

Ku naszemu zaskoczeniu złapał nas korek na Świętokrzyskiej. Posuwaliśmy się leniwie prawym skrajnym pasem – powoli zbliżaliśmy się do przystanku autobusowego. Środkowym pasem, lekko przed nami, toczył się Chrysler Voyager: nowiutki i totalnie zaciemniony – nawet szyba pasażera czarna była niczym węgiel. Gdyby w środku jechał Jaś Fasola i pokazywał nam “faka”, nic byśmy o tym nie wiedzieli.

Voyager nagle włączył prawy kierunkowskaz i powoli zaczął wciskać się przed nas. Miejsca nie było wystarczająco dużo – od naszego prawego przedniego błotnika dzieliło go raptem kilka centymetrów. D. przezornie zatrąbił. Voyager stanął, majestatycznie się kolebiąc.

Jako, że nasz pas trochę się przeludnił, zrównaliśmy się z nim.
- Patrz, jak ich teraz załatwię – rzekł D., sięgając do schowka przede mną po wspomnianego już colta – zobaczysz, jak się spietrają.
I nie myśląc ani chwili, zaczął dziarsko wymachiwać atrapą – kręcił ją na palcu, pukał nią w szybę i dmuchał jej w lufę. A wszystko to w połączeniu z groźnymi minami kierowanymi w stronę czarnych szyb vana.
- Ty, a jak tam siedzi jakiś schab? – zapytałem. Niestety, zapytałem w złą godzinę…

Czarna szyba pasażera uchyliła się, i z czeluści w światło sobotniego popołudnia wychynął pełen krost, niedogolony i niewiarygodnie wielki ryj encyklopedycznego kafara. Spojrzał pustym wzrokiem na nas – odgadł, żeśmy frajerzy. Spojrzał pustym wzrokiem na colta – odgadł, że to zabawka. Spojrzał pustym wzrokiem na Tavrię – odgadł, że wóz nie jest w stanie wytrzymać nawet trzech jego kopniaków. Potem odwrócił ryja w kierunku niewidocznego dla nas kierowcy i ewidentnie przyjmował jakieś instrukcje.

A to, co stało się potem, trwało zaledwie 25 sekund. Dla lepszego zrozumienia przebiegu zdarzeń, przedstawię to wszystko w treściwych punktach:

1. “Dobra, szefie” – kafar chrapliwym głosem przyjął polecenie kierowcy.
2. Kafar zwrócił ryj w naszym kierunku i przesłał nam obleśnego całusa.
3. Kafar wsunął dłoń pod połę marynarki i coś schwycił.
4. Kafar wyjął spod marynarki coś, co wyglądało na pistolet.
5. D. ujrzał pistolet w dłoni kafara i się zesrał.
6. Ja pociągnąłem kierownicę w swoją stronę i krzyknąłem “Spieprzamy!”
7. D. wcisnął gaz w podłogę i Tavria skoczyła w przód jak dzika.
8. Wybiliśmy się na dość wysokim krawężniku i chwilę lecieliśmy jak ptak.
9. Z donośnym hukiem wylądowaliśmy na kamiennym, przystankowym śmietniku.
10. Jako że śmietnik częściowo wpadł pod nas, przednie koła nie dotykały ziemi i D. mógł przestać już dodawać gazu, bo nie miało to najmniejszego sensu.
11. Voyger zajął nasze miejsce na prawym pasie, a ryj kafara zniknął za czarną szybą.
12. Ze względy na kupę, którą D. zrobił 5 sekund wcześniej, nikt z ludzi oczekujących na przystanku nie kwapił się nam z pomocą.

Wszystko na szczęście dobrze się skończyło – zepchnęliśmy Tavrię ze śmietnika, a ona w podzięce pojechała dalej. Większych szkód, poza niewielką dziurą w podłodze pod moimi stopami oraz nieprzewidywalnym zachowaniem się auta w zakrętach, nie odnotowaliśmy. D. odwiózł mnie do domu i ze skwaszoną miną pojechał do siebie. Ja odetchnąłem głęboko – po raz pierwszy od feralnego zdarzenia – wcześniej oddychać głęboko nie mogłem, ze względu na kupę…

#32 Monica Bellucci wśród aut

Opublikowane: 25 April 2007 | Komentarze: 36
Kategoria: Honda

Tym postem rozpoczynam nową serię krótkich tekstów, tzw. “shortów” – stąd to (s) przy numerze powyżej. Nie będą to żadne tam historyjki powalające swoją głębią na kolana, zadające bobu wyobraźnią literacką czy choćby zapadające w pamięć na zawsze. Będą to po prostu kilku-zdaniowe posty, które będą się pojawiać z zaskoczenia. Takie ABC blogowania: wstęp, omówienie, opinia, ewentualne pytanie otwarte do was. Ot, taki “short”. Bo nie zawsze daję radę z tak dobrą historyjką tu podjechać…

A przechodząc do rzeczy…

Honda Prelude. Marzenie każdego Blogomotive’a…
Każdy na coś choruje – jeden na grypę, ktoś inny na łupież, mój sąsiad z dołu na utwór „Mury”, który prawie codziennie puszcza w kółko pomiędzy 21:00 a 21:30, znam gościa, co choruje na widok posła Cymanskiego… a ja od dawna choruję na Hondę Prelude. Radziłem się wielu specjalistów – dermatologa, neurologa i oczywiście internisty na początku. Nic – zero pomocy z nikąd. Preludka mnie dopadła i trzyma.

Do końca tygodnia będę w Szwedzkim Lund (pewnie z Internetem chała, bo to zacofany kraj, nawet Euro nie mają…) – mam nadzieję, że w hotelu będzie chociaż wanna – co wieczór ciepła kąpiel, czysta pościel, darmowe mydełko i papierowe kapcie – może mi przejdzie.

A wy, moto-hipochondrycy, na co chorujecie?

#31 Wydecholipsa

Opublikowane: 23 April 2007 | Komentarze: 4
Kategoria: FSO [Obyczaje]

Przywołany do porządku po dygresyjno-obyczajowo-publicystyczno-beletrystycznych postach, wracam do szeroko pojmowanej motoryzacji. Post krótki, bo i temat niebyt nośny…

Poldek na wypasie
Minął mnie zatem dziś w drodze z pracy Polonez Atu z silnikiem Rovera. Zadbany: wszelkie ślady korozji zatuszowane lakierem podobnym do oryginalnego, gustowna ciemna i bąblowata folia na wszystkich dozwolonych prawem szybach, tylne światła pociągnięte wbrew prawa ciemnym spray’em, odgromnik z czerwonym odblaskiem, czarne listy na krawędziach drzwi również z odblaskami – jednym słowem: Pimp My Ride.

Kierujący nim szczawik (to nie jest pejoratywne określenie, nic do niego nie mam, po prostu był młody) miał delikatnie nieświeży i błędny wzrok. Ano bo… Polonez miał założony rasowy, srebrny wydech Mugena w motocyklowym stylu: prosta rura o średnicy przemysłowej rynny. Normalnie możesz sobie w środku zamontować zastawkę, tzw. silencer, ale ten kierowca z tego nie skorzystał…

Hałas, który to auto emitowało, był porażający. Samochody zaparkowane nieopodal zaczynały autoalarmem przywoływać właścicieli. Sygnalizacja świetlna na drodze jego przejazdu przełączała się w tryb awaryjny i migała żółtymi. Na Żoliborzu ponoć wystąpił spadek mocy i przejście na III poziom zasilania. Huta “Sędzimira” wygasiła piece – po raz pierwszy od stanu wojennego. Nieopodal Bełchatowa zapadło się odkrywkowe wyrobisko węgla brunatnego. Apokalipsa!

- Darek, byłeś w sklepie?
- …
- Byłeś w sklepie?!
- …
- Darek!!!
- Co?
- W sklepie byłeś?
- Byłem.
- Kupiłeś włoszczyznę?
- …
- Czy włoszczyznę kupiłeś?
- …
- Darek!!!
- Co?
- @#%&!!!
- Oj, daj spokój, mi ten wydech nie przeszkadza…

#30 To była piękna porażka

Opublikowane: 23 April 2007 | Komentarze: 13
Kategoria: [Obyczaje] [Porady]

Nikt ci tak nie doradzi, jak kolega-internauta…
Urodziny Ryby były w sobotę. Akwarium zamówiłem w czwartek, odbiór był na piątek. Sprzedawca powiedział, że akwariów się nie kupuje – je się zakłada. Ale ja nie chciałem Rybie założyć akwarium w prezencie – ja chciałem jej je kupić już gotowe – z rybkami, roślinami filtrem, bąbelkownikiem i wodą. Sprzedawca uznał mnie za debila (choć przy mnie twierdził, że jestem tylko dziwny) i zaprosił w piątkowe popołudnie po odbiór.

Przyjechałem w piątek około 19:00 z Margolotem. Brzdąc z nóżki na nóżkę przestępował. Najpierw myślałem, że z powodu przepełnionego pęcherza, i mimo sprzeciwów dwukrotnie próbowałem córkę “wysadzić” na pobliskiej trawce. Potem się okazało, że przestępowała z podjarania – bo w domu będą jipki!

Przyszliśmy. Akwarium było, wody tak na 2/3, trochę roślinek, piasku, żwirku, 4 kamyki i 9 rybek. Niezbyt było eleganckie, ale za późno na wybrzydzanie. Sprzedawca tak był zaaferowany swoją pracą, że poprosił mnie o podjechanie autem bliżej wejścia, to on mi to dzielo, kurde, sztuki własnoręcznie włoży do bagażnika. Ja podjechałem – on wyniósł. Oblał się po drodze nawet bardzo. Jeden gubik wyskoczył na podłogę. Ale się pomylił i bardzo szybko zaczął tego żałować. Schwyciłem go i wrzuciłem z powrotem do wody. Ale schwyciłem go nazbyt mocno, więc wielkiej radości z powrotu do wody nie przejawił – jakoś tak niemrawo się ucieszył i powoli opadł na dno. Nie, nie umarł – po prostu tak przygasł troszkę…

Akwarium w bagażniku uczy pokory
Każdemu mistrzowi kierownicy polecam wożenie wypełnionego wodą akwarium w bagażniku – to uczy pokory. 2 minutowa droga ze sklepu do domu rozciąga się do niewyobrażalnych i nieskończonych 30 minut. Wskazówka prędkościomierza nie przekracza 20 km/h. Trąbią na ciebie wszyscy: kierowcy, skuterowcy z pizzerii, inwalidzi na elektrycznych wózkach oraz “elki”. Dostrzegasz w nawierzchni dziury i wyrwy, których wcześniej nie widziałeś. W zakręty wchodzisz wolniej od sąsiadki spod 32-ki, tej co porusza się już tylko z „balkonikiem”. Progi zwalniające na osiedlowych dróżkach urastają do ranki ścianki wspinaczkowej – przed przejazdem nacierasz dłonie magnezją, poprawiasz chwyt kierownicy i asekuracyjnie zamykasz oczy. 2 minuty stresu i „leżący policjant” pokonany. Jeszcze 3 razy to samo i jesteś pod domem. Hamowanie zaczynasz na 30 metrów wcześniej. Dojechałeś. Rozpiera cię duma…

…do czasu otwarcia bagażnika. W akwarium pozostało raptem trochę wody na dnie. Kilka gubików wyleguje się na białym piasku jak na plaży – no do cholery, ja się tu pocę za kółkiem i pedałuję, a ci się luzują! Reszta rybek chlapie się jak dzieci w zwolna wsiąkających w wykładzinę bagażnika kałużach. Zbierasz je, upychasz w resztkach wody i dumnie niesiesz akwarium do domu.

Radości było co niemiara
Ileż było radości – to wprost nie do opisania. Poza typowymi przejawami szczęścia w postaci krótkich i treściwych podziękowań: “Po coś to przyniósł”, “Wiesz, jak nie lubię ryb” oraz “I co jutro powiesz Marysi, jak je w nocy w klopie spuszczę?!”, otrzymujesz w nagrodę zadanie – “Lepiej wymyśl, jak się tego pozbyć jeszcze w ten weekend!”

W ten piątkowy wieczór byłem jeszcze przeciwny wyrzucaniu z domu tych wspaniałych rybek. Ale w sobotę rano zmieniłem zdanie. Akwarium (nie wiem, czy to wina wody, roślin czy może rybki były niebywałymi flejami) zaczęło tak niemożebnie śmierdzieć, że przebywanie z nim w jednym pokoju powodowało ból gardła, a kota sąsiadów budziły koszmary.

Najpierw obwiesiłem je choinkami zapachowymi. Nic nie pomogło – waliło nadal. Potem wrzuciłem do wody kilkanaście tic-taców. Połowę zżarł ten zbyt mocno ściśnięty gubik, druga połowa nawet się nie rozpuściła. Później powiesiłem na ściance kiblowy pojemnik z Bref WC-Żel. Żel rozlał się po całym akwarium ale zaraz potem został elegancko wciągnięty przez elektryczny filtr do wody. Filtr nieśmiale pryknął kłębkiem dymu…

Sobotę zatem spędziliśmy poza domem, ale zostawiliśmy w pokoju otwarte na oścież okna. Jak wróciliśmy wieczorem, w całym domu waliło bez zmian – niczym w wiejskim wychodku. A stojące obok otwartych okien kaktusy wymarzły. Jeden się skurczył, drugi pomarszczył a trzeci nawet pękł w pół…

Śmierdziało wszystko: woda, piasek i żwir. Rybki też…
W niedzielne przedpołudnie wyłapaliśmy rybki do niespecjalnie umytego słoika po kawie, wodę wylaliśmy do kibla, piasek, żwir i kamienie wyrzuciliśmy do śmietnika a akwarium i filtr niebawem wystawimy na allegro.

Bezsenne gubiki w roztworze kawy
Acha… rybki zwróciliśmy do sklepu. Przez kilka dni będzie je łatwo odróżnić od innych – po kawie są nienaturalnie pobudzone. A w mocnym tylnym oświetleniu w brzuchu tego zbyt mocno ściśniętego śmierdziela widać kilka kuleczek tic-taców…

#29 Kultura vs. kulturystyka

Opublikowane: 20 April 2007 | Komentarze: 8
Kategoria: BMW Skoda

Takie auta zawsze mogą wjechać przed Ciebie w kolejkę
Miała być przerwa, miałem nic nie pisać, ale… niespecjalnie mi pomogliście w wyborze prezentu dla Ryby, więc dziś rano wybrałem się do Auchan – w hiperku zawsze się jakiś gadżet znajdzie.
Czytaj dalej >>

#28 Planowana przerwa w nadawaniu

Opublikowane: 18 April 2007 | Komentarze: 17
Kategoria: [Rozważania]

W sobotę Ryba ma urodziny. Jestem w zupie z prezentami. Zawieszam bloga do poniedziałku. Jeśli ktoś ma sugestie na podarek – piszcie. Choć i tak nic mi nie pomożecie – jak znam matkę mojej córki, to żeby utrafić z prezentem musiałbym odwiedzić wróżkę, trzasnąć tarota i trzykrotnie pasjansa postawić dla każdego z pomysłów. A na to ani czasu, ani samozaparcia nie mam…

Szkoda, że Ryba nie ma prawka i własnego auta. Kupiłbym jej jakiś tuningowy gadżet z działu motoryzacyjnego w Tesko. Wiem, że taki prezent potrafi sprawić wiele radości…

#27 Niedoszły pan drwal

Opublikowane: 18 April 2007 | Komentarze: 49
Kategoria: Renault [Wypadki]

Wzruszyły mnie te wszystkie pozytywne, spontaniczne i kompletnie szczere komentarze w ostatnim i przedostatnim poście. Chyba częściej będę się tak łasił i mizdrzył. No, ale jak to mówią: let’s go to the work! Czas na motoryzacyjną historyjkę…

Z elektroniką w autach trzeba uważać…
A zatem… bardzo miło się jedzie trasą Katowicką – to taka namiastka niemieckich autostrad. Wystarczy jechać 130 km/h by być najszybszym. No, oczywiście najszybszym wśród prywaciarzy. Służbowe auta to zupełnie inna liga – przecież się spieszą na spotkanie. Spoko.
Czytaj dalej >>

#26 Przy porannej kawie

Opublikowane: 16 April 2007 | Komentarze: 17
Kategoria: [Rozważania]

Blog motoryzacyjny najlepszy przy porannej kawie!
Wiem, że co poniektórzy liczyli na humorystyczny acz mądry „felieton” motoryzacyjny do porannej kawy. Nic z tego – komentarze do ostatniego postu roznieciły we mnie chęć bycia chwalonym. Zawiedziony jednak ich mizerną liczbą (2, słownie: dwie! Sic!) powiedziałem sobie, że dopóki nie schlebicie mej próżności w nadmiarze – z dobrymi historyjkami motoryzacyjnymi może być cienko.

Wiem, że mogę się na tym pomyśle przejechać, bo statystyki mówią mi coś o mizernym czytelnictwie, a poza tym ludzie nie potrafią, w obecnych czasach, chwalić i komplementować. Dlatego też, poniżej zamieszczam kilka przykładowych pochwał. Jeśli nie macie siły ani weny pisać coś od siebie, wystarczy, że w komentarzu podacie numer wybranego z poniższej listy komplementu. Lepsze to, niż nic…

Nr 1 – prosty komplement od pracownika biurowego
Blogomotive, jesteś świetny. Bez Twoich diabelnie dobrych historyjek moja poranna kawa byłaby nie do wypicia. Po Twoich postach nawet lubię szefa! Tak trzymaj.

Nr 2 – treściwa pochwała od twardego workera
Kurwa, powalasz mnie. Polewam przy każdym Twoim tekście – extar był ten z filmikami. Jedź tak dalej, to się kurwa zabrechtam kiedyś na śmierć. I nie pierdol, że ci się nie chce!

Nr 3 – czułe słówka od czytelniczki z urzędu
Rafale, te teksty budzą we mnie chęć do życia. Uwielbiam się śmiać – a ilekroć czytam Twojego bloga, przez resztę dnia tryskam humorem. Dziękuję ci za to z całego serca i wierzę, że nigdy nie spoczniesz…

Nr 4 – konkret od księgowego
Bardzo dobre posty. Czasami zdarzają ci się literówki. Ogólnie jest OK. Często zaglądam.

Nr 5 – pozytywna krytyka od web2zerowca
Masz świetny styl, ale powinieneś coś zrobić w kwestii usability – przecież pole wpisu nowego komentarza nie może być przed starymi komentarzami. Poza tym optymalizacja pod SEO nie wygląda dobrze. Szkoda zaprzepaszczać takie teksty. Acha – i pomyśl o technorati i wykopie.

Nr 6 – szacuneczek od zioma
Elo, mistrzu. Te Twoje wpisy to zajeboza. Mamy z kolegami fun za każdym razem. Respekcik i nie pękaj! Yo! Jest jazzy!

Nr 7 – komcio od onetowego bloggera
Siemka Rafs. Piszesz super żeczy. Fajną fórą śmigasz. Wejdź na mojego bloga – www.nie-lubię-poldona-i-matmy-ale-lubie-wuef.blog.onet.pl – jest konkurs. Liczę na komcia w rewanrzu.

Nr 8 – dobra ocena od kogoś zbyt serio
Uważam, że Twój blog jest naprawdę niezły. Dużo piszesz o motoryzacji w subiektywnej perspektywie. Z wieloma kwestiami się zgadzam. Szkoda tylko, że temat ekologii potraktowałeś tak niesprawiedliwie. Czy ty naprawdę chcesz, by wieloryby wykrwawiły się na śmierć?!

Nr 9 – krótkie okej od osobowości
Piszesz OK. Tak trzymaj!

Nr 10 – wpis w stylu Ryby o nieodgadnionym sensie
Piszesz dla pochwał, czy dla siebie? Dziś żeś Margolota do ZOO zabrał i co – kolejka była za duża?! A gdzie ci się spieszyło – do tego twojego bloga? Ktoś to w ogóle czyta?! Pralka przestała prać – ci się koszule pogniotą! A zmyć znowu mam ja? Lepiej przestań to pisać, bo jesteś nieznośny. Lekko piszesz, ale ci to łeb zajmuje i cięgle w domu coś chrzanisz. Kiedy to ja ci mówiłam o tym, że się silikon koło wanny wydłubał?

#25 Wzorem prasy motoryzacyjnej

Opublikowane: 13 April 2007 | Komentarze: 7
Kategoria: Ford

Należało się jej…
Nowy Ford Fiesta – ileż atrakcji takie małe auto może dostarczyć kierowcy! Wczoraj pojeździłem wersją TrendX z silnikiem 1,4 TDCi. Tragedia. Po prostu tragedia. Och, jakże się myliłem podziwiając ją do tej pory wyłącznie z zewnątrz…

Ale czemu nie opisać tego wszystkiego wzorem pism motoryzacyjnych…? Czemu nie. A zatem, do dzieła!

Ford Fiesta. Minusy…Minusy, czyli to, co się nam nie podobało:
(-) pozycja za kierownicą (bo można wypaść przez przednią szybę zjeżdżając z krawężnika);
(-) fotele przednie (chyba konstruktorzy posunęli się dalej niż to możliwe – zamiast profilu wklęsłego oparcia pleców mają profil wypukły – nie trzeba zakrętu, by się z fotela zsunąć);
(-) skrzynia biegów (może się czepiam, ale gałka jest dokładnie pod prawym kolanem – choć z drugiej strony to zaleta – masz wolne ręce, bo biegi możesz zmieniać nożnie);
- silnik (słychać, że jest… czuć, że go nie ma…).

Ford Fiesta. Plusy…Plusy, czyli to, co w Fieście polubiliśmy:
(+) ładny z zewnątrz (do czasu pierwszej przejażdżki);
(+) uczy przewidywania (hamuj na długo przed planowanym miejscem postoju oraz bież zakręty tak łagodnie, by manewry te wykonać płynnie i bez niepotrzebnych szarpnięć – w przeciwnym wypadku wylądujesz bądź na przedniej masce z okruchami szkła w oku, bądź na fotelu pasażera dziwiąc się, że nikt autem nie kieruje);
(+) dostarcza wrażeń (trudno jest mi zapomnieć fakt bycia wyprzedzonym przy starcie spod świateł przez panią z poczty na dość wiekowym rowerze „Ukraina”. Zbolałbym to, gdyby nie fakt, że kobiecina miała na kierownicy zawieszone 4 reklamówki z Globi pełne ziemniaków, włoszczyzny i mrożonej fasoli. Gdyby nie zadryndała ostrzegawczo dzwonkiem byłaby kraksa – wyrzucało mnie na sąsiedni (jej) pas podczas próby wbicia kolanem trójki).

Ford Fiesta. Zdaniem właściciela…Zdaniem właściciela. Krystyna Odrowąż-Wisiorek, jeździ Fordem Fiestą z 2006 roku: „Fordem Fiestą jeżdżę od roku. Auto jest oszczędne i bezawaryjne. Silnik Diesla zapewnia wystarczające osiągi w mieście – można spokojnie ścigać się z jednośladami spod świateł. Mimo niewielkiej mocy wielokrotnie udało mi się takie wyścigi wygrywać – łatwo zyskiwałam przewagę w momencie, gdy kierowcy jednośladu spodnie wkręcały się w łańcuch.”

Ford Fiesta. Zdaniem eksperta…Zdaniem eksperta. Wojciech Bądorek, pracownik Feu-Vert: „Ford Fiesta to udana konstrukcja łącząca w sobie przyjemny i nowoczesny design z doskonałą technologią i dynamiką silnika TDCi. Odwiedzający nasz serwis użytkownicy Fiest chwalą niską awaryjność auta i wysoko oceniają komfort podróży na przednich wypukłych fotelach połączony z dużą dynamiką niemalże bezsilnej jednostki napędowej.”

Ford Fiesta. Zdaniem specjalisty…Zdaniem specjalisty. Kacper Kapcior, Koalicja na Rzecz Autogazu: „Ford Fiest z silnikiem TDCi niestety nie może być wyposażony w instalację gazową. To wielka szkoda, gdyż profesjonalny montaż instalacji VII generacji mógłby znacząco poprawić i tak doskonałe osiągi samochodu, pozwalając jego kierowcom na równą walkę z motorynkami, skuterami Piaggio oraz 160 tonowymi zestawami TIR.”

Najczęstsze usterki auta:
- stłuczenia przednich szyb na wysokości czoła kierowcy;
- otarcia i wgniecenia tylnego zderzaka na skutek nieudolnych acz nagminnych prób wyprzedzania czynionych przez niesubordynowanych rowerzystów;
- pękanie mocowań przednich foteli na skutek nieprofesjonalnych prób montażu oparć tyłem do przodu;
- wykrzywienia dźwigni zmiany biegów.

Najczęstsze rany i otarcia użytkowników:
- stłuczenia czoła;
- skurcze pleców;
- obrażenia kolan i okolic podudzia;
- liczne stłuczenia i otarcia wynikające z nieplanowanych oraz niekontrolowanych zmian na przednich pozycjach kierowca-pasażer.

Podsumowanie: „Ford Fiesta to nowoczesne i przestronne auto. Charakterystyczny i lekko agresywny design karoserii idzie w parze z tragicznym i pozbawionym śladów ergonomii wnętrzem. Technicznie zaawansowany silnik Diesla wyposażony w system Common Rail zapewnia godne osiągi na poziomie golfowego melexa. Samochód idealny do miasta (małego) i jazdy z górki (niezbyt stromej).

#24 Nieudolna wizja przyszłości

Opublikowane: 11 April 2007 | Komentarze: 11
Kategoria: Honda Toyota

Honda Civic z daleka wygląda nawet nieźle. Ale tylko z daleka…
Założę się, że mniej więcej 20 lat temu jakieś włoskie studio stylistyczne zadało swoim początkującym designerom (czy nawet praktykantom) zadanie zwizualizowania samochodu XXI wieku. I ci młodzi, nieopierzeni graficy siedli wspólnie do pracy i zmajstrowali zbiorowy projekt.

Przedstawili go szefowi, a on skomentował go jednym, dosadnym przemówieniem:
- Wygląda toto tak, jakby leniwy rzeźbiarz dostał zlecenie, którego nie chce mu się wykonać. A że pieniędzy potrzebował, postanowił jednak je zrobić i jak najmniej się namęczyć. Wziął tedy kloc drewna i ociosał go najmniej jak potrafił. Taki mi właśnie tu projekt pokazaliście – klocek mało ociosany – rozejrzał się po zarumienionych twarzach i kontynuował – Wygląda to jak ogólny zarys samochodu. A gdzie finezja, gdzie detale, gdzie emocje? No gdzie, się ja pytam? (szyk przestawny jest w pełni uzasadniony – mistrz designer miał babkę Niemkę).

I studio to schowało projekt do szuflady. Przylepili na nim nawet żółtą karteczkę (o ile takowe były 20 lat temu) z odręcznym dopiskiem: „raczej niesprzedawalny”.

20 lat później, czyli jakieś 2 lata temu, do tego włoskiego studia projektowego zgłosił się zabawny japończyk – miał zbyt wysoko podciągnięte szorty, białe podkolanówki, obciskającą obły brzuch koszulkę polo z krokodylkiem na piersi i malutki aparacik cyfrowy dyndający u szyi. Przedstawił się jako prywatny inwestor poszukujący projektu dla nowego auta, które chciałby produkować w małych seriach. Jako, że budził zaufanie, Włosi pozwolili mu pobuszować w projektach. I w ten właśnie sposób mały i niepozorny Japończyk wszedł w posiadanie projektu sprzed 20 lat, przedstawiającego auto przyszłości. Słono za ten projekt zapłacił, bo Włosi to cwaniaki – odegrali scenkę sugerującą, że to jeden z najbardziej skrywanych projektów ich biura.

Ale Japończyk też oszukał Włochów – nie był niepozornym turystą a cenionym Japońskim stylistą, chwilowo bez weny. Odpowiadał za projekt nowej Hondy Civic. I kupiony za niemałe pieniądze nieudolny projekt włoskich praktykantów posłużył mu za bazę do ostatecznego projektu auta.

Co z tego wyszło, widzimy dziś na naszych drogach. Znając powyższą historię (za jej prawdziwość nie ręczę, być może sam ją na szybko wymyśliłem) wiemy już, czemu nowa Honda Civic wygląda tak, jak wygląda. Ten projekt jest po prostu zły od podstaw. W pierwszym kroku popełniono błąd – nie można tworząc nowoczesnego auta wzorować się na wizjach przyszłości sprzed dwóch dekad! Taki kształt karoserii, takie detale zewnętrzne, takie wnętrze to nie dzisiejsza wizja przyszłości. To wizja naszych czasów oczyma ludzi z 1985 roku.

Czyż baryłkowaty profil karoserii, nie różniący się znacznie od w miarę normalnego (acz również zupełnie nieudanego) Civica poprzedniej generacji, nie jest nazbyt futurystycznie pociachany zgnieceniami i kątami ostrymi?

Super te światła, co nie? Jak z “Powrotu do przyszłości 2″…
Czyż przeźroczyste płaty przednich i tylnych świateł nie wyglądają jak żywcem wyjęte z projektu extra-wozu bojowego stworzonego na nudnej lekcji polskiego przez nastolatka? I do tego światła te, przy obecnej technologii, nie zyskują nawet po ich włączeniu – żarówki nie doświetlają zakamarków reflektora, tworząc wrażenie kurzu i nieporządku wewnątrz.

Czyż deska rozdzielcza z tym płatem plexi przed zegarami, kuriozalnie wystającymi kratkami nawiewu oraz rozrzuconymi przyciskami i pokrętłami rodem z taniej Hondy Jazz/City nie wygląda jak kokpit Fiata Multipla?

Do tego cała lista kuriozalnych detali: plastykowe zaślepki rur wydechowych w słabej wersji 1.4, klamki tylnych drzwi ukryte w słupkach (jakby to miało kogoś zmylić, że patrzy na auto coupe) czy choćby przedzielenie tylnej szyby w poprzek, które nie wiedzieć czemu służy (design? spojler? atrakcja turystyczna?).

Honda Civic - ta kierownica pewnie jest od innego auta…
Czy zatem nowa Honda Civic ma jakieś zalety? Otóż ma. I to aż trzy!
1. Bardzo ładną i poręczną kierownicę.
2. Uroczo małe tylne drzwi z niewielką szybą, zza których pasażer tylnego rzędu ledwo cokolwiek może zobaczyć.

Auris to chyba anagram od Yaris…
3. I zaleta najważniejsza – dzięki niej Toyota Auris nie wygląda jeszcze gorzej, niż mogłaby wyglądać. Nie wiem czy wiecie, że po ogłoszeniu wstępnego projektu Hondy Civic Zarząd Toyoty zrezygnował z wypuszczenia zaraz po Hondzie następcy Corolli. Mało tego – Toyota zwolniła cały dział projektowy i zaczęła tworzyć nowy design auta od podstaw. I dzięki temu Auris wygląda jak Yaris z nadwagą. A przecież gdyby nie nowy Civic, mógłby wyglądać równie dramatycznie jak Yaris Verso…
Yaris Verso jest równie piękny jak Ssang Yong (Pa)Rodius

Miałem kiedyś Hondę Civic. Niefartowną, ale prześliczną. I jak tu mieć sentyment do tych aut?

A czy wam podoba się nowy Civic? Ciekawe, czemu…

Pages: 1 2 >>