#30 To była piękna porażka

Urodziny Ryby były w sobotę. Akwarium zamówiłem w czwartek, odbiór był na piątek. Sprzedawca powiedział, że akwariów się nie kupuje – je się zakłada. Ale ja nie chciałem Rybie założyć akwarium w prezencie – ja chciałem jej je kupić już gotowe – z rybkami, roślinami filtrem, bąbelkownikiem i wodą. Sprzedawca uznał mnie za debila (choć przy mnie twierdził, że jestem tylko dziwny) i zaprosił w piątkowe popołudnie po odbiór.
Przyjechałem w piątek około 19:00 z Margolotem. Brzdąc z nóżki na nóżkę przestępował. Najpierw myślałem, że z powodu przepełnionego pęcherza, i mimo sprzeciwów dwukrotnie próbowałem córkę “wysadzić” na pobliskiej trawce. Potem się okazało, że przestępowała z podjarania – bo w domu będą jipki!
Przyszliśmy. Akwarium było, wody tak na 2/3, trochę roślinek, piasku, żwirku, 4 kamyki i 9 rybek. Niezbyt było eleganckie, ale za późno na wybrzydzanie. Sprzedawca tak był zaaferowany swoją pracą, że poprosił mnie o podjechanie autem bliżej wejścia, to on mi to dzielo, kurde, sztuki własnoręcznie włoży do bagażnika. Ja podjechałem – on wyniósł. Oblał się po drodze nawet bardzo. Jeden gubik wyskoczył na podłogę. Ale się pomylił i bardzo szybko zaczął tego żałować. Schwyciłem go i wrzuciłem z powrotem do wody. Ale schwyciłem go nazbyt mocno, więc wielkiej radości z powrotu do wody nie przejawił – jakoś tak niemrawo się ucieszył i powoli opadł na dno. Nie, nie umarł – po prostu tak przygasł troszkę…

Każdemu mistrzowi kierownicy polecam wożenie wypełnionego wodą akwarium w bagażniku – to uczy pokory. 2 minutowa droga ze sklepu do domu rozciąga się do niewyobrażalnych i nieskończonych 30 minut. Wskazówka prędkościomierza nie przekracza 20 km/h. Trąbią na ciebie wszyscy: kierowcy, skuterowcy z pizzerii, inwalidzi na elektrycznych wózkach oraz “elki”. Dostrzegasz w nawierzchni dziury i wyrwy, których wcześniej nie widziałeś. W zakręty wchodzisz wolniej od sąsiadki spod 32-ki, tej co porusza się już tylko z „balkonikiem”. Progi zwalniające na osiedlowych dróżkach urastają do ranki ścianki wspinaczkowej – przed przejazdem nacierasz dłonie magnezją, poprawiasz chwyt kierownicy i asekuracyjnie zamykasz oczy. 2 minuty stresu i „leżący policjant” pokonany. Jeszcze 3 razy to samo i jesteś pod domem. Hamowanie zaczynasz na 30 metrów wcześniej. Dojechałeś. Rozpiera cię duma…
…do czasu otwarcia bagażnika. W akwarium pozostało raptem trochę wody na dnie. Kilka gubików wyleguje się na białym piasku jak na plaży – no do cholery, ja się tu pocę za kółkiem i pedałuję, a ci się luzują! Reszta rybek chlapie się jak dzieci w zwolna wsiąkających w wykładzinę bagażnika kałużach. Zbierasz je, upychasz w resztkach wody i dumnie niesiesz akwarium do domu.

Ileż było radości – to wprost nie do opisania. Poza typowymi przejawami szczęścia w postaci krótkich i treściwych podziękowań: “Po coś to przyniósł”, “Wiesz, jak nie lubię ryb” oraz “I co jutro powiesz Marysi, jak je w nocy w klopie spuszczę?!”, otrzymujesz w nagrodę zadanie – “Lepiej wymyśl, jak się tego pozbyć jeszcze w ten weekend!”
W ten piątkowy wieczór byłem jeszcze przeciwny wyrzucaniu z domu tych wspaniałych rybek. Ale w sobotę rano zmieniłem zdanie. Akwarium (nie wiem, czy to wina wody, roślin czy może rybki były niebywałymi flejami) zaczęło tak niemożebnie śmierdzieć, że przebywanie z nim w jednym pokoju powodowało ból gardła, a kota sąsiadów budziły koszmary.
Najpierw obwiesiłem je choinkami zapachowymi. Nic nie pomogło – waliło nadal. Potem wrzuciłem do wody kilkanaście tic-taców. Połowę zżarł ten zbyt mocno ściśnięty gubik, druga połowa nawet się nie rozpuściła. Później powiesiłem na ściance kiblowy pojemnik z Bref WC-Żel. Żel rozlał się po całym akwarium ale zaraz potem został elegancko wciągnięty przez elektryczny filtr do wody. Filtr nieśmiale pryknął kłębkiem dymu…
Sobotę zatem spędziliśmy poza domem, ale zostawiliśmy w pokoju otwarte na oścież okna. Jak wróciliśmy wieczorem, w całym domu waliło bez zmian – niczym w wiejskim wychodku. A stojące obok otwartych okien kaktusy wymarzły. Jeden się skurczył, drugi pomarszczył a trzeci nawet pękł w pół…

W niedzielne przedpołudnie wyłapaliśmy rybki do niespecjalnie umytego słoika po kawie, wodę wylaliśmy do kibla, piasek, żwir i kamienie wyrzuciliśmy do śmietnika a akwarium i filtr niebawem wystawimy na allegro.

Acha… rybki zwróciliśmy do sklepu. Przez kilka dni będzie je łatwo odróżnić od innych – po kawie są nienaturalnie pobudzone. A w mocnym tylnym oświetleniu w brzuchu tego zbyt mocno ściśniętego śmierdziela widać kilka kuleczek tic-taców…
Jeśli masz ochotę przeczytać coś podobnego, kliknij w wybrany link kategorii lub tagu,
albo po prostu przejrzyj archiwum wszystkich tekstów.
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!





Świetny tekst, dziekuję!
Po tej lekturze już wiem jak należy zakładać akwarium i ile płynie z tego radości ;)
Ja na Twoim miejscu już bym oczekiwał wizyty tych “zielonych” – za meczenie zwierzątek :P… Swoją drogą rybcie sa fajne, na NKP możesz zobaczyć mój baniaczek. Od kilkunastu lat mam akwa … widac pan w sklepie był mało kompetentny ;) ZA szybko się poddaliście. Zawsze można było włożyć zółwia do sprzątania a późnej go na spacer na trawkę …:D
Pozdrawiam
Tekst śmieszny, ale nie na tyle, aby dotrzec do końca, poza tym troche odchodzisz od głównego tematu bloga, to nie jest jazzy…
Leżący policjant wysokiej ranKi, to chyba tylko po służbie (i kilku głębszych) ;) . A może po prostu zraniony? BTW, pisz o motoryzacji, obyczajowiec się zrobił.
Dobra, kończę z obyczajową beletrystyką. Będę pisał tylko o motoryzacji, bo chcę być jazzy, chucky i cool!
Zeby ryby w bagazniku wozic ? Z drugiej strony ja tez tak jezdze i to bez zmiennocieplnych kregowcow. Przez dziury…
Jeśli, z jakiegoś powodu, kiedyś mocowania amortyzatora tylnego zaczną puszczać, każdy kilometr będzie jak pełne akwarium… w dodatku hałasujące…
Już nie przesadzajmy :D Było coś o motoryzacji w kontekscie przewozenia duzych gabarytowo przedmiotów z woda :P
Rafale, Zakładam że meble z Ikea wiózłbyś już złożone…
Meble tylko złożone. Nie wyobrażam sobie paprania auta tymi zafajdanymi, szarymi kartonami. Z resztą zwyczaj ten, Piotrze, przejąłem po Tobie. Pamietam, jak próbowałeś do swego sedana wtrynić złożoną Anebodę, krzesełko Mammut i komódke Svirtag…
chyba polubilem tego “zbyt mocno ściśniętego śmierdziela” z nierozpuszczonymi tic tac’ami :)
chcialem tez kiedys sobie kupic “jipki” ale jak tak wala to sobie odpuszcze :)
pozdro!
Walą, oj walą. Sprzątałem dziś balkon, i stojące tam od kilku dni, puste już i wymyte mydłem akwarium nadal jedzie…
Uuuu… dawno się tak nie uśmiałem… ostatni raz pewnie przy lekturze magicznych przygód kubusia puchatka… zdrowie!