#42 Dyblog dla mistrza kreacji
Opublikowane: 29 May 2007 | Komentarze: 10
Kategoria: [Obyczaje] [Rozważania]

Pamiętam, że moje pierwsze miesiące w blogosferze owocowały codziennymi zagwozdkami – co on miał na myśli? Czy wszyscy popełniają te same literówki? Czy blogosfera pełna jest dysgrafików i grubopalczastych spelling-mistejkowców? Z biegiem czasu jednak zacząłem jorgać, o co w tym wszystkim chodzi i co znaczą te wszystkie absurdalne lole, rotfle i afaiki. Choć do dziś nie mogę wyjść z podziwu dla wszystkich, którzy używają, a co gorsza rozumieją, akronim lolak.
Postanowiłem na łamach tego bloga, z Waszą oczywiście pomocą, stworzyć mini słownik akronimów motoryzacyjnych. Wiem, że taka inicjatywa jest potrzebna – bo wyobraźcie sobie sytuację, gdy gruby wędkarz wyskoczy wam przed maskę z podporządkowanej swoim Hyundaiem Pony. Zamiast lżyć go i poniżać, wystarczy krótko i treściwie rzucić przez uchylone okno: Enespede! (NSPD, czyli “Naucz się przepisów, durniu!”). I sprawa załatwiona. Jeden-zero dla was. A wędkarz ma się z pyszna…
Poniżej widzicie opracowany przeze mnie na przestrzeni ostatnich 21 miesięcy (4h codziennie, weekendy i święta kościelne wolne) zalążek słownika. Skoro ja mogę go używać, Ty możesz również!
- NMK (czyt. enemka), czyli: niezłe masz kapciochy – elokwentny komplement dla niebanalnych opon;
- KZZ (czyt. kazetzet lub kazyzy), czyli: kul zglebiony zawias – treściwy komentarz do obniżonego zawieszenia;
- ABZNP (czyt. abezetenpe z akcentem na “ze”), czyli: ale bryczka zaraz nas połknie – zwrócenie uwagi pasażera na wyprzedzający nas właśnie sportowy (lub co o wiele częstsze – służbowy) samochód na ksenonach;
- DCPN (czyt. decepeen lub de-stacja), czyli: dłubałeś coś przy nim? – niedowierzające pytanie kierowcy Golfa III (składak), który został wyprzedzony ze startu zatrzymanego spod świateł przez Seicento Sporting, ale udało mu się go dogonić na kolejnych światłach, gdzie zadał to akronimowi pytanie;
- STTOM (czyt. stom – tak twardo, po szwedzku), czyli: standard, tylko tłumik od Malona – odpowiedź, którą kierowca Seicento Sporting może nieodwracalnie psychicznie zglebić kierowcę wyprzedzonego Golfa III;
- NPJ (czyt. enpejot, lub z jęz. ang. enpedżej), czyli: nieźle przyjebał – typowy komentarz 85% kierowców mijających wsparte przednią szybą o drzewo srebrne Audi A4;
- AGO (czyt. ago), czyli: ani grama oleju – krótka odpowiedź na pytanie “Ile bieże?”, jakże charakterystyczna dla zawodowego sprzedawcy aut używanych;
- PJO (czyt. pjo), czyli: przebieg jest oryginalny – oczywiście, to widać, bez dyskusji, wierzę Panu (a potem zmieniasz komis);
- SPK (czyt. espeka lub espek), czyli: samochod po kobiecie – bo wszak każdym autem z podwarszawskiego komisu wcześniej jeździła tylko spokojna nauczycielka polskiego, mieszkająca rzut beretem od szkoły, co tłumaczy tak niski przebieg, który przecież jest PJO;
- JPW (czyt. jotpewu lub dżejpef), czyli: jestem pierwszym właścicielem – standardowa zagrywka telefoniczna pana Marka, zawodowo trudniącego się ściąganiem lekko bitych aut z Belgii i Holandii;
- UK (czyt. uka), czyli: usunąłem katalizator – typowa wypowiedź na forach motoryzacyjnych w wątku “Domowy tunning, czyli jak tanim sposobem podnieść moc auta o zniewalające 2 konie mechaniczne”;
- BMOKT (czyt. bimokt), czyli: brak możliwości odłączenia kontroli trakcji – jeden z najczęściej spotykanych zarzutów wobec samochodów o sportowym wizerunku, powielany we wszystkich pismach motoryzacyjnych – bo jakby rzeczywiście kogoś poza 1 promilem kierowców bolał nieodłączalny ESP w reprezentacyjnej limuzynie za 180 tysięcy złotych;
- 10DS (czyt. 10dees), czyli 10 sekund do stu – nierzadka przechwałka forumowa właścicieli 60 konnych Seatów Ibiza lub Fordow Fiesta 1,3l, po tym, jak zamontowali im tłumik, stożek i świece NGK;
- MPT<5PM (czyt. empete5peem lub mniej5peem), czyli: mój pali teraz mniej niż 5 litrów po mieście – również typowa wypowiedź forumowicza, podkreślająca proekologiczne walory domowego strojenia silników zasilanych gazem;
- GWP (czyt. giewup), czyli: gaz w podłodze – styl jazdy dzieci, użyczających auta od rodziców;
- WK2H (czyt.wukadwie), czyli: Warszawa-Kraków 2 godziny – standardowe założenie czasu dojazdu na spotkanie większości przedstawicieli handlowych użytkujących Ople Vectra, Fordy Mondeo, Renault Laguny czy Toyoty Avensis (wszystko w Dieslu, oczywiście);
- WTIŚ (czyt. wtilala z mazowieckim zaśpiewem), czyli: wieś tańczy i śpiewa – cisnący się na usta komentarz do niektórych zdjęć “naszych aut” prezentowanych przez aktywnych i łasych na komplementy forumowiczów;
- ASNP (czyt, asenpe), czyli: Alfy się nie psują – stary i brodaty żarcik, nadal wywołujący uśmiech u znacznej większości samochodziarzy… choć jak można się domyślać, nie wszystkich śmieszy.
A na koniec standardzik. Ręka przy uchu i szara codzienność. Nic nieznaczący przerywnik w rozmowie telefonicznej. W zasadzie nawet nie przerywnik – ot, taka forma przywitania. Takie otwarcie konwersacji. Taki wtopiony w wypowiedź, niesłyszalny niemal przecinek.
NMRJS (czyt. enem-blabla-brumbrum), czyli: nie mogę rozmawiać, jadę samochodem.
Acha – dla golloba kreacji, kubicy surrealizmu i hołka elokwencji przygotowałem uniklany i jedyny w blogosferze wirtualny Dyblog!!! Decyzję podejmie jury jednoosobowe, no chyba że Ryba postanowi się z moim “wirtualnym ja” trochę bardziej zintegrować.
Liczę na waszą inwencję. Jak się coś pokaźnego w komentarzach uzbiera, to kto wie – może jakąś wersję „do druku” przygotuję z tego później.
Czytelnicy – do klawiszy!
Ale bez pośpiechu – jest czas, przemyślcie kwestię, by nie wypalać w komentarzach ślepakami. Pamiętajcie – tworzymy dzieło dla potomnych! Powodzenia! Dyblog czeka!
#41 Kaszlak w płytkim śniegu
Opublikowane: 25 May 2007 | Komentarze: 12
Kategoria: Fiat

Maluch był moim pierwszym samochodem (co prawda był mojej mamy, ale użytkowałem go głównie ja) i nie potrafię wyzbyć się do niego sentymentu.
- Gdybyś miał trochę wolnej kasy, to co byś sobie kupił? – spytała Ryba, myśląc zapewne o jakimś meblu lub w najgorszym razie o nowej poduszce na sofę.
- Kaszlaka. Białego. Dwa granatowe pasy bym mu po dachu puścił – odparłem bez zastanowienia.
- Na cholerę ci Maluch?!
- Zimą ślizgałbym się na parkingach koło supermarketów.
- A właśnie – ser się kończy, kiedy pojedziesz do Tesco?
Hmmm… czy tylko pierwsze auto się tak miło wspomina?
#40 Pokarało mnie
Opublikowane: 23 May 2007 | Komentarze: 9
Kategoria: [Wypadki]

No i pokarało mnie za tę żółć… Dwutakt, but kolegi, chrzęst i… ostry dyżur. Spoko – gaz naciska się łatwo, a hamulec bez czucia, więc przed każdymi światłami potwierdzam dane producenta – 40,2 m na rozgrzanych klockach (nota bene nowe Lucasy od przedwczoraj).
Mam dwie kule – takie przedramieniowe – nie pod pachę. Wyrobię sobie mięśnie jak Popeye. Będę miał w dłoniach uścisk imadła. Usunę sobie oparcie z fotela kierowcy – będę miał wystarczająco dużo pary, by na zakrętach trzymać się tylko kierownicy. Wieczorami będę dorabiał u wulkanizatora – bez kluczy będę koła wymieniał.
Gdybym teraz z tym gipsem w kogoś przygrzał – ubezpieczyciel mi chyba OC nie uzna. A policja wezwana do stłuczki pewnie mi będzie chciała prawko zabrać. Ale nie zabiorą – będę spieprzał kuśtykochodem przez krzaczory. Ale odpukać 3 razy w niemalowane…
#39 Road rage, czyli post pełen żółci
Opublikowane: 21 May 2007 | Komentarze: 28
Kategoria: Skoda [Obyczaje] [Rozważania]

Wieczorem mój kolega trochę się spieszył na kosza i został mu tylko jeden niewinny skręt w prawo. Ale utknął na światłach właśnie na tym prawym pasie – nie było zielonej strzałki (ani podwieszanej, ani zapalanej), więc stojący przed nim kierowca w służbowej Skodzie Octavii miał pełne prawo ignorować jego chęć skrętu. Kolega się spieszył, więc ominął go po lewej – ale miał pecha, bo jak wyjechał przed tę Skodę i rozpoczął dość powolny manewr skrętu w prawo (przez tory tramwajowe), zmieniły się światła i kierowca tej służbówki ruszył zaperzony i dość poważnie obtrąbił kolegę. Mało tego – skręcił za nim, i śledząc go niejako, pojechał aż na parking pod salą. Tam wysiadł i dość agresywnie wyłuszczył swoje racje – że k***a naucz się jeździć ch**ju, że ci zaraz pie****nę, i że k***a, k***a i w dupę…
Kolega nie gra w kosza sam, bo to niepopularne, więc parking zapchany był zawodnikami – między innymi i mną. Była nas siła, więc “tafgaj” z Octavii mocno przestraszony uciekł, rzucając przez otwarte okno jeszcze kilka wyzwisk typu: kokota, pupa i siurek.
Nie da się ukryć, że gość ze Skody miał rację. Miał rację… i co z tego?! Zachował się jak dureń, który myśli, że agresją naprawi świat.
Zachował się niczym mistrz, który stanie na środku jednokierunkowej pod blokiem, by nie puścić jadącego z naprzeciwka (pod prąd, to fakt) przyjezdnego na lubelskich tablicach, którego idiotycznie wytyczone dróżki i losowo rozstawione zapory przeciwko straży pożarnej, karetkom i śmieciarkom zmusiły do tego “przestępstwa”.
Zachował się niczym jedyna sprawiedliwa, która po wykonanym przed nią manewrze zmiany pasa bez mrugnięcia kierunkiem dogania cię, ryzykownie wyprzedzając przed przejściem, i jedzie obok nieszczędząc epitetów i wymownie pukając się w czoło. Jedzie tak i jedzie, i puka się i puka… ale na drogę niespecjalnie patrzy.
Zachował się niczym gwiazdor NASCAR, który tak skutecznie i z premedytacja nie daje ci zmienić pasa ruchu (“k***a przecież wcześniej mogłeś ten pie****ony manewr wykonać, z daleka było widać roboty i był znak o zwężeniu, ty durniu”), że nawet o pobocze i krawężnik wysoki na 40cm zahaczy, byś tylko nie wjechał w korku przed niego.
Zachował się niczym król mazurskich szutrów, który gdy tylko mu delikatnie zajedziesz (zdarza się przecież) musi cię wyprzedzić i zahamować przed tobą. Acha – ten manewr nie występuję na ogół samodzielnie – jest dostarczany w McZestawie – wyprzedzenie, przyhamowanie, zajeżdżanie i strojenie groźnych min we wstecznym lusterku.
I po co to wszystko?! Agresją zmienisz świat?! Wal się na ryj! Chcesz sparing? Wysiądź – ważę 96 kilo – i uwierz mi, że jak ci usiądę na brzuchu, to ci się furia wyprzęgli na dłużej.
PS. Opisane w poście wydarzenia wydarzyły się naprawdę. Gdybym zapamiętał numery rejestracyjne tych “bohaterów”, byłyby one tu opublikowane.
PS2. Zauważyłem, że wylewanie żółci jest coraz bardziej popularne w blogosferze. Niniejszym dołączam do tego pochodu tym debiutanckim żółcio-postem. Bądźcie wyrozumiali – wszak to debiut…
PS3. A jeśli przypadkowo mieliście podobne momenty – dajcie znać. Możemy się namówić i znaleźć tych cwaniaków. Podeślemy im zdjęcie dziecka wychodzącego ze szkoły. Napiszemy kredą na drzwiach K+M+B 2005. Zabrudzimy szminką kołnierz płaszcza. A gdy to nie poskutkuje, naślemy zawodowca – sprzedawcę odkurzaczy Rainbow – taki nie odpuszcza, idzie za ciosem jak Rocky, jest prawdziwym pistoletem – zorganizuje im w domu prezentację dla najbliższych przyjaciół i gość będzie towarzysko spalony. Opuści go żona. Dzieci zrzekną się alimentów. Bankomat połknie mu kartę a nocą zakoszą mu chromowane kołpaki. I pomyśleć, że wszystko to dzięki jednemu głupiemu manewrowi. Inne życie zaczyna się w aucie…
#38 Czarne proste równoległe
Opublikowane: 17 May 2007 | Komentarze: 5
Kategoria: BMW

Gmits jest twardym zawodnikiem i zupełnie na luzach potrafi wypić, nawet bez okazji, 2 litry wódki. Gmits jest również człowiekiem odpowiedzialnym – nigdy potem nie prowadzi. Tak było i wczoraj – Gmits postanowił się trochę storpedować i poprosił mnie o zabranie na noc jego auta i podjechanie nim po niego z rańca, celem odwiezienia go do roboty. Mam swoją godność i takich zleceń nie biorę, ale Gmits jeździ 25-letnim BMW 735i. Przy takim aucie kwestie godności można pominąć…
- Miszczu, bierz go kurna, tylko ostrożnie. A rano przed ósmą bądź tu, to mnie do roboty weźmiesz – rzekł Gmits wręczając mi dowód i kluczyki.
- Spoko, będę siódma trzydzieści – powiedziałem, wziąłem i wyszedłem. Ręce mi drżały…
Najpierw pojechałem po Juniora. Powoziliśmy się trochę po okolicy. Bez większych atrakcji – raz czy dwa razy raptem wyprzedziliśmy kogoś bokiem na zakręcie. Wiem, że to brzmi jak przechwałki szczeniaka, ale w tym BMW wystarczy na zakręcie mocniej dodać gazu a samochód od razu jedzie bokiem – mało tego, on samodzielnie zakłada kontrę i majestatycznie, z piskiem i delikatnym dymieniem opon driftem wyprzedza jadących wolniej.
Potem podjechałem po Stopera. Wsiadł cały rozedrgany.
- Daj mi trochę – błagalnie zaszczebiotał.
- Zaraz – wycedziłem przez zęby, bo właśnie kreśliłem tylnymi kołami dwie czarne proste równoległe.
Potem zmieniliśmy się miejscami i Stoper ruszył.
- Nieżle idzie, co nie? – zagaiłem
- Ychy – rzucił zajęty kreśleniem dwóch czarnych prostych równoległych.
Potem zadzwoniłą Ryba:
- Wracaj już, Misiu.
- Zaraz będę.
- A co to za pisk?
- To? Jaki pisk? A ten pisk? Nie wiem…
Przesłałem buziaki i się rozłączyłem. Stoper nadal kreślił dwie czarne proste równoległe…
Potem ścigaliśmy się spod świateł z jakimś motocyklistą krossowym. Starał się jak mógł, stawiał sprzęt na tylnym kółku, kulił się i zmniejszał opór. Ale został w tyle. Tylko on i dwie czarne proste równoległe.
A potem BMW zgasło. Wtoczyliśmy się na szutrowe pobocze i wyszliśmy rozprostować kości. Pewnie się przegrzało – ochłonie i zaraz ruszymy dalej. Ale nic podobnego – BMW, nawet jak wystygło na kamień, ruszyć nie chciało.
- Pewnie jakiś immobilizer ma. Nic ci Gmits nie mówił?
- No patrz, nic a nic.
- Zadzwoń do niego.
Zadzwoniłem. Ku mojemu zdziwieniu Gmits odebrał:
- Eee…?
- Ej to ja, auto mi stanęło w drodze do domu.
- Kie auto?
- Twoje.
- Co?
- Beemka twoja.
- No i co? Mam.
- Ja ją teraz mam. I nie mogę jej zapalić.
- A kiedy?
- Teraz!
- No.
- Masz tu, k***a, jakiś ukryty przycisk?
- A gdzie?
- No właśnie, gdzie go masz?
- Ale co?
- K***a, stoję w polu, bo mi zgasł. Jak go uruchomić?
- Obra, dzięki.
I się rozłączył. Zadzwoniłem jeszcze raz, ale już nie odebrał…
A potem szukaliśmy guzika…
(…)
Był drań ukryty pod mieszkiem dźwigni biegów. Klik – i auto działa. Jakie to proste! Wróciliśmy do domu powolutku. Do 7:30 zostały niecałe 3 godziny.
(…)
Rano byłem punktualnie. Gmits zmierzał do mnie dość dziarsko, jak na wczorajszy stan, który ujawnił w treściwej rozmowie telefonicznej. Wsiadł i spytał:
- Ty, dzwoniłeś wczoraj do mnie, bo mi się tu wyświetla?
- Ja? A po co? Nie.
- To skąd to mam?
- Pieprzy ci się telefon.
- No może. A jak tam? Pojeździłeś?
- Nie tam, do domu od razu pojechałem. Ja się nie jaram. Co ja, dziecko jestem? Samochodu nie mam?
- No i dobrze.
- No tak.
- No.
#37 Wakacyjne wzruszenia
Opublikowane: 15 May 2007 | Komentarze: 12
Kategoria: [Rozważania]

Czyż nie jest przyjemnie natknąć się w jakimś obcym, wysoce cywilizowanym kraju (weźmy choćby Kanadę z jej napływową z Polski ludnością – prawda, Wojtek? :) na wykwit polskiej motoryzacji pod postacią Malucha lub Poloneza? Czyż nie robi się wtedy przyjemnie na sercu?
– Patrzcie! Polonez w Paryżu!
- O rety, Maluch Bis w Rzymie!
- Ja nie mogę, Żuk w Barcelonie.
- O kurczaczki, Tarpan w Londynie!
Do dziś z pradawnych wakacyjnych wojaży po przebogatym Luxemburgu pamiętam czarne Lamborghini Diablo i białego Poloneza Trucka. No i jeszcze Maserati Quattroporte. Doborowe towarzystwo, prawda?
A może ktoś z was widział nabrylantowanego Włocha w Dużym Fiacie? Albo macho-Hiszpana w Syrenie Bosto? A może chociaż Francuza zajadającego croissanta na tylnej kanapie Poloneza Atu?
#36 Metoda “na Showshank”
Opublikowane: 12 May 2007 | Komentarze: 9
Kategoria: [Porady] [Rozważania]

Strasznie mi dziś ten Nissan szeleści! Z tyłu mi szeleści, z boku mi szeleści, nawet pod nogami mi szeleści. Zwariuję, nim dojadę do pracy. Ale zacznijmy od początku…
Wczoraj po południu Ryba zadzwoniła z pytaniem, czy może z Margolotem posegregować moje pisma motoryzacyjne i te najstarsze roczniki wyrzucić. Moja odpowiedź była oczywista:
– Nie, kochanie, nie możesz.
Wróciłem z pracy i wchodząc do domu wyrżnąłem jak długi. W przedpokoju pełno było toreb z prasą. Na oko pół tony. Z moją prasą. Z samochodówkami!
- Rybs, co to jest?
- Tatusiu, przątać gazetki. Ja i mama! – wtrąciła się Margolcia.
- Rybs, przecież miałaś tego nie ruszać…
- A co miałam zrobić? Mery się uparła. Z nią sobie to załatwiaj.
- Margol, bobasie, to są tatusia gazetki.
- Duzo. Wycić! Tatuś!
- Co tatuś?!
- Wywcić.
- ?!
- Wywucić. Tatuś. Juto do pracy. Tatuś bierze. Wywucić mietnik!
O, niedoczekanie wasze, baby jedne!
Czytaj dalej >>
#35 Blisko, blisko, coraz bliżej
Opublikowane: 9 May 2007 | Komentarze: 17
Kategoria: [Porady] [Rozważania] [Wypadki]

Czy wiecie może, jaka jest minimalna odległość twarzy kierowcy od kierownicy wyposażonej w poduszkę gazową? Pytam, bo martwię się o kobiety (bo to głównie ich dotyczy, choć wiem, że są również Panowie o nikczemnym wzroście, bardzo króciutkich nóżkach i krągłych brzuszkach mający również problem z sięgnięciem “fajerki”), które siedzą tak blisko kierownicy, że aby wysiąść z auta muszą odsuwać fotel kierowcy pół metra do tyłu. Wsteczne lusterko ustawione mają niemalże pionowo w dół, by było coś widać. Zmiana biegu łączy się z wykręceniem ręki do tyłu – na wyboju można sobie niechcący samemu założyć chwyt rodem z MMA. A na domiar złego, bardzo często jeżdżą z założoną na ramię torbą – przecież zaraz wysiadaja… jak tylko dojadą…
Wyobraźmy sobie sytuację, gdy kobieta siedząca tak blisko kierownicy weźmie niechcący udział w pozornie niegroźnej czołowej stłuczce “parkingowej”. Scenariusze są dwa – sami oceńcie, który jest bardziej prawdopodobny.

Scenariusz 1 pt. “Oszukać przeznaczenie VIII”
Samochód z naprzeciwka zbliżał się jak szalony. “Stój!” – zawołała w myślach Judyta. On się nie zatrzymał. Masą rozpędzonej do 30 km/h blachy wbił się w przedni pas jej nowej Fiesty.
Przednia poduszka gazowa – ona się nie waha – ona eksploduje. Znajdująca się 20 cm od niej głowa Judyty zostaje z ogromną siłą pchnięta na zagłówek. Źle ustawiony zagłówek działa jak zabójczy klin – odcięta od tułowia głowa odbija się od tylnej szyby i wraca w kierunku przedniej. Po drodze jednak zostaje na pół przecięta przez nienaturalnie ustawione wewnętrzne lusterko wsteczne. Lewa połowa czaszki miękko ląduje na lekko sflaczałej już “przedniej pościeli”, z kolei prawa połowa, uderzając kantem w przednią szybę, przebija ją i obficie zrasza krwią znajdujący się po zewnętrznej stronie czujnik deszczu. Automatycznie uruchomione wycieraczki rozmazują po szybie krew i resztki mózgu. Spadająca bezwładnie z kierownicy prawa dłoń denatki włącza niechcący podgrzewanie przedniej szyby. Zapada cisza. Spływająca po rozgrzanej szklanej tafli krew zasycha i przypieka się na rumiano. Wszędzie rozchodzi się woń smażonej kaszanki…

Scenariusz 2 pt. “Strażniczka Texasu: początek”
Samochód z naprzeciwka zbliżał się jak szalony. “Stój!” – zawołała w myślach Thelma. On się nie zatrzymał. Masą rozpędzonej do 30 km/h blachy wbił się w przedni pas jej nowego pick-upa Dodge’a RAM SRT10.
Przednia poduszka gazowa eksploduje bez wahania. Znajdująca się zbyt blisko kierownicy Thelma widzi zbliżające się białe, wypełnione gazem zagrożenie – to coś zniszczy jej makijaż! Bez namysłu wykonuje ruch w lewą stronę, w kierunku bocznej szyby. Rozbija ją uderzeniem szczęki jednocześnie łapiąc w zęby spory kawałek szkła. Powraca na swoje miejsce i tak uzbrojona czeka na poduszkę. Ta dociera w końcu do jej twarzy, ale napotkawszy tkwiące na sztorc w zębach szklane ostrze, rozpruwa się z donośnym „Prrr…!” i pozostawia twarz nietkniętą. Kobieta otwiera puderniczkę i miękkim pędzelkiem usuwa z “linii T” (czoło, nos, podbródek) resztki rozrzuconego przez poduszkę talku. Jest wściekła, bo te cholerne napinacze pasów pogniotły jej garsonkę! Wychodzi z auta i kieruje się w stronę sprawcy. Ktoś za tę garsonkę beknie…
Z raportu policji:
We wczorajszym dniu wtorkowym wczoraj w godzinach popołudniowych w pozornie niegroźnej kolizji parkingowej udział wziął sprawca i poszkodowana. Pikap poszkodowanej odniósł niewielkie obrażenia zderzaka, w wyniku których wybuchnęły przednie poduszki powietrzne. Samochód sprawcy, wraz z półprzytomnym sprawcom, po krótkich poszukiwaniach znaleziony został w pobliskim rowie. Trwają czynności śledcze mające na celu identyfikację wozu sprawcy (stan jego dewastacji jest znaczny) oraz ustalenie faktycznego przebiegu zajścia. Poszkodowana uparcie twierdzi, iż nie ma pojęcia, dlaczego ciało sprawcy wykazuje widoczne ślady duszenia oraz w jaki sposób doszło do zapruszenia ognia w jego wozie. Jedyny świadek zajścia nerwowo potwierdza wersję zdarzeń zgodną z zeznaniami poszkodowanej i, nie wiedzieć czemu, prosi o przyznanie całodobowej ochrony.
Podpisano: młodszy aspirant Koziełło, 9 maja 2007
#34 Taksówkami po SE
Opublikowane: 7 May 2007 | Komentarze: 9
Kategoria: Ford Hyundai Opel Saab Skoda Volvo

Zamiast w Lund nocowałem w Malmo. To tuż obok – ale na tyle daleko, by na codzienne spotkania do Lund, zamiast chodzić piechotą, jeździć taksówkami. I gdyby nie to, to ten wybitnie biznesowy wyjazd nie zaowocowałby żadnym postem. Ale zacznijmy chronologicznie od początku…

Trasa: dom – lotnisko w Warszawie
Samochód: wysłużony Ford Sierra z eleganckim i uroczym kiedyś-białym wiatraczkiem przyklejonym do szyby. Przebieg 270 000km. Czuć, że zagazowany.
Kierowca: mały i drobny jegomość niemalże brodą trący o kierownicę. Wiatraczkowy wiatr rozwiewał jego 86 grzywkowych włosów, poły hawajskiej koszuli oraz włosy torsowe. Francja-elegancja – patrząc na niego czułem się jak na letnich wakacjach w dolinie Loary.
Komfort: wygodnie zapadnięta kanapa, tłuste zagłówki, wyświechtany na wysoki błysk podłokietnik w drzwiach, bagażnik pełen grillowego brykietu i resztek poremontowych.
Straty: zabrudzony prawy rękaw płaszcza, usyfiona brykietem i klejem do glazury torba podróżna.
Koszt: 26 PLN
Ogólnie: dobry standard mniejszych korporacji.

Trasa: lotnisko w Szwecji – hotel w Malmo
Samochód: nowy Hyundai Sonata w szarej skórze, drewnie i z automatem. Z zewnątrz ładniejsze niż Audi A4 i Ford Mondeo, ale w środku nadal w nurcie barokowego koreańskiego design.
Kierowca: opalony lowelas
Komfort: zaskakująco wygodna tylna kanapa – siedzisz nisko i soczyście. Choć skóra jakaś taka dermowa – aż mnie korciło, by coś wyciąć niczym w warszawskim tramwajach – ciekawe, czy „Tu byłem, Tony Halik” coś by Szwedom powiedziało…?
Straty: brak
Koszt: 395 SEK (około 185 PLN)
Ogólnie: kierowca obalił mit o Szwedach przestrzegających przepisów – na autostradzie miejscami rozpędzał się do 210 km/h i dość brutalnie spychał wolniejszych na prawy pas. Co Hyundai to Hyundai…

Trasa: hotel w Malmo – centrala w Lund
Samochód: kilkuletnie Volvo V70: skóra, karbon i automat. Na przedniej szybie i w kratkach nawiewu wyposażenie w ilości przekraczającej 5 linii kasowych w Tesko: drukarka, nawigacja, CB, jakiś komunikator z centralą, druga nawigacja i oczywiście notatnik z dyndającym długopisem. Pole widzenia kierowcy w przód równe niepełnej kartce formatu A4.
Kierowca: mały, czarnoskóry cwaniak – bo trzeba być cwaniakiem, by widzieć coś na drodze zza tego sprzętu.
Komfort: kompletnym nieporozumieniem jest tak wysokie umiejscowienie tylnej kanapy – cały czas miałem wrażenie, że przelecę przez pierwszy rząd i wylądują ryjem w drukarce, a ta zacznie mi paragon na dolnej wardze drukować.
Straty: brak
Koszt: 266 SEK (około 125 PLN)
Uwagi: mógłby jechać szybciej – wlókł się po autostradzie 120 km/h. Wczoraj kierowca Hyundaia pokazał, że można więcej…

Trasa: centrala w Lund – centrum Malmo
Samochód: prawie nowy Opel Zafira w skórze, drewnie i automacie. Standardowo widzialność przez przednią szybę mocno ograniczona przez przyssawkowy zestaw przenośnego urzędnika.
Kierowca: raczej nie Szwed – poinformowany o celu podróży spytał nas, gdzie to jest. Poleciliśmy mu zapytać się na najbliższym postoju taksówek. Chyba uniósł się honorem, bo zamilkł i przez całą drogę macał paluchem ekran nawigacji…
Komfort: nie wiem, czy było mi wygodnie czy nie – przez całą podróż nie mogłem oderwać wzroku od tych ośmiuset tysięcy podświetlonych punktów w tablicy rozdzielczej…
Straty: brak
Koszt: 189 SEK (około 89 PLN)
Uwagi: po autostradzie naprawdę można jechać szybciej niż 140 km/h – kierowca Hyundaia to udowodnił…

Trasa: hotel w Malmo – centrala w Lund
Samochód: skórzano-drewniano-automatyczny Saab 93 kombi
Kierowca: wąsiasto-garniturowo-czerniawy obywatel napływowy
Komfort: miejsca z tyłu co kot napłakał, ale bagażnik całkiem fajny. Ze środka zupełnie nie czuć tego, że jedziesz Saabem – po prostu zwykłe auto dość nieciekawo pachnące. Niewygodne, twarde i w niektórych miejscam mocno plastikowe.
Straty: posiałem gdzieś identyfikator do wejścia do centrali
Koszt: 327 SEK (około 155 PLN)
Uwagi: kolejny Szwed, co spowalnia ruch na autostradzie…

Trasa: centrala w Lund – lotnisko w Szwecji
Samochód: Opel Vectra w dieslu, skórze i automacie. Absolutny rekord jeśli chodzi o dolepiane do przedniej szyby oraz wkładane w kratki nawiewu gadżety: 2 x drukarka, 2 x nawigacja, 1 x CB, 1 x dotykowy ekran komunikacji z centralą, 1 x notatnik, 4 x długopis, 2 x zapach z wiatraczkiem oraz 2 x telefon komórkowy. Pole widzenia równe powierzchni mojej dłoni.
Kierowca: nerwowe spojrzenia, szybkie ruchy głową, obracanie się w tył i rzucanie ciała na boki. Jedni powiedzą, że to wynik zbytniego zalepienia przedniej szyby. Ja uważam, że to wczesne stadium ADHD.
Komfort: absolutnie najwygodniejsza tylna kanapa na świecie – nisko, miękko i wygodnie.
Straty: brak
Koszt: 280 SEK (około 132 PLN)
Uwagi: Hyundai jest zdecydowanie szybszy do Opla Vectry.

Trasa: lotnisko w Warszawie – dom
Samochód: Skoda Favorit Kombi (zwana chyba Forman?) o nieustalonej barwie (pewnie wyblakła) i nieustalonym kolorze tapicerki.
Kierowca: na sportowym luzie: króciutkie spodenki, tiszercik, goły brzuszek i 5 dniowy zarost.
Komfort: brakowało nawet pokrętła do otwierania tylnej szyby…
Straty: upaprana olejem torba podróżna i uświnione prawe kolano spodni
Koszt: 28 PLN
Uwagi: gryząca woń Old-Spice’a wszędzie plus zmięte opakowanie po „Grześku” pod moimi nogami.

Podsumowanie kosztów: 740 PLN
Podsumowanie ogólne: szwedzkie taksówki są nudne i sztampowe (bo zawsze czyste, skórzane i klimatyzowane), choć niektóre bardzo szybkie. Polskie taksówki są również nudne i sztampowe (bo zawsze brudne, wytarte i mocno nagrzane), choć niektóre dodatkowo jeszcze śmierdzą.
Anegdota z taksówki:
- Where are you from, my friend?
- From Poland.
- A! Holland! Great staff! I smoke sometimes!
I jeszcze jedna z restauracji:
- Are you from Poland?
- Yep.
- Wow, I know some words in polish.
- Yeah? What words?
- Dzienkuja, niedobre, niepuace…

