#71 9016KM, 10910Nm, 173 cyl (3z3)

[wróć do części drugiej]

Ze Znajomym PR-owcem nie namawialiśmy się długo, by nie wzbudzać podejrzeń ochrony. Poza tym czułem, że sącząca się z mojego urwanego ramienia krew powoli wcieka mi za pasek. A nie ma przecież nic gorszego niż chodzenie w mokrych majtkach – obtarcia murowane! Trzeba się było spieszyć.

Zgodnie z ustalonym planem każdy z nas poszedł w swoją stronę. Za 20 minut mieliśmy się spotkać na tyłach namiotu BMW. By nie wzbudzać podejrzeń, udałem się na mały rekonesans. Czego ja tu jeszcze nie oglądałem…?

Mercedes-Benz SLR McLaren Coupe
V8, 5400 ccm, 626 KM, 780 Nm, napęd na tył

SLR McLaren: najszybsze auto imprezy

Acha – SLR McLaren. No przyznać muszę, że śliczne auto – takie niskie, agresywne i mocne. Podoba ci się, prawda? Ale świadomy jesteś tego, że jeśli takim autem zbyt szybko najedziesz na krawężnik, to odłupie ci się kawałek felgi? A chcąc kupić nową, nie wystarczy podać jej rozmiar – trzeba jeszcze określić, czy jest lewa czy prawa. Tak, tak – SLR z każdej strony ma inne felgi – to znaczy takie same, ale jakby w inną stronę zagięte. Wszystko po to, by te magnezowo-aluminiowe śmigła wyciągały gorące powietrze z okolic tarcz hamulcowych. Super!

Jedno mnie tylko niepokoi – no bo wyobraź sobie, że agresywnie śmigasz po autostradzie. Jest ciasno, więc dużo hamujesz, przyspieszasz itp. Potem zjazdem numer 8 wpadasz na lokalną krętą drogę prowadzącą wprost do twojego zamkniętego i chronionego osiedla. I na tej dróżce również sobie nie żałujesz – opóźnione hamowanie, redukcje, siedzenie na zderzaku i wieczne stukanie systemu ABS. I co? I tarcze rozgrzały się do czerwoności. Ile to będzie stopni – 500, 1000? A może więcej?

I wjeżdżasz sobie już spokojnie z takimi gorejącymi tarczami na osiedlowe uliczki. Uliczki są wąskie, bo architekci nie chcieli zabierać zbyt dużo miejsca – to przecież jest osiedle mieszkalne i lepiej zrobić więcej trawników i placów zabaw. Więc toczysz się powoli, jak gdyby nigdy nic, wokoło bawią się dzieci i biegają małe pieski. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nagle błogiej sielanki nie przerwał ten niepokojący dźwięk skwierczenia. Czyżby sąsiad robił grilla? Rozglądasz się i grila nie dostrzegasz – widzisz za to gromadkę dzieci, z których część płacze a część wymiotuje. Wysiadasz z auta i do nich podbiegasz. Rozgarniasz je na boki i… no nie! Tylko nie to! Znowu?! Dlaczego?!

Mały pekińczyk Hektor tych spod 15-tki podbiegł zbyt blisko twojego auta. Toczyłeś się wolno, ale na tyle szybko, by te specjalne felgi zdołały wyciągnąć niewielką porcję rozgrzanego do 1000 stopni powietrza z okolicy tarczy hamulcowej. Porcja powietrza nie była wielka, ale i pekińczyk Hektor rosły nie był. Krótka piłka – akcja-reakcja: pies podbiega > felga dmucha żarem > pies skwierczy > większość dzieci rzyga. I co teraz?

SLR McLaren: lewe felgi są inne od prawych

A pomyśl, co by było, gdybyś jechał dużo, dużo szybciej? Wydmuchany z kół gorący huragan zmiótłby drzewa, domy i dzieci z placów zabaw. Pamiętacie scenę wybuchu bomby atomowej w pierwszej części Terminatora? Te kilkadziesiąt sekund, gdy atomowa fala uderzeniowa zmiata i spala całe miasto? Tę sekwencję, w której Sarah Connor płonie i rozpada się w pył trzymając się metalowej siatki obok placu zabaw dla dzieci? Ponoć jej nakręcenie (całej sceny, a nie tylko tej z siatką) pochłonęło czwartą część budżetu filmu. Czemu się dziwić – wszystko musieli robić na piechotę. Teraz wystarczyłoby śmignąć SLR-em przez osiedle i już. Pożar, zgliszcza, armageddon.

Dobra, dość tych fantazji – mam jeszcze kilkanaście minut, więc obejrzę Pięćsetkę.

Fiat 500
R2, 900 ccm, 100 KM, 160 Nm, napęd na przód

Fiat 500 to przyjemne, ładne i damskie auto. Pęknę ze śmiechu, jak zobaczę w nim faceta

Obejrzałem. Ładny maluch. Wnętrze udaje stalowe, ale w rzeczywistości jest lakierowanym plastikiem, a nie prawdziwym metalem jak w Fiacie Coupe projektu… no, kogo? Nie wiecie? Chrisa Bangle’a! Tak, tego mistrza z BMW, co wtedy jeszcze dla Pininfariny pracował! A mówiąc “mistrza” absolutnie nie ironizuję! Ale wracając do Fiata 500… jest babski ogólnie. Zero emocji.

Lancia Thesis
R5, 2000 ccm, 185 KM, 308 Nm, napęd na przód

Lancia Dialogos Concept. Dzisiejsza Thesis wygląda niemal identycznie. Brawo!!!

O… Lancia Thesis! Kiedyś był to mój ulubiony samochód. Z dwóch powodów. Po primo: wersja produkcyjna jest tak bardzo bliska genialnemu konceptowi, że patrząc na ten samochód nawet dziś, po kilku latach jego obecności na rynku, zawsze się zastanawiam, czy to przypadkiem nie jest jakiś testowy model sprawdzany na naszych drogach przed wypuszczeniem go w świat. A po sekundo – konsola środkowa jest wykonana z najprawdziwszego stopu magnezu z czymśtam. Żaden plastik powleczony gumką. Czysty metal. Genialne!

Chevrolet SSR
V8, 6000 ccm, 390 KM, 549 Nm, napęd na tył

Chevrolet SSR - dziwadło, ale urocze…

Dobra, teraz szybko ten cudaczny Chevrolet SSR. Gdybym był amerykańskim ranczerem, pewnie bym uronił łezkę – tyle nostalgicznych nawiązań do amerykańskiej historii motoryzacji. A dotego w jakże ślicznym i udanym stylu. Te przednie światła przedzielone chromowaną listwą. Te wybałuszone nadkola. Ten profil dachu. Oh my god! Give me a break!

Ale to wszystko nic – ten samochód to chyba największa na świecie designerska hybryda. Bo to pick-up – ma kabinę i pakę na tyle. Bo to coupe – ma dwuosobowe wnętrze i wielką klapę bagażnika. Bo to cabrio – można mu złożyć dach. Bo to również Coupe-Cabrio – metalowy dach składa się automatycznie. Bo to SUV – wysoki, mocny i z napędem na tył. Bo to wyścigówka – gigantyczny silnik, wielka moc i dźwięk wydechu przyćmiewający nawet Ferrari. I co z tego? Ktoś chciałby go mieć? Naprawdę? Byście się musieli zawsze na czarno, po gotycku ubierać, by nie wyglądać jak Chippendales.

Saab 9-3 Cabrio
V6, 2800 ccm, 255 KM, 350 Nm, napęd na przód

Nowy Saab 9-3. Też mi nowość - zmienili światła i spartolili wnętrze…

A co tu robi ten Saab 9-3? Przecieżą teraz to nie jest żadne luksusowy samochód – a do tego do lekko przystarej konstrukcji dokleili nowy pas przedni i wymienili tylne światłą. Acha – nie mogli się również powstrzymać przed ingerencją w projekt wnętrza i zrobili to, co Saab ostatnio umie najlepiej. Spartolili. Po maxie. Klimat samolotu prysł. Ale zaskoczony nie jestem – już lifting Saaba 9-5 (ten genialny pomysł z ważącym sporo ponad 97 kilo chromowaniem chłodnicy i przednich świateł) dobitnie pokazał, w którą stronę te auta teraz pójdą. W którą? W stronę Śmiłowa, gdzie smród z Farmutilu byłego posła Stokłosy skutecznie odstraszy potencjalnych klientów. I dobrze tak szefom Saaba. Sami się prosili. Volvo też szwedzkie i jakoś sobie radzi. Znaczy, ze można!

Lexus LS 600h
V8, 5000 ccm, 445 KM, 520 Nm, napęd na tył

Lexus LS 600h - taki Prius dla bogaczy

Oho – 20 minut minęło. Czas działać. Poprawiam wiszące pod płaszczem ramię, sprawdzam obojczyk w tylnej kieszeni i ruszam. Powoli i spokojnie. Bez wzbudzania podejrzeń. Dla niepoznaki zerkam na Lexusa LS600h i podziwiam jego absurdalne, potrójne przednie światła (ponoć diodowe i ponoć jakieś rewolucyjne, ale założę się, że jak przyjdzie co do czego i ktoś je przetestuje, to będzie im bardzo daleko do „zwykłych” biksenonów BMW X5) i myk… jestem już za białym namiotem BMW. Znajomy PR-owiec już na mnie czeka.

Biały namiot BMW. A w środku dobrze strzeżone M3

– Proszę to potrzymać – podaje mi biały płaszcz. Chwytam go w prawą dłoń.
– Niech i to pan weźmie – podsuwa mi kosę. Chętnie, ale kurwa jak? Lewa dłoń wisi mi luźno pod płaszczem wraz z całym urwanym ramieniem. Rzucam mu znaczące spojrzenie.
– A, no tak. Sorry – reflektuje się i kładzie kosę na ziemi. – Pomogę Panu zarzucić ten płaszcz.
Wspólnymi siłami udaje się nam mnie ubrać. Płaszcz jest ogromny i śnieżnobiały. Zdrową ręką nasuwam sobie na głowę kaptur. Rękawy są za długie – nie widać mi dłoni. Płaszcz sięga do samej ziemi – nie widać mi stóp. W zdrową rękę biorę kosę. Znajomy PR-owiec wyjmuje mi z tylnej kieszeni kość obojczyka i wkłada mi ją poprzecznie do ust. Wiem, że wyglądam głupio, ale jestem nie do poznania – biały płaszcz, biały kaptur, wielka kosa w dłoni i kość poprzecznie w ustach. Budzę lęk. I o to chodzi – taki był plan.

Znajomy PR-owiec unosi tylny fragment namiotu i pomaga mi się dostać do środka. Udało się. Stoję z tyłu, za wszystkimi ochroniarzami, tuż przy bagażniku BMW M3. Mam chwilę, by mu się przyjrzeć – wszyscy zajęci są ochroną wejścia i gadaniem przez zintegrowane z uchem i nadgarstkiem walki-talkie. Cichutko otwieram drzwi. Wsiądę sobie, a co! Niezłe wnętrze, pięknie pachnie skórą. No i ta kierownica! Już prawie siedzę, ale… o cholera – przerysowałem kosą dach. Dźwięk skrobanego metalu elektryzuje wszystkich ochroniarzy. Szybko wysiadam i przyjmuję groźną pozę. Kość obojczyka trzymana w zębach złowrogo połyskuje. Kosa kreśli w powietrzu powolne kręgi. Ha! Boją się mnie. Stoją i patrzą w osłupieniu…

I co teraz? Coś powinienem powiedzieć! Szybko, szybko, muszę coś powiedzieć!
– Gdzieee-jeeest-rooo-beeert? – syczę złowrogo.
Nic, cisza. Nadal stoją jak kamienie.
– Gdzieee-jeeest-rooo-beeert-się-pyyy-taaam?
– Ja… ja… jaki Robert?
– Kuuu-biii-caaa!
Cisza.
– Nieee-ucieee-knieee-miii. Ooo-szuuu-kał-mnieee-w-Kaaa-naaa-dzieee.

Cisza. Drażni mnie ten ich paraliż. Robię krok naprzód. Potem drugi. Kosa złowrogo dynda nad ich głowami. A wtedy… połać białego płaszcza zaczepia się o uchylone drzwi M3 odsłaniając moje zwykłe, czarne Converse’y.
– Muuu-szę-gooo-zaaa-brać. Odeee-mnieee-nieee-mooo-żnaaa-uuu-cieee…
Nie kończę. Ochroniarze spostrzegli moje obuwie. Zrozumieli, co jest grane. Dwóch stojących najbliżej rzuca się na mnie. Jeden łapie mnie za odsłoniętą lewą nogę. Drugi próbuje skoczyć mi do szyi, ale niechcący nadziewa się na ostrze kosy. Ot, pechowiec – taka rana w oczodole nie goi się szybko.

Ten byk, co złapał mnie za nogę, to jakiś mutant – zlepek kilku ludzi. Najpierw z wprawą godną Nastuli rzuca mnie koshi-wazą na ziemię, potem z agresją Vanderlei’a Silvy rozkwasza mi łokciem łuk brwiowy, by na końcu z siłą Pudziana zabrać się za moją nogę.

I co ja miałem biedny robić – pewnie gdyby nie to, że mocno zaplątałem się w ten cholerny biały płaszcz, pewnie gdyby nie to, że do dyspozycji miałem tylko prawą rękę, pewnie gdyby nie to, że krew lejąca się z rozcharatenego łuku brwiowego zalała mi oczy – pewnie bym walczył. A tak? Leżałem i patrzyłem przez zlepione powieki, jak ochroniarz mutant siłuje się moją lewą nogą.

Nagle… Ups! Upadł na plecy… wraz z moją nogą. Cholerny świat! Ale mam dziś pecha.

Zemdlałem.

Ocucił mnie znajomy PR-owiec. Leżałem na tyłach namiotu BMW. Moja lewa ręka i lewa noga gdzieś przepadły. Krew zaschła na twarzy tworząc czerwoną skorupę. Od nadmiaru wrażeń bolała mnie głowa.
– Ma Pan może Panadol?
– Niestety. Ale niech pan wstaje. Deszcz siąpi – przemoknie Pan i zapalenie płuc gotowe. Poza tym zaczęła się loteria. Choćmy – może wieczór nie jest do końca stracony!

Pomógł mi wstać i razem (on idąc, ja skacząc) podeszliśmy pod scenę. Zientarski Senior bełtał właśnie dłonią w szklanym wazonie. Losował nagrody.
– Numer 253. Kto ma numer 253?
– To ja! To ja! – dobiegło nas gdzieś z boku.
Po chwili na scenę w radosnym tańcu wpadł Palikot. Cieszył się jak dziecko.
– Co wygrałem? Co wygrałem? – skakał i trząsł się jak ratlerek.
– Brawo! Brawo dla numeru 253!
– Co wygrałem?
– Proszę przedstawiciela sponsora o wręczenie nagrody.

I na scenę wczłapał jowialny grubasek z papierową torebką. Powiedział do mikrofonu coś, co zabrzmiało jak solidne beknięcie. Zwrócił się do Palikota i wręczył mu torbę. Znów beknął w mikrofon i zszedł ze sceny. Palikot sięgnął do torby i wyjął… butelkę hiszpańskiego wina. Wszyscy klaskali. Wspaniały prezent dla milionera.

W czasie, gdy Palikot realnie wnerwiony schodził ze sceny, Zientarski Senior ponownie mieszał dłonią w wazonie z kuponami.
– Numer 475. Czy jest numer 475?
Ktoś mnie trącił w plecy. To był Nejman – szedł dumnie z kuponem w wyciągniętej dłoni. Spojrzał na mnie i zaśmiał się bezgłośnie. Dam sobie głowę uciąć, że poza śmiechem pozwolił sobie na małego bąka, ale ciężko było wyczuć – deszcz, tłum ludzi, krew na mojej twarz – wszystko mnie rozpraszało…

– Zapraszam na scenę!
– Ale się cieszę – zapiszczał Nejman w mikrofon.
– Zapraszamy przedstawiciela sponsora na scenę.
Ten sam krągły pan podszedł do mikrofonu. Tak samo jak poprzednio do niego beknął. Tak samo jak poprzednio wręczył torbę zwycięzcy i tak samo jak poprzednio, schodząc ze sceny na pożegnanie powtórnie beknął w mikrofon. Gromkie brawa przetoczyły się po zamkowym dziedzińcu.

Nejman sięgnął do torby i tak jak jego poprzednik wyjął… wino. No, trzymajmy się faktów – wyjął dwa wina. Uśmiechnął się i zszedł ze sceny. Mijał mnie z pochyloną głową. Co jest? Nie lubi wina? A, pewnie urolog mu zabronił…

Nie miałem czasu dłużej nad tym dywagować, bo Zientarski Senior wyciągnął z wazonu kolejny, ostatni już dziś kupon.
– Numer 187. Zapraszamy na scenę numer 187.
Aaaa!!! To mój kupon!!! Ale… gdzie on jest. Zaraz, po kolei – miałem go w ręku, niosłem go sobie i wtedy ten ochroniarz przed namiotem mi go wyrwał… nie… rękę mi wyrwał. Sięgnąłem po wiszące pod płaszczem lewe ramie – rzeczywiście, w zaciśniętej pięści spoczywał kupon. Hura!

Potem wszystko potoczyło się z szybkością TGV. Znajomy PR-owiec pomógł mi wejść na scenę. Ja się na tej scenie przewróciłem, ale dzięki sprawnej prawej ręce i prawej nodze, ruchem posuwisto-zygzakowym dotarłem do mikrofonu. Podziękowałem Bogu, rodzinie i przyjaciołom. Mówiłem po polsku, bo to język, w którym myślę. Potem Zientarski Senior wręczył mi, w imieniu sponsora, (bo jemu dźwiękowcy zakazali już wchodzić na scenę – obawiali się, czy fale bekaniowe nie zinterferuja z szumem deszczu, powodując awarie nagłośnienia) papierową torbę a w niej… trzy wina i… kluczyki. Kluczyki do Ferrari F430. Miałem to auto tylko dla siebie… na cały weekend.

Ferrari F430 tylko dla mnie. Na cały weekend

Wspierany przez tłum rozentuzjazmowanych sponsorów i VIPów dotarłem do bolidu. Oparłem rękę o dach i… tłum wstrzymał oddech. Wszyscy mieli w pamięci moje niedawne i totalnie nieudane próby zajęcia w tym aucie miejsca. Ale teraz… teraz moi mili… to zupełnie inna bajka. Bez lewego ramienia i lewej nogi byłem drobny, zwinny i gibki. Jak to się mówi – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło!

Ruchem węża posadziłem tyłek w fotelu. Niczym piskorz wciągnąłem prawą nogę. Prawą ręką zamknąłem drzwi. Siedziałem za kółkiem! Tłum szalał. Wiwatom nie było końca. Burza braw obudziła śpiące na zamkowym poddaszu nietoperze – wyleciały wszystkie i otoczyły bolid. Czułem się jak Batman. Uruchomiłem silnik i w towarzystwie tych nocnych ssaków wyjechałem z zamku na nocne, skropione deszczem ulice Warszawy.

– Jestem królem świata – szepnąłem i wcisnąłem mocniej gaz. Zamek, nietoperze i machający mi tłum został daleko z tyłu. Piękna jest ta nasza Warszawa nocą…

…….
PS1. Przepraszam za kiepskie fotki – ale czy można czegoś więcej wymagać od telefonu?
PS2. Nadmienię, iż podobieństwo wszystkich wymienionych w tekście postaci do osób wśród nas żyjących jest… yyy… przypadkowe i… i niezamierzone.

10 komentarzy

  1. konczyny juz na swoim miejscu? ;)

    btw. fajnie tak od rana przeczytac cos optymistycznego… lepsze od wiadomosci na onecie ;)

  2. Klawa trybologia ;) Jakbyś tak wetknął jakiś oceniator do tego wordo-pressa to bym nawet wziął i przybił piątkę ;)

    A w ogóle to niezły fart, że ci brat bliźniak Palikota nie wyrwał żeber ze ścięgnem Achillesa za dobijanie się do prywatnego Volkswagena ;)

  3. Czesc Rafal!

    Super tekst, myslalem ze bede musial poprosic mloda zeby mnie z podlogi podniosla bo sie tarzalem przez pewien czas. Co do Saab’a sie z Toba zgadzam – po prostu szczyt spieprzenia, powinni jeszcze logo zmienic na IKEA i zglosic do ksiegi Guiness’a w kategorii “Say “NO” to Swedish car design”. Pozdrawiam serdecznie z Vancouver i czekam na nastepny kawalek!!

    Wojtek

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *