#84 Akcja “Gerber”
Opublikowane: 31 October 2007 | Komentarze: 17
Kategoria: Audi BMW Bentley Subaru [Bezpieczeństwo] [Rozważania]

Znów to samo – drogowa apokalipsa. Patrzcie, zapamiętujcie, jak trzeba to nawet notujcie – następny post będzie relacją z akcji “Znicz” i kreatywnych wyczynów wszystkich tych, którzy w kapeluszu, z załadowanym gerberami bagażnikiem i tylną półką po sufit cofają (po raz pierwszy od roku, kiedy to tyłem, przy asyście żony wstawili Wartburga do garażu) na przycmentarnych, zatłoczonych ponad miarę alejkach.
Czytaj dalej >>
#83 Korkoczasoodzyskiwacz
Opublikowane: 28 October 2007 | Komentarze: 10
Kategoria: [Porady] [Rozważania]

Nawiązując do moich marzeń z nieosiągalnym (na razie) Chevy Vanem, zastanawiam się, jak sobie jednak zorganizować w aucie coś na kształt takiego mobilnego domu. Ostatnio wpadłem na pomysł, że przecież (by zaoszczędzić z rana trochę czasu) mogę sobie kupić elektryczną (na baterie) golarkę i normalnie w korku się golić. Są jednak dwie ważne kwestie – po pierwsze noszę niewielką brodę i wąsy i golenie się w aucie pewnie by mnie ich pozbawiło (akcja typu „dziura”: upsss… lewy wąs pooo…szedł). A po drugie, to nie mam ściemnionych szyb bocznych z przodu (bo wszak prawo tego zabrania) i głupio tak się golić na oczach tych wszystkich znudzonych gapiów stojących obok w korku. Golenie się to czynność intymna – normalnie robię to w samych naszkach w łazience, a teraz mam się polerować przy tłumach? Nie, to nie przejdzie…
Może mycie zębów? Ale jak to tak – mam połykać pastę?! Wiem – czyszczenie uszu! Tak! A nawoskowane patyczki mogę spokojnie przylepiać do podsufitki. Kiedyś je potem, przy okazji, wyrzucę…
#82 Mobilna kuchnia i garderoba
Opublikowane: 23 October 2007 | Komentarze: 14
Kategoria: Chevrolet [Rozważania]

Zawsze jak przychodzi jesienna słota i te pierwsze, mega irytujące mroźne poranki, zachciewa mi się vana. Nie jakiegoś tam nowoczesnego, rozdmuchanego w górę kompakta w stylu Renault Scenica, Corolli Verso, Forda C-Maxa czy Opla Zafiry. Zachciewa mi się prawdziwego amerykańskiego vana. Chevroleta Chevy Van – tak wielkiego, by móc w środku niemalże stać. Tak długiego, by pomieścił poza kilkoma rzędami siedzeń również kanapę, barek, stolik, mini szafę i lodówkę.
Gdybym miał taki samochód, nie musiałbym co rano marznąć w kuchni w oczekiwaniu na czajnik (ponoć jak się czeka, to ten supermarketowy skubaniec to wyczuwa i złośliwie przedłuża podgrzewanie wody!). Nie musiałbym zgrabiałymi z zimna paluchami smarować masła i nieporadnie podnosić z podłogi wysmarowanej w serku drewnianej szpatułki, która co i rusz wypada mi rąk. Nie musiałbym pozbywać się nagrzanej pod szlafrokiem pidżamki i ubierać się w lodowato zimne majty i skarpy, o koszuli i garniturowych portkach nie wspominając…
Mając takiego Chevy Vana mógłbym do niego szybciutko przebiec (choćby w szlafroczku i mięciutkich klapko-zajączkach), a tam w środku od 20 minut pracowałoby już ogrzewanie postojowe (poprzedniego dnia czujnie ustawione na odpowiednią godzinę), a fotel kierowcy w oka mgnieniu podgrzałby się zaraz po uruchomieniu silnika. Do pracy mam daleko, więc po drodze, jak tylko wyjechałbym z korków, zatrzymałbym się na bezpiecznym poboczu na lekkie śniadanie. Kilka kanapeczek z zimnym masełkiem i schłodzonym serkiem „Twój smak” spożyte w cieplutkim wnętrzu Chevy Vana dałoby mi energię na połowę dnia. Potem ruszyłbym w dalszą drogę. A już na firmowym parkingu, ukryty za czarnymi szybami przedziału pasażerskiego, ubrałbym się w wygrzany podczas podróży garnitur. Potem tylko czapka, szalik i myk… 18 metrów i jestem w biurze.
Droga powrotna tak samo – najpierw w uprzednio nagrzanym aucie (postojowe ogrzewano rusza o 16:30, na parę minut przed moim odbiciem karty przy wyjściu z biura i wkroczeniem do auta) zrzut garniaka i przebierka w luźne domowo-podróżne sztruksiki. Potem jazda do domu z krótką przerwą na drugi lunch (skoro lodówka się zmieści, to i mikrofala tym bardziej) i do domu dojeżdżam wypoczęty, przebrany i lekko najedzony. I mogę się z Margolcią pobawić, z Rybą pogadać i nawet lekką kolacyjkę na ciepło wciągnąć.
A tak w niemałej, acz stosunkowo za małej Almerce co rano spędzam prawię godzinę. Pierwsze 15 minut w aucie wychłodzonym, kolejne 45 w przegrzanym. Z powrotem to samo. I ugniatam marynarkę niewiarygodnie, bo przecież nie będę robił cyrku pod blokiem i z rańca, przy ujemnych temperaturach, rozbierał się do koszuli tylko po to, by wygodnie w korku na jedynce i dwójce się posuwać…
#81 Przez chwilę byłem misiakiem
Opublikowane: 19 October 2007 | Komentarze: 6
Kategoria: BMW Ford Opel Volvo [Obyczaje]

Policja w okolicach Bielska nie ma łatwo – większość kierowców wie o jej dwóch czarnych Vectrach z videorejestratorami. Dlatego właśnie Wielu, nasz najlepszy handlowiec, w ramach bonusu zażyczył sobie taką Vectrę. Również czarną. A żeby przekonać mnie o tym, że nie warto kleić na jego nowym aucie firmowych naklejek, na swój koszt (choć tego pewien być nie mogę, bo jak wiadomo handlowcy zawsze kombinują w rozliczeniach kilometrówek) zabrał mnie do siebie.
Z Warszawy do Bielska jechaliśmy dość długo (MC w Częstochowie, tankowanie, drobne zakupy), choć miejscami na Katowickiej dowiadywałem się, że 150 konny diesel Opla (a w zasadzie Fiata) spokojnie może jechać licznikowe 230 km/h, spalając przy tym 18 litrów. Ale pozwalając tempomatowi grzać równo 160, spalanie spada do absurdalnie wręcz niewielkich 6 litrów. Ech, te nowoczesne diesle to jednak cuda techniki (oczywiście wtedy, gdy się nie psują…).
Na tylnej klapie mieliśmy krótką antenę od CB. W trasie do Bielska było spokojnie – typowe podziękowania, szerokości dla ciebie, miłego dnia, jak tam dróżka na Warszawę i bajo. Nikt się naszym autem specjalnie nie interesował.
- Wielu, nie wiem, co chcesz mi pokazać, ale jak na razie to zdania nie zmieniam – lepię ci normalnie firmowe logosy na drzwiach i bagażniku – powiedziałem znudzony.
- Poczekaj, dojedziemy do Bielska, to zrozumiesz – powiedział pewny siebie.
Niedaleko Bielska Wielu zjechał z trasy i ślimako-wiaduktem powoli wtaczał się na jakąś podrzędną, acz dwupasmową drogę.
- Koledzy, misiaki w czarnej Vectrze z Katowickiej zjeżdżają. Uważajcie – usłyszeliśmy w CB.
- Koledzy, potwierdzam. Czarna Vectra na ślimaku w stronę Bielska jedzie – ktoś potwierdził.
- No dzięki wam, koledzy. Szerokości dla was. Będę uważał. Bajo – ktoś poczuł się wdzięczny.
- Jorgasz teraz, o czym mówię – spytał Wielu.
- Iiii, coś więcej może? – jakoś mnie nie przekonał. To przecież mogli być jego koledzy – namówili się z nim i nadawali spod wiaduktu.
- Poczekaj chwilę – powiedział i przyspieszając, puścił się w pogoń za jakimś wiśniowym Mondeo na miejscowych numerach.
Dogonił Forda w oka mgnieniu i utrzymując bezpieczną odległość jechał za nim nienerwowo. Kierowca Mondeo, jak tylko przestał rozmawiać prze telefon, kontrolnie spojrzał w lusterko. Był na tyle blisko, że widzieliśmy jego oczy. Zląkł się i gwałtownie zaparkował (niemalże) między wyprzedzanymi TIRami.
- Hehehe, widzisz? Tak mam zawsze!
Wyprzedziliśmy Forda i podobnie jak on, wczesaliśmy się pomiędzy przepisowo jadące TIRy. Ich kierowcy nie omieszkali uprzedzić wszystkich o naszej obecności:
- Uważajcie koledzy, bo misiaki w czarnym oplu czają się przede mną. Mam zieloną plandekę. Uważajcie!
Jechaliśmy tak schowani przez 2 minuty. Nagle lewym pasem przemknęło jakieś Volvo z ogromną anteną CB na dachu. Wielu zachował się wtedy jak rasowy pies gończy: lusterko, redukcja, kierunek, przyspieszanie okraszone czarnym jak smoła dymem i… nim dopadliśmy to Volvo, ono już wlokło się prawym pasem 90 na godzinę za jakimś MANem. Kierowca przyjrzał się nam dobrze i zrozumiał swój błąd. Musiał mieć pod maską ze 250 benzynowych koni, bo mimo wysiłków Wiela i dzikich świstów oplowskiej turbiny, Volvo połknęło nas przy 170 tak łatwo, jak młody pelikan łyka rybę. Wziuuu…
- Widzisz, niektórych można czasami ostro wkurzyć…
Jeździliśmy tak pół dnia. Co chwilę jakiś życzliwy kierowca ostrzegał innych przed nami. Nie powiem, fajna akcja. Zacząłem się wahać, czy rzeczywiście powinienem psuć mu tę frajdę firmowymi naklejkami. Choć z drugiej strojny, w swoich podszywaniach jak do tej pory nie pokazał ludzkiej twarzy – tylko straszył ludzi i podpuszczał. Muszę to ukrócić. Za tydzień Vectra będzie już obrandowana.
Koniec. Noc na całego. Wracamy do Warszawy. Powoli milkną ostrzeżenia bielskich kierowców. W innych rejonach kraju czarne Vectry nie mają takich jednoznacznych konotacji. Jechaliśmy niecałą stówką, spokojnie i równo, bo na tempomacie. Ruch był minimalny. Z tyłu ktoś się zbliżał. Albo jechał cholernie szybko, albo miał źle ustawione i obluzowane światła – bo migały i skakały jak w starej węglarce.
Po kilku sekundach wszystko się wyjaśniło – jechał szybko. Cholernie szybko. Nawet za szybko jak na BMW serii 3. Minął nas i… jak nie zaczął awaryjnie hamować! Głowę dam sobie uciąć, że widziałem czerwone z gorąca tarcze w przednich kołach. Wytracił prędkość i wjechał na prawy pas, jakieś 100 metrów przed nas. I widać było, że kontroluje nas w lusterku, bo ani na metr nie zmieniał dystansu.
W światłach nadjeżdżającego z przeciwka auta zauważyliśmy, że ma na dachu antenę. Wielu wziął gruszkę:
- Możesz jechać kolego. Jadę za tobą w tej Vectrze, ale misiakiem nie jestem.
- O kurwa, ale mi ciśnienie skoczyło, kolego! Z Bielska jadę a tam głośno o jakiejś policyjnej akcji.
- Też to słyszałem.
- No dobra, ja zmykam. Pozdrowienia i szerokości.
- No dla ciebie też.
- Bajo – powiedział i pojechał. Metaliczny dźwięk 6-cylindrówek BMW jest równie fajny, jak bulgot boxera Imprezy.
A jednak Wielu pokazał ludzką twarz. Daruję mu te naklejki. Na razie. Na pierwszy rzut, ten za 2 tygodnie, pójdą Focusy i Corsy. Oklejenie 3 Vectr zlecę później.
- Miesiąc ci starczy? – spytałem.
- Kocham cię! – wyszeptał
- Hehe – nie bardzo wiedziałem, jak na ten czerstwy żart zareagować, więc nerwowo i trochę lamersko się zaśmiałem.
- Naprawdę cię kocham – wyszeptał i na mnie spojrzał.
Niechcący spojrzałem mu w oczy. Przeszedł mnie dreszcz. Zrozumiałem, czym jest platoniczna, męska miłość. I zrozumiałem, jak niewiele niektórym potrzeba. Cóż, każdy ma jakiś słaby punkt. Na każdego jest jakiś sposób…
#80 Taaaaaka ryba!
Opublikowane: 15 October 2007 | Komentarze: 12
Kategoria: Mercedes [Bezpieczeństwo] [Obyczaje] [Rozważania] [Wypadki]

Na trasie Toruńskiej są tzw. dwa niebezpieczne zakręty. Bardzo szerokie, ale dość ostre. Stosunkowo często różne auta witają się tam z barierką. Większość po prostu uderza w nią bokiem, ale są też tacy (jak na przykład Ewa), którzy wioząc dziecko z tyłu w foteliku najpierw przy 130 tracą przyczepność, potem tyłem walą w barierkę, by po wykonaniu całego obrotu skleić się czołowo z barierką po drugiej stronie. Dwa wnioski. Primo: 130km/h to na tym zakręcie zbyt dużo oraz kolejne primo: Fiat Marea to dzielne auto, które niczym bodyguard, impet bierze w pełni na siebie.
Gała z kolei poza pracą trudni się sprowadzaniem lekko walniętych aut ze Stanów. Od miesiąca walczy z Mercedesem C-cośtam 4matic. Napęd na 4 koła, nienaganny automat i ponad 170 koni, a jeździć nie chce. Coś elektronika po złożeniu przodu nie chce chodzić. Ale to przeszłość. Dziś nim przyjechał. Pokazał go wszystkim na raz i każdemu z osobna. Pysznił się i puszył. Fakt – samochód prześliczny i zadbany. Ale Gale to nie starcza – ten samochód musi być jeszcze szybki. Albo nie – najlepiej żeby od razu był mega szybki. A on, jego aktualny (choć chwilowy) właściciel – mega-kuzaj i super-chołek. Ale co ja tu będę sobie palce strzępił – sami posłuchajcie.
- “Znacie te dwa zakręty na toruńskiej? Ile tamtędy pojedziecie – 120? 130? To max. A ja tym Mercedesem dziś rano 120 jechałem. Ale mil! 120 mil! To pod dwie stówy będzie. I nic, jak po szynach! Ten napęd na cztery koła to tak go do drogi lepi, że normalnie mogłem szybciej, ale opony piszczały, bo jeszcze na zimówkach go mam. Wiecie, głównie stał po warsztatach, to nie opłacało się zmieniać…”
Niektórzy mówią na do “przechwałki”. Inni: “przegięcie”. Ja zaś wiem, że to zwykły “zonk”. Przynajmniej raz w tygodniu słyszę, jak ktoś pojechał tak, że o Jezuuuuu… a potem to bokiem normalnie tak że jenyyyyy… i mu się wskazówka prędkościomierza na 240 km/h zacięłaaaaa… i kontrę założył i auto gazem prowadziiiiił… a tarcze i sprzęgło to mu tak potem śmierdziały, że… normalnie nieuwierzycie!
#79 Pierdziuchy-śmierdziuchy
Opublikowane: 12 October 2007 | Komentarze: 12
Kategoria: [Porady]

Żeby złej prasy sobie nie robić i tych licznych czytelniczek do siebie nie zrażać, załóżmy, że wszystko poniższe tyczy się mojego kolegi… yyy… Edka, dajmy na to. Rzeczony Edek ma zwykłe auto – 3-drzwiowe, dwa fotele z przodu i kanapa na tyle. Edek nie pali i jest schludny. O auto dba – regularnie je serwisuje, dość często na karczerek jeździ i o wnętrze się troszczy, systematycznie je odkurzając, nabłyszczając i perfumując.
Wspaniały właściciel! Tylko od takich auta kupować! – chciałoby się zawołać. Ale… chmmm, zawsze jest jakieś „ale”. Ale tym razem to „ale” jest rzeczywiście niepokojącę. Otóż… czasami lubię sobie… ekhm, ekhm… to znaczy Edek lubi sobie w aucie puścić bąka. Nie znam statystyk i uśrednionych danych, więc nie wiem, czy robi to dużo częściej niż inni, czy cholernie bardzo dużo częściej. Jedno wiem na pewno – pierdzi w samotności, więc rodziny na szwank nie naraża. Plus dla niego.
Ale panowie, kto z nas nie pierdzi w aucie?! Sęk w tym, że robimy to od wielkiego dzwonu. A ja… yyy, to znaczy Edek!… on robi to niemalże ciągle. I od niedawna ma pewien problem. A mianowicie teraz, gdy wilgotne dni się zaczynają, w aucie pojawił się niewywabialny, niewytrzymywalny i dowyrzygalny smród. Jest wszędzie – w podsufitce, na boczkach drzwiowych, na tylnej kanapie i fotelu pasażera. Najbardziej intensywny jest oczywiście na fotelu kierowcy. Ale co się dziwić – przecież bezpośrednio w fotel kierowcy celuje jelitowa artyleria Edka.
Jaki z tego morał? Żaden. Po prostu uważajcie, gdy używane auta będziecie kupować. Najlepiej kupować wiosną i jesienią – wtedy wilgoć z powietrza ujawni wszelkie niesmaczne przyzwyczajenia właściciela. I pamiętajcie – jeśli umówiliście się na jesieni z właścicielem, pod jego domem na przykład, by auto oglądać, i zauważycie, że on już na was przy tym aucie czeka, i auto ma otwarte drzwi i ewidentnie się wietrzy – odstąpcie od zamiaru kupna. Na 99% właściciel ten ma złą dietę: za dużo sałaty i roślin strączkowych. Udajcie, że wy to nie wy i mińcie go jak gdyby nigdy nic. Niech czeka nadal. Was nie nabierze. Wy wiecie, że auta po pierdziuchu lepiej nie kupować.
#78 Ale czy to jest bezpieczne?!
Opublikowane: 11 October 2007 | Komentarze: 20
Kategoria: Volvo [Bezpieczeństwo]
- Ej, kopę lat!
- Kurczę, Domik, Dzwoniłem do ciebie w zeszłym tygodniu nawet…
- Numer zmieniłem. Ty pewnie nadal masz mój stary
- No. Apropos “stary”! Ale żeś se Volvo strzelił…!
- 14 latek z Belgii. Ale komfort, mówię ci!
- Dobra, to pykacza mi puść, sobie numer zapiszę. Jadę, bo zielone.

Wielu moich znajomych kupiło sobie (a w zasadzie ściągnęło) używane auta z Zachodu. Na ogół poszli na bogato – nie ściągali Golfow czy Escortow – ściągnęli Volvo 940, Saaba 9000, Mazdę 626 czy choćby Renault Safrane. Każdy wóz co najmniej 12 letni. W nienagannym stanie, zadbany, czysty. Przebiegi rzędu 250 000 km. Ale silniki spore, nie jakieś tam kosiareczki, wiec nie ma strachu.
Ja wiem (i pisałem już o tym), że takie auta mają duszę. Ja wiem, że to czasami jest lepszy zakup niźli jakieś wozidełko segmentu B prosto z salonu. Ale zastanawiam się tylko, jak taki przebieg i wiek auta wpływa na jego bezpieczeństwo bierne. Czy jest jakiś algorytm, który pozwoli przewidzieć, ile gwiazdek podczas zderzenia czołowego za 12 lat zdobędzie auto dziś 5-cio gwiazdkowe? Bo fajnie, że masa tych aut jest spora i że blachy grube. Ale co będzie, jesli to wszystko żelaztwo podczas mocniejszej stłuczki postanowi się schronić w kabinie?
#77 A ty, czy lubisz być gangsta?
Opublikowane: 7 October 2007 | Komentarze: 24
Kategoria: Ford Opel Seat [Porady] [Rozważania]

Jeszcze pół roku temu, gdybyście mnie zapytali, co w samochodzie jest najważniejsze z punktu widzenia wygody i frajdy z jazdy, powiedziałbym, że:
- najważniejsze jest zawiesznie, albo
- najważniejszy jest silnik, albo
- najważniejsze są ostre jak brzytwa hamulce, albo
- najważniejsze jest, by kierownica od oporu do oporu miała nie więcej niż 2 obroty, albo
- najważniejsze jest dobre radio, co w trasie sygnału Radia Maryja nie zgubi.
Tak odpowiadałbym pół roku temu. Ale dorosłem, dojrzałem, zmądrzałem i pewne rzeczy zrozumiałem. Dziś, gdy jestem już stateczną, poważną i odpowiedzialną głową rodziny oraz uznanym blogerem (wielokrotnie cytowanym w tygodniu „Nie”, dwutygodniku „Las Polski” oraz miesięczniku „Trendy Food”, na pytanie, co mój wymarzony samochód mieć powinien, odparłbym, że…
- klimatyzację? Również, ale nie o to chodzi…
- isofix? Bynajmniej
- pojemny bagażnik? Czasami się przydaje, ale teraz to raczej “pudło”…
- dzieloną tylną kanapę? Dobry patent, ale nie w tym dziś rzecz.
Mój wymarzony samochód powinien zapewniać… gangsterską pozycję za kółkiem! Tak! Nisko, półleżąco, głęboko i soczyście. Kierownica na tyle blisko, by móc luźno położyć lewy nadgarstek na godzinie 12. Głowa ledwie wystająca ponad krawędź drzwi. Korpus ukryty przed postrzałem za bocznym, wzmocnionym słupkiem. Pełne gangsta!
Wiem, że brzmię śmiesznie. Żenująco wręcz. Ale tak mi się porobiło. Każdy samochód oceniam najpierw pod kątem pozycji za kółkiem. Jeśli jest zbyt wysoka, za mało miejsca pozostaje nad głową lub patrząc z boku widać mi nie tylko głowę i fragment szyi, ale również ramię – auto odpada. Owszem – nadal mi się podoba, lecz wiem, że raczej bym go nie kupił. Przykłady?
Podoba mi się nowy Ford Focus – jest duży (potężny wręcz, jak na kompakta), ma ładne detale i całkiem przyjemne wnętrze. Co z tego, skoro, siedzi się w nim wysoko i przez to auto wydaje się o numer za małe. Odpada.
Nawet podoba mi się nowa Vectra – szczególnie 5-drzwiowa wersja GTS robi wrażenie (choć przyznam, że przednie światła sprzed liftingu, te kwadratowe, nie były może tak efekciarskie, ale jakoś bardziej do kanciastej sylwetki pasowały – te nowe łezki wydają się takie ni-przypiął-ni-wypiął). I co z tego, skoro nawet jak najniżej opuszczę fotel, nad głową zostają mi ledwo 3cm. Wieczorem to nawet spoko – kręgosłup jest lekko zmęczony, chrząstki między kręgami ściśnięte całodzienną grawitacją, sylwetka przygarbiona i kilka cm mniej. Ale z rańca, gdy wypoczęty i z rozciągniętym po nocy kręgosłupem mierzysz te kilka centymetrów więcej, jadąc do pracy kompletnie demolujesz nażelowaną grzywkę. Do bani.
Poprzednie Mondeo (nowego jeszcze swą obecnością nie zaszczyciłem) miało podobny problem, co Vectra – niby duże auto, niby przestronne, niby z wygodnymi fotelami – a jednak trochę jak przy stole. Kiszka.
I dlatego, bacząc niemalże wyłącznie na pozycję za fajerką, strasznym ostatnio uczuciem darzę nowego Seata Leona! Cóż, patrząc na niego z zewnątrz, trudno uczuciem go nie darzyć – wygląda naprawdę dobrze. Gorzej z wnętrzem – jest nijakie. Poza jedną rzeczą. Poza pozycją. Za kółkiem. Prawie na ziemi. Ledwo głowa wystaje ponad dolną linię szyb. R-E-W-E-L-A-C-J-A! Chciałbym go mieć. Zwykłego. 1,6 litra. W benzynie. Byleby ledwo łypać ze środka.
To jest jakieś podskórne, wrodzone odczucie. Nie potrafię w aucie, w którym siedzę zbyt wysoko, zbyt dużo mnie przez okna wystaje, zbyt mało mam miejsca nad głową… nie potrafię w takim aucie czuć się bezpiecznie i swobodnie. Czuję się, jakbym zaraz miał wysiadać. Podróż w dłuższą trasę strasznie mnie męczy… psychicznie. O co w tym wszystkim chodzi? Pojęcia nie mam…! Ale nic na to poradzić nie mogę…
Mam pewną teorię – po prostu się starzeję i podświadomie szukam auta, w którym mógłbym bez uszczerbku dla podsufitki w kapeluszu jeździć.
Założę się, że każdy z was ma tę jedną, jedyną fobię, przez pryzmat której przygląda się wszystkim autom. Ja muszę nisko siedzieć. A wy? Czy musicie się chłodzić? Czy mieć twarde podparcie żeber i nerek? Czy patrzeć na niebieskie zegary? Czy mieć regulację radia w kierownicy? Czy miękko sunąć nad dołkami? Czy czuć gabaryty auta? Czy nie bujać się w zakrętach? Czy mieć drewno na desce? Czy…?
#76 Nie podążaj za światłami
Opublikowane: 3 October 2007 | Komentarze: 14
Kategoria: Peugeot [Porady] [Rozważania]

Dziś krótka historyjka – ot tak dla rozluźnienia po ostatnich postach życiowo-merytoryczno-życzeniowych. A wszystko zdażyło się nie tak dawno temu… we wrześniu… w połowie września… w pierwszej połowie… 17-ego dokładnie.
Podróż do Wrocławia niemożebnie się nam wlokła. Na początku trasy próbowaliśmy jeszcze wyprzedzać, ale potem uzmysłowiliśmy sobie, że sensu nie ma w tym żadnego. Sznur samochodów ciągnął się nieprzerwanie po horyzont. Po co wyprzedzać, skoro wszyscy jadą równym tempem? Co zyskamy? Warto dla tych kilku minut redukować, przegazówki robić i siedzieć na zderzaku?
Droga standardowo była w remoncie. Co się dziwić – Euro 2012! Nam się nie uda? Nam się nie uda?!
W pewnym momencie z bocznej szutrowej drogi tuż przed nas wyjechał bordowy Peugeot 307. Niby nic wielkiego – wyjechał i jedzie. Tyle, że coś mu się z przednich nadkoli dymi. Dymi przez duże „D”.
- On się normalnie pali! – spostrzegła Ryba.
- Ty, to może tak właśnie być. Pamiętasz te akcje z 307-kami? Kilka się zjarało na poboczu – jakieś zwarcia w elektryce to powodowały.
- Może on tego nie widzi? Zobacz – ten dym mu się nadkolami wydostaje.
- W lusterko niech spojrzy. Przecież tego nie można przeoczyć. Mgłę za sobą zostawia!
- Ty uważaj, bo już ledwo co widać…
Rzeczywiście dym przybrał jakby na sile. Nadal był biały, ale jakiś taki bardziej gęsty.
- To musi tak być – elektryka mu się jara.
- Co robimy?
- Migaj mu. Może to emeryt, w lusterka nie patrzy…
Mignąłem. Wątpię, by to zauważył, bo ja go ledwo w tym dymie widziałem, mimo iż jechał góra 15 metrów przede mną.
- Zatrąb!
Trąbnąłem. Dym był tak gęsty, że dźwięk klaksonu wydał się taki cichutki, nieporadny, przytłumiony…
- Weź go dogoń, bo się gość żywcem zjara. Potem go strażacy od tapicerki nie odkleją.
Zredukowałem i przyspieszyłem. Mimo iż silnik warczał i syczał – na obroty jakoś nie wchodził. Dym był tak gęsty, że tłamsił almerę niczym starszy kolonista tłamsi poduszką młodego w Zieloną Noc. Zredukowałem ponownie. Obroty skoczyły i auto delikatnie przyspieszyło. Już myśleliśmy, że jest OK, gdy nagle silnik zaczął powoli tracić moc. Prędkość wróciła do początkowej. W tym dymie tlenu było jak na lekarstwo. Nie tylko silnik słabł – my też zaczynaliśmy mieć zawroty głowy.
- Włącz przeciwmgielne. Oba. Nic przecież nie widać.
- Już dawno włączyłem. Patrz – ci za nami też ledwo zipią…
W istocie. Jadący niedaleko za nami Focus gwałtownie skręcił w pole. Pasażerowie wybiegli na trawę wymiotując. Potem przykrył ich dym. Pewnie mieli stary i brudny filtr kabinowy. Szczęście, że ja niedawno wymieniłem. Ciekawe, na jak długo starczy…?
- Coraz mnie widzę.
- Trzymaj się jego świateł.
- Tak zrobię…
Jechaliśmy za światłami palącego się Peugota. Bóg jeden wie, dokąd nas jego kierowca wiódł…
Chyba wjechaliśmy w jakiś większy remont, bo światła przed nami zaczęły kluczyć i ostro manewrować. Ale trzymaliśmy się ich wiernie – nic innego nam nie pozostało. Poza białym dymem i tymi dwoma światłami – świat dla nas nie istniał.
Nagle światła zatrzymały się. I zgasły! Ogarnęło nas przerażenie – gdzie jesteśmy?! Co teraz z nami będzie?! Dlaczego wyjąłem z auta ten klucz francuski – czym się teraz będę bronił?! Życie stanęło nam przed oczyma – przypomniała mi się zerówka, kiedy na rozpoczęciu roku niejaka Zuzia ze stresu zsikała się na krzesło. Wszyscy się śmiali do rozpuku, ale tylko ja tak rubasznie, że potknąłem się i wywróciłem to krzesło na siebie. Cały mocz zatrzymany we wgłębieniu siedziska znalazł się na moim ubraniu. No, niezupełnie cały – spora jego część zalała mi twarz. Na szczęście rodzice stanęli na wysokości zadania i byli całkowicie po mojej stronie – po prostu zmienili mi szkołę. Trzy razy. A gdy i to nie pomogło, zmienili mi nazwisko. Ech, wspomnienia… but, let’s get back to the action!
Nagle coś za nami chrobotnęło. Metaliczny dźwięk przeszył nasze ciała. Byłem bliski płaczu, ale ze względu na Rybę (przecież to ja tu noszę spodnie!) nie popłakałem się. Emocje rozładowałem cichutkim: „Proszę nas nie zabijać…”. Potem usłyszeliśmy kroki. Gdzieś obok, tak blisko, że prawie wewnątrz naszego auta. Ryba beknęła – zawsze beka w stresie. Kroki oddaliły się i wszystko ucichło.
Siedzieliśmy nieruchomo sparaliżowani strachem. Ryba spojrzała na mnie:
- Wysiadasz?
- Chyba ty!
- Ja nie.
I tak sobie siedzieliśmy. Dym powoli zaczął się rozwiewać. Widzieliśmy coraz więcej – wierzchołki drzew, niebo. Niestety filtr kabinowy powoli przestawał działać. Zrobiło mi się słabo. Spojrzałem na Rybę – odpadła. Jej głowa bezwładnie leżała oparta o szybę. „Muszę coś zrobić. Nie możemy tu umrzeć” – pomyślałem i w tym właśnie momencie zemdlałem również.
Obudziło nas pukanie w okno. Za szybą stał miły starszy Pan – uśmiechał się do nas zdziwiony i robił ręką korbę – pewnie chciał, byśmy otworzyli okno. Wokoło nie było śladu po dymie – świeciło piękne słońce i wiał rześki jesienny wiaterek. Uchyliłem okno i już chciałem coś powiedzieć, gdy…
- Dzień dobry, czy mogę w czymś pomóc – uprzedził mnie starszy jegomość
- Yyy… w zasadzie to tak. Gdzie jesteśmy?
- Gdzie? Na moim podwórku.
- Na Pana podwórku? – rozejrzałem się wokoło – A jak się tu dostaliśmy?
- Sam chciałbym to wiedzieć. Jak tu wjechaliście przez zamkniętą bramę?!
- No… wie Pan… eee…
Chcieliśmy mu powiedzieć o dymie, naszych nocnych lękach i omdleniu. Spojrzałem na Rybę – nie wygladała dobrze. Ja pewnie również byłem jakiś napuchnięty i podsiniały. Nie ma szans, by nam uwierzył…
- Bardzo Pana przepraszamy. Jeśli zechce Pan otworzyć bramę, pojedziemy w swoją stronę.
- Mam nadzieję, bo przyparkowaliście mi Państwo samochód.
- Jeszcze raz przepraszamy. Do widzenia.
- Żegnam.
#75 Dieslofobia, czyli benzynofilia
Opublikowane: 1 October 2007 | Komentarze: 68
Kategoria: [Rozważania]

Zacznę do listy 10 rzeczy, które maksymalnie mnie we współczesnych Dieslach irytują (doświadczenie zbierałem podczas licznych służbowych jazd Vectrą CDTi, Mondeo TDCi, Focusem TDCi, Octavią TDI oraz Peugeotem HDI):
- Wysoka awaryjność (o czym trochę więcej będzie poniżej).
- Dymienie przy redukcji i przyspieszaniu, co uniemożliwia łyknięcie kogoś tak z-cicha-pękł, bo zawsze twój zamiar wyrwania się do przodu zdemaskuje czarny dym.
- Chwilowy (ta chwila to czasami wieczność!) brak reakcji na nagłe wciśnięcie gazu, przez co wskoczenie pomiędzy ciasno upchane auta na szybszym pasie trzeba planować z wyprzedzeniem.
- Klekot na zimno, na ciepło i ogólnie podczas postoju na światłach – a najgorsze są te chwile w zimowy poranek, gdy powoli wytaczasz się z osiedla i z sekundy na sekundę coraz więcej sąsiadów żegna cię groźnym spojrzeniem z okien.
- Męczenie sprzęgła przy ruszaniu, bo inaczej auto zgaśnie.
- Krótkie biegi i szybkie wchodzenie na czerwone pole – szczególnie beznadziejnie krótka jedynka sam nie wiem, do czego się nadaje – chyba tylko do wykonania krótkiego skoku wprzód by oblać McKawą współpasażera.
- Powolne nagrzewanie się auta w zimę uniemożliwiające w miarę szybkie nagrzanie kabiny, co skutkowało zawsze chrypą, katarem, grabieniem rąk i przemarzaniem palców u stóp.
- Absurdalnie wysokie ceny oleju napędowego (zimowy to jakieś szaleństwo, ale również zwykły letni na wielu stacjach jest w cenie 95-tki).
- Niskie spalanie tylko w trasie – w mieście na ogół (tak pokazuje komputer zużycia chwilowego) Diesle biorą tyle samo co benzynówki podobnej mocy.
- Wysoka cena, która miałaby szansę zwrócić się po kilku latach zapartej jazdy autostradowej, gdyby nie częste awarie nieobjęte gwarancją.
Tak, wiem, jestem dieslofobem i benzynofilem. Ale przecież zaledwie dwadzieścia lat temu, jak myślało się o zakupie używanego Diesla, to jego maksymalny żywot określało się na 400,000 – 500,000 km i kupno czegoś w okolicach 200,000 km niemalże pozbawione było ryzyka jakiejkolwiek awarii. Teraz wszystko się mocno pozmieniało. Nie ma już tych mercedesowskich ropniaków, na których niemieccy taksówkarze robili milionowe przebiegi. Nowoczesne Diesle są tak cholernie wysilone i turbo-sprężone, że z litra pojemności wyciągają mniej więcej tyle, co silniki Ferrari. I do podobnych wysiłków co w torowych bolidach z Maranello zmuszane są te klekoty codziennie w służbowych Octaviach, Lagunach, Mondeo i Vectrach. Co się dziwić, że zamiast półmilionowego przebiegu w standardzie mamy awarię turbiny po 30,000 km lub wymianę super-NASA-nowoczesnych piezo-cośtam-wtryskiwaczy po 2,000 zł sztuka co każde 75,000 km. I bynajmniej nie na gwarancji!
Oczywiście nadal pod maskami (raczej: pod kabinami) poczciwych TIRów pracują typowe, wolnoobrotowe Diesle, gdzie olej można wymieniać co drugi przegląd, a przeglądy wykonuje się chyba co 200,000 km. Ale mają one tyle wspólnego z zaturbionymi klekotami w służbówkach, co dajmy na to zamek w drzwiach z zamkiem błyskawicznym.
Wiem, że wszystkie te komonrejle, przedwtryski i filtry cząstek stałych powstały celem polepszenia codziennej eksploatacji – i wiem, że doskonale to czynią. Wszak dzisiejsze silniki Diesla są szybsze, mniej palą i duuużo więcej potrafią od wielu, naprawdę dobrych silników benzynowych. Ale wszystko to przez raptem 150,000 – 200,000 km, o ile po drodze wymieni się kilka kluczowych podzespołów.
Pewnie ofuknie mnie zaraz ktoś, kto swoim 1,9 TDI zrobił już 390,000 km i jeszcze mu sprzęgło dobrze bierze, turbinka cichutko świszcze a kolor spalin daleki jest od niebieskiego. Ale nie oszukujmy się – jest jak jest – żywot dzisiejszego ropniaka, statystycznie rzecz biorąc, jest krótszy niż dzisiejszej benzynówki. Ale co się dziwić – przy technologicznym, technicznym, informatycznym i inżynierskim zaawansowaniu tych wszystkich HDI, JTD, TDI, i-CTDi, TDCi czy CDI nawet hondowski VTI wydaje się prosty, nieskomplikowany i jakiś taki… niedzisiejszy.
Ech, gdyby nie ten wyścig na moc i moment obrotowy, dziś kupowałoby się używane Diesle tak samo, jak używane, niemieckie ciągniki TIR kupują niezamożne polskie firmy transportowe – biją się o Scanię czy MANa z przebiegiem 1,500,000 km. Bo to auta dopiero co dotarte – raptem kilka razy wymieniany miały olej, a na większość podzespołów gwarancja skończyła się niecałe 500,000 km temu.

Nie zamierzam na razie zmieniać auta. Ale gdybym zamierzał, to bałbym się kupić nowego Diesla. Swoją benzynówką zrobiłem prawie 130,000 km bez żadnej awarii. Nie znam nikogo z Dieslem, kto przy podobnym przebiegu nie był już kilka razy w serwisie z zapchanym przepływomierzem, połamaną turbiną, przebiciami na kablach wysokiego napięcia czy ubytkiem ciśnienia w systemie Common-Rail. I nigdy nie był winny producent – zawsze winne było albo paliwo (że zła jakość albo niezimowe) albo kierowca (że nie rozgrzał lub nie schłodził turbiny). Akurat! I prawie zawsze naprawa kosztowała więcej niż niezła pensja. To trochę sporo, nawet jeśli nowoczesny diesel potrafi dać sporo frajdy z jazdy.

