#76 Nie podążaj za światłami

Dziś krótka historyjka – ot tak dla rozluźnienia po ostatnich postach życiowo-merytoryczno-życzeniowych. A wszystko zdażyło się nie tak dawno temu… we wrześniu… w połowie września… w pierwszej połowie… 17-ego dokładnie.
Podróż do Wrocławia niemożebnie się nam wlokła. Na początku trasy próbowaliśmy jeszcze wyprzedzać, ale potem uzmysłowiliśmy sobie, że sensu nie ma w tym żadnego. Sznur samochodów ciągnął się nieprzerwanie po horyzont. Po co wyprzedzać, skoro wszyscy jadą równym tempem? Co zyskamy? Warto dla tych kilku minut redukować, przegazówki robić i siedzieć na zderzaku?
Droga standardowo była w remoncie. Co się dziwić – Euro 2012! Nam się nie uda? Nam się nie uda?!
W pewnym momencie z bocznej szutrowej drogi tuż przed nas wyjechał bordowy Peugeot 307. Niby nic wielkiego – wyjechał i jedzie. Tyle, że coś mu się z przednich nadkoli dymi. Dymi przez duże „D”.
- On się normalnie pali! – spostrzegła Ryba.
- Ty, to może tak właśnie być. Pamiętasz te akcje z 307-kami? Kilka się zjarało na poboczu – jakieś zwarcia w elektryce to powodowały.
- Może on tego nie widzi? Zobacz – ten dym mu się nadkolami wydostaje.
- W lusterko niech spojrzy. Przecież tego nie można przeoczyć. Mgłę za sobą zostawia!
- Ty uważaj, bo już ledwo co widać…
Rzeczywiście dym przybrał jakby na sile. Nadal był biały, ale jakiś taki bardziej gęsty.
- To musi tak być – elektryka mu się jara.
- Co robimy?
- Migaj mu. Może to emeryt, w lusterka nie patrzy…
Mignąłem. Wątpię, by to zauważył, bo ja go ledwo w tym dymie widziałem, mimo iż jechał góra 15 metrów przede mną.
- Zatrąb!
Trąbnąłem. Dym był tak gęsty, że dźwięk klaksonu wydał się taki cichutki, nieporadny, przytłumiony…
- Weź go dogoń, bo się gość żywcem zjara. Potem go strażacy od tapicerki nie odkleją.
Zredukowałem i przyspieszyłem. Mimo iż silnik warczał i syczał – na obroty jakoś nie wchodził. Dym był tak gęsty, że tłamsił almerę niczym starszy kolonista tłamsi poduszką młodego w Zieloną Noc. Zredukowałem ponownie. Obroty skoczyły i auto delikatnie przyspieszyło. Już myśleliśmy, że jest OK, gdy nagle silnik zaczął powoli tracić moc. Prędkość wróciła do początkowej. W tym dymie tlenu było jak na lekarstwo. Nie tylko silnik słabł – my też zaczynaliśmy mieć zawroty głowy.
- Włącz przeciwmgielne. Oba. Nic przecież nie widać.
- Już dawno włączyłem. Patrz – ci za nami też ledwo zipią…
W istocie. Jadący niedaleko za nami Focus gwałtownie skręcił w pole. Pasażerowie wybiegli na trawę wymiotując. Potem przykrył ich dym. Pewnie mieli stary i brudny filtr kabinowy. Szczęście, że ja niedawno wymieniłem. Ciekawe, na jak długo starczy…?
- Coraz mnie widzę.
- Trzymaj się jego świateł.
- Tak zrobię…
Jechaliśmy za światłami palącego się Peugota. Bóg jeden wie, dokąd nas jego kierowca wiódł…
Chyba wjechaliśmy w jakiś większy remont, bo światła przed nami zaczęły kluczyć i ostro manewrować. Ale trzymaliśmy się ich wiernie – nic innego nam nie pozostało. Poza białym dymem i tymi dwoma światłami – świat dla nas nie istniał.
Nagle światła zatrzymały się. I zgasły! Ogarnęło nas przerażenie – gdzie jesteśmy?! Co teraz z nami będzie?! Dlaczego wyjąłem z auta ten klucz francuski – czym się teraz będę bronił?! Życie stanęło nam przed oczyma – przypomniała mi się zerówka, kiedy na rozpoczęciu roku niejaka Zuzia ze stresu zsikała się na krzesło. Wszyscy się śmiali do rozpuku, ale tylko ja tak rubasznie, że potknąłem się i wywróciłem to krzesło na siebie. Cały mocz zatrzymany we wgłębieniu siedziska znalazł się na moim ubraniu. No, niezupełnie cały – spora jego część zalała mi twarz. Na szczęście rodzice stanęli na wysokości zadania i byli całkowicie po mojej stronie – po prostu zmienili mi szkołę. Trzy razy. A gdy i to nie pomogło, zmienili mi nazwisko. Ech, wspomnienia… but, let’s get back to the action!
Nagle coś za nami chrobotnęło. Metaliczny dźwięk przeszył nasze ciała. Byłem bliski płaczu, ale ze względu na Rybę (przecież to ja tu noszę spodnie!) nie popłakałem się. Emocje rozładowałem cichutkim: „Proszę nas nie zabijać…”. Potem usłyszeliśmy kroki. Gdzieś obok, tak blisko, że prawie wewnątrz naszego auta. Ryba beknęła – zawsze beka w stresie. Kroki oddaliły się i wszystko ucichło.
Siedzieliśmy nieruchomo sparaliżowani strachem. Ryba spojrzała na mnie:
- Wysiadasz?
- Chyba ty!
- Ja nie.
I tak sobie siedzieliśmy. Dym powoli zaczął się rozwiewać. Widzieliśmy coraz więcej – wierzchołki drzew, niebo. Niestety filtr kabinowy powoli przestawał działać. Zrobiło mi się słabo. Spojrzałem na Rybę – odpadła. Jej głowa bezwładnie leżała oparta o szybę. „Muszę coś zrobić. Nie możemy tu umrzeć” – pomyślałem i w tym właśnie momencie zemdlałem również.
Obudziło nas pukanie w okno. Za szybą stał miły starszy Pan – uśmiechał się do nas zdziwiony i robił ręką korbę – pewnie chciał, byśmy otworzyli okno. Wokoło nie było śladu po dymie – świeciło piękne słońce i wiał rześki jesienny wiaterek. Uchyliłem okno i już chciałem coś powiedzieć, gdy…
- Dzień dobry, czy mogę w czymś pomóc – uprzedził mnie starszy jegomość
- Yyy… w zasadzie to tak. Gdzie jesteśmy?
- Gdzie? Na moim podwórku.
- Na Pana podwórku? – rozejrzałem się wokoło – A jak się tu dostaliśmy?
- Sam chciałbym to wiedzieć. Jak tu wjechaliście przez zamkniętą bramę?!
- No… wie Pan… eee…
Chcieliśmy mu powiedzieć o dymie, naszych nocnych lękach i omdleniu. Spojrzałem na Rybę – nie wygladała dobrze. Ja pewnie również byłem jakiś napuchnięty i podsiniały. Nie ma szans, by nam uwierzył…
- Bardzo Pana przepraszamy. Jeśli zechce Pan otworzyć bramę, pojedziemy w swoją stronę.
- Mam nadzieję, bo przyparkowaliście mi Państwo samochód.
- Jeszcze raz przepraszamy. Do widzenia.
- Żegnam.
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

Ty się śmiej, a ja tak kiedyś miałem i to właśnie na trasie warszawa – wrocław, tylko nie przez dym, a przez mgłę.
droga i owszem – w remoncie. tzn. nawierzchnia już położona, ale linii jeszcze nie ma. mgła taka, że nie widać dokładnie nic, więc prędkość marszowa ca 5km/h i na światła tego z przodu. w pewnym momencie gość zaczął mrugać awaryjnymi, więc korek się zatrzymał. a gość wysiada i krzyczy, że on tu zjeżdża na podwórko, więc żeby się wszyscy od niego z łaski swojej odp…..lili…
Hheheh. Dokłądnie takie samo coś opowiadał mi szef. Jechał do Berlkina i na autostradzie zobaczyl auto na Berlinskich numerach. Byla mgla wiec sie jego trzymał :) Wylądował na jego podwórku :D
A ja kiedyś jechałem we mgle za jakimś autem i wylądowałem na… swoim podwórku! A z tamtego auta wysiadła moja żona… bo to było jej auto :)
na dym sa dwie rady. GPS albo termiwizja :) GPSy sa oklepane to ja proponuje sobie sprawic taka maske z kamera i wyswietlaczem jak mial predator :)
z gpsem niestety trzeba tez myslec. czasem pokazuje nieistniejace skrzyzowania, na ktorych trzeba skrecic…
hmm, nigdy mi sie cos takiego nie zdazylo ale moze dlatego ze nie mam gpsa :)
[...] znów przyszło mi jechać do Wrocławia. Tym razem jednak nie jechałem sam – obok mnie siedział Jacek – młody mężczyzna wielu [...]
17 to nie pierwsza połowa września.
yy a niewystarzcyzło sie na chwile zatrzymac zeby ten pacan odjechał dalej i spokojnie kontynuować jazdę ? :P
Dokładnie to samo sobie pomyślałem. To tak jakby uciekać przed toczącą się za Tobą kulą i biec cały czas przed siebie zamiast odbić na bok :) Nie raz człowiek nie myśli dobrze w takich sytuacjach.
Ja kiedyś jechałem we mgle na takie białe światełko i okazało się, że zajechałem pod sklep :)
Ja też kiedyś jechałem we mgle na takie białe światełko i okazało się, że zajechałem do indiańskiej wioski gdzieś pośrodku boliwijskiej dżungli. Od tamtej przygody zawsze przed jazdą gaszę lampkę nad lusterkiem.
Jak w poście peter ( October 3rd, 2007 1:38 pm ) – identyczną sytuację znajomy ojca miał :) A może to ta sama? :D
My kiedyś z bratem i ojcem jechaliśmy na wakacje. Przed nami jechał jeszcze jeden samochód osobowy, a przed nim wlókł się TIR. Ruch był taki, że nie dało się wyprzedzić.
W ten sposób wjechaliśmy do większej miejscowości pod drodze i dalej trzymaliśmy się samochodu przed nami, a on ciężarówki. W pewnym momencie kierowca skręcił na stację benzynową… kierowca przed nami pojechał odruchowo za nim, a my za osobowym.
TIR przejechał przez stację (pewnie sprawdzał ceny) i wrócił na główną drogą. My oczywiście za nim. Z boku to musiało zabawnie wyglądać. :-)