#89 Wymarzony kompan w podróży

I znów przyszło mi jechać do Wrocławia. Tym razem jednak nie jechałem sam – obok mnie siedział Jacek – młody mężczyzna wielu umiejętności, który zaledwie kilka dni temu zdał teoretyczny, wewnętrzny egzamin (za drugim podejściem) z przepisów ruchu drogowego. Rzec by można, że jechałem z ekspertem. Sęk w tym, że ten ekspert cierpiał na cholernie upierdliwą dolegliwość – krępowała go jakakolwiek cisza, więc wypełniał ją swoim tubalnym głosem. A że lat ma ekspert ten niewiele, to i pstro w dyńce że hej. Nie wierzycie? Czek-dis-ałt!
- O, okresowe zaleganie śniegu – powiedział Jacek, gdy zbliżaliśmy się do znaku ze śnieżynką – należy zachować szczególną ostrożność w miesiącach jesienno-zimowych.
- Racja – odrzekłem zaskoczony. Kto by się spodziewał, że tu może leżeć śnieg. Od przeszło 2 godzin jechaliśmy 60 km/h, bo lejący się z nieba śnieg z deszczem blokował niemalże wycieraczki.
- Przejazd kolejowy. Ale czemu te choinki ustawione są tak gęsto? – rozmawiał ze sobą Jacek. – Ach tak, przecież to droga z ograniczeniem do 70 km/h. Gdyby było szybciej, byłyby co 50 metrów, a tak są gęściej. Z prawej nic nie jedzie.
Ruszyłem spod znaku “Stop” i przednią osią wtoczyłem się na torowisko.
- Aj, poczekaj! – niepokojąco głośno zawołał Jacek.
Struchlałem. Na szczęście wytrenowana koordynacja i znakominity refleks wyrobiony na setkach tysięcy kilometrów polskich dróg sprawiły, że bez udziału świadomości zapiąłem wsteka i gotowy byłem do odskoku w tył.
- Tu! Uważaj! – krzyknął.
Strzeliłem ze sprzęgła i wyskoczyłem w tył poza torowisko. W sumie nie wiem, przed czym uciekałem, bo szyby przez tę lejącą się z nieba breję były dość mocno zaparowane. Wiem jednak, dokąd uciekłem. Dokładnie w prawy reflektor Citroena C5. I to ksenonowy.
- Piszemy oświadczenie, czy wzywamy policję – spytał Jacek tonem experta.
Siłą woli powstrzymałem wyrzut mięsa i cios prawy prosty podbródkowy. Odliczyłem do 10-ciu i nim wysiadłem ugodzić się z kierowcą tej C-piątki, spytałem Jacka:
- Co tam właściwie jechało?
- Jechało? Nic. Ale jak wtoczyłeś się na torowisko to czerwone światło zaczęło migać. Znaczy, że zaraz będzie pociąg jechał. O, zobacz, szlabany właśnie zamykają.
- I uważasz, że lepiej było cofnąć i temu tam zbić lampę, niż przejechać?
- Wolę w takich chwilach nie ryzykować – stanowczo zakończył dyskusję Jacek.
„Nawet nie wiesz, jak bardzo ryzykujesz przy każdym otwarciu gęby” – rzuciłem w myślach i z uśmiechem wysiadłem z auta.
- Och, ale się porobiło – sympatycznie i krotochwilnie przywitałem kierowcę Citroena. Raczej nie usłyszał – chodził wokół auta, deptał resztki reflektora i drąc się w komórkę, lewą ręką wykonywał gesty, których nawet Tymochowicz nie ma w swoim repertuarze.
(…)
Kilkanaście minut później jechaliśmy dalej. Idealnie pasowałoby tu napisać, że jechaliśmy w milczeniu. Ale nie… Jacek panicznie boi się ciszy. A skoro zabroniłem mu komentować sytuacje na drodze, wyjął z plecaka 4 pudełka (beczki w zasadzie!) płyt CD i zaczął raczyć nas muzyką.
Czas na dygresję, a mianowicie… Jacek w czasie wolnym jest DJ-em. Grał już w kilku nadmorskich klubach (bo stamtąd pochodzi) ale teraz, z racji pracowania w Warszawie, ma chwilową przerwę. Stara się wkręcić do jakiś stołecznych klubów na jedną, dwie noce w tygodniu, ale konkurencja nie jest mała. Poza tym, trochę przeszkadza mu sceniczna ksywka – DJ Sznurek. Dlaczego właśnie tak? O tym w następnej dygresji. W każdym bądź razie poważnie to nie brzmi i często już przy kontakcie telefonicznym szefowie dyskotek i klubów wymownie mu dziękują. Idź się powieś – czasami dodają. Hahaha…
Yyy… na czym to ja skończyłem? Ach, tak – Jacek raczył nas muzyką. Na płytach miał składanki różnych przebojów, które wykorzystywał w klubach tworząc swoje taneczne sety.
- Jakiej muzyki słuchasz? – zapytał niewinnie.
Zastanowiłem się przez chwilę. Jeśli powiem, że każdej, wyjdę przy nim (w końcu jest DJ-em, czyli fachowcem), na warszawskiego buraka. Lepiej, jak się jasno określę. Niech wie, że nie tylko on jest z muzyką za pan brat.
- Amerykańskiego rocka.
- Ale co konkretnie, Scorpionsów na przykład?
„Scorpionsów? Co do jasnej cholery ci Niemcy mają wspólnego ze Stanami?!”
- Nieee… Pearl Jamu na przykład. Te klimaty – otworzyłem się przed nim jeszcze bardziej, choć wpadka ze Scorpionsami powinna mnie trochę zaniepokoić.
- Wiesz, to akurat mam tu coś podobnego – i włożył do odtwarzacza jedną ze swoich 300 nieopisanych płyt.
„Uuu… prawdziwy mistrz” – pomyślałem – „Trzysta identycznych płyt a on po rysach na lakierze rozpoznaje tę właściwą. Szacunek!”
Niestety Jacek tej właściwej nie rozpoznał. Odsłuchaliśmy więc ją całą w niecałe 3 minuty, skacząc od piosenki do piosenki. Każdemu naciśnięciu prawej strzałki w radioodtwarzaczu towarzyszył inny komentarz Jacka:
- Nie, to będzie następna.
Klik.
- Sprawdźmy, co dalej.
Klik.
- Już pamiętam, to powinno być to.
Klik.
- O,o,o, już to mam.
Klik.
- Dlaczego to tu jest?
Klik.
- Poczekaj, poczekaj.
Klik.
- To już było?
Klik.
(…)
2 godziny i 150 płyt później ostatkiem sił zajechałem do McDonalds’a. Jacek nawet nie zauważył – wciąż szukał czegoś podobnego do Pearl Jamu. Cichutko wysiadłem i poszedłem na kawę.
- Na wynos?
- Broń boże! Wypiję na miejscu.
Kwadrans później wróciłem do auta i ruszyliśmy w dalszą drogę. Jacek postoju nawet nie zauważył. Nadal bawił się w swoją ulubioną od 2 godzin grę „Sentencja za klik”:
- Powinno być teraz.
Klik.
- O, to pamiętam, jak nagrywałem.
Klik.
- Nie jest łatwo, ale już wiem wszystko.
Klik.
(…)
Nauczyłem się już nie zwracać na Jacka uwagi. Ja prowadziłem a on gmerał sobie przy radiu i coś tam pod nosem gadał. Uspokoiłem się wewnętrznie, bo mimo pewnych niedogodności sytuacja była przewidywalna – zostało mu jeszcze około 40 płyt, więc w te pół godziny nadgonię wszelkie straty wynikłe ze stłuczki i nieplanowanej kawy. Zredukowałem i wyskoczyłem zza Tira. Było lekko pod górkę i auto nie szło, jak zakładałem. Na szczęście było jeszcze z czego redukować, więc postanowiłem (z międzygazem oczywiście!) zejść do trójki, gdy nagle…
- Jacek, kurwa twoja mać! Chcesz nas zabić?! – darłem się na niego, zaparkowawszy uprzednio na parkingu. – Patrz, kurwa co się dzieje na drodze i nie wpieprzaj mi się w prowadzenie auta!!! – szlag mnie trafiał. Akurat jak zrzuciłem z czwórki i chciałem wbić trójkę, on znalazł ten podobny do Pearl Jamu utwór. Wrzasnął wniebowzięty i rozrzucił ręce na boki. Moja dłoń spadła z gałki skrzyni biegów, a zgodnie z prawami Murphy’ego zza wzniesienia wyskoczył ktoś na oślepiających ksenonach a Tir wrzucił nam na szybę brązowe błoto jakby żywcem z Toi Toia wyssane.
- Ale… znalazłem ten kawałek… – tłumaczył się Jacek głosem zmartwionego kotka – przecież chciałeś…
- Żesz kur… – powstrzymałem się jednak. Wszak wszystko dobrze się skończyło. Może i on ma rację. Może to pora, by ukoić nerwy czymś podobnym do Pearl Jamu?
- Dobra, dawaj.
I Jacek dumnie puścił znaleziony utwór.
- Poczekaj, zaraz się rozkręci. Poczekaj – przekonywał mnie, bo widział po mojej minie, że nic z tej muzyki nie jorgam. Jakaś taka wzniosła i orkiestrowa była. Gdzie tu zbieżność z Pearl Jam.
- Ale Jacek – postanowiłem wyjaśnić wątpliwości – gdzie ty tu widzisz…
- No jak to gdzie? Nie poznajesz?
Nie poznawałem.
- To Oldfield. Wszyscy mówią, że niektóre kawałki ma bardzo podobne…
- Podobne do czego?!
- Do Pink Floyd. Tak przecież chciałeś?
Eksplodowałem…
(…)
Ewidentnie się na mnie obraził. Nie, żeby przestał się odzywać. Odzywał się, a jakże. Tyle tylko, że nie do mnie.
- Kontakty. Es-Te-E. O, jest. Jako trzeci, Sterczyński. Wejdź. Biuro, zadzwonię do biura, ciekawe, czy odbierze jeszcze ktoś o tej porze.
Ta chwila ciszy, gdy się zamknął i w skupieniu czekał na rozmówcę prawie rozerwała mi bębenki – tak podczas tej podróży się od ciszy odzwyczaiłem.
- Nie odbiera. OK, przyatakuję go na komórkę. Wróć. Telefon komórkowy. O, ma dwa. No tak, ten jest prywatny. To w ostateczności. Dzwonię na służbowy.
(…)
We Wrocławiu trafiliśmy na korek. A w korku, jak to w korku – nuda. Jacek nadal się boczył i nic do mnie nie mówił. Mówił dużo do siebie. Ale ewidentnie szukał ze mną zgody. Lecz wprost odezwać się bał, wiec wpadł na rewelacyjny pomysł – zaczął pomagać mi w kierowaniu autem. Gdy toczyliśmy się w korku 3 km/h i zmęczony przeciągałem się puszczając kierownicę – on za nią łapał i dbał, by auto nagle, niespodziewanie przy tej szalonej prędkości nie wypadło z szosy. Gdy ktoś mnie wpuścił na swój pas, on przejmował dowodzenie nad przyciskiem świateł awaryjnych i dziękował niemalże po stokroć.
- I jeszcze mu raz mignę, bo mógł nie zauważyć.
Tego nie wytrzymałem. Jako, że od dłuższego już czasu jechaliśmy głównie na awaryjnych, kazałem Jackowi przesiąść się do tyłu. Liczyłem, że na te ostatnie kilkanaście kilometrów do hotelu będę miał spokój. Ale gdzie tam…
I tu zapowiadana już wcześniej dygresja, a mianowicie… Jacek urodził się dzieckiem normalnym, ale mniej więcej pod koniec podstawówki ostro wystrzelił w górę. Obecnie mierzy 208 cm i waży 81 kg. Stąd ta ksywka – DJ Sznurek. Może i śmieszna, ale chyba lepsza, niż DJ Pająk lub DJ Patyk…
I siedząc na tylnej kanapie, przy niewielkim wysiłku dawał radę sięgać tymi swoimi długachnymi rękoma do radia. I mimo moich zapewnień, że AntyRadio we Wrocławiu nie odbiera, nie odpuszczał i szukał go namiętnie. Ja odpuściłem i do hotelu dotarliśmy już bez większej sprzeczki. Dziś wieczorem dobija do nas Leszek – on wróci z Jackiem. Mam nadzieję…
Mówi się, że na dalekich i męczących trasach dobrze mieć pasażera, który nie będzie spał, tylko ciekawą rozmową pobudzał kierowcę. Jeśli zatem ktoś z was będzie się wybierał gdzieś dalej, i w obawie przed zaśnięciem za kółkiem poszukiwałby kompana, znam jednego takiego. Wraz ze zgłoszeniem terminu i trasy podeślijcie kilka słów o swoich muzycznych preferencjach – wzorcowy kompan się ucieszy i na pewno coś „podobnego” dla was na drogę zmiksuje!
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

Leszek pewnie wróciłby z Jackiem, gdyby nie dzisiejszy wpis :)
Skoro z niego taki super dj, to niech mi jakieś płytki pożyczy :)
I nie ubiles? Tylko pogratulowac samozaparcia. Mozna bylo jeszcze w kibelku na parkingu zwiazac. Sznurkiem haha
Genialny post, po prostu piękne :D Może napiszesz książkę ? :D
@Wicherek: Leszek nie czyta blogów. Nic nie czyta. Jest handlowcem – on tylko gada… Więc spoko!
@Ostry: Podjedź do mnie do firmy. Wpuszczę ci Jacka do auta i sobie w trasie powybieracie… :)
@btd: Przepraszam, ale w toalecie, tu na stacji, leży związany sznurkiem wielkolud. Wiemy, to DJ Sznurek. Taki performance robi – jego kolega nam powiedział… :)
@Amster: Dzięks! A przy okazji zapraszam to Empików w najbliższy wtorek – w każdym o tej samej porze będę tę książkę podpisywał…
zabić, zakopać, wykopać, sklonować, zabić raz jeszcze.
“A przy okazji zapraszam to Empików w najbliższy wtorek – w każdym o tej samej porze będę tę książkę podpisywał…”
- to szkoda, że w Irlandii nie ma Empików :D :D
Nie, dziękuję. W takiej sytuacji wolałbym jechać sam. I to po trzykroć sam.
Hehe, ja tam wożę ze sobą zimą saperkę w bagażniku ( lepsza mała zgrabna sapereczka, niż łopata do śniegu :] )… Niby mała i wykopanie dziury w ziemi o wymiarach 210x70x150 zajęło by trochę czasu, ale… szczęście z widoku zakopanego Jacusia było by bezcenne… no i wprost proporcjonalne do zmęczenia. ]:-> A tak bardziej serio… w bagażniku też jest sporo miejsca…
Takie Jacki to towar na wagę złota w dzisiejszej minus dwudziesto dwu procentowej rzeczywistości. Trzech takich z metra ciętych to doskonały balast na pakę do pickupa. Wiecie, te auta niezaładowane słabo robią na śliskim. Tylko niech się chłopaki ciepło ubiorą i wezmą własny sprzęt grający.
No, Blogomotive, lekko mnie rozczarowałeś. Złapać się na Jackowego kolejoprzejazdowego tuuważaja… W dodatku z wstecznowrzuceniem i wtyłodskokiem zakończonym ksenonotłuczniem. Przecież to stary numer Jacka. Powiem więcej – on ma spółkę z tym kolesiem z cepiątki i potem dzielą się kasą po połowie.
@leniuch102: Och ty brutalciu, nio nio nio!
@Ostry: A kto ci kazał tam jechać? :)
@Keroth: Nie da się jechać samemu po trzykroś. Nie ma takiego auta, które by trzy osoby na miejscu kierowcy pomieściło!
@Aktus: Zakopanie nic nie pomoże. Kolega próbował. Ponoć tubalny głoś DJ Sznurka wprawia okoliczną ziemię w takie wibracje, że robi się wokół niego anty-ruchomy-piasek co go wypycha na wierzch. Normalnie szok! Nie uwierzycie!
@Fiku Miku: DJ Sznurek waży 81 kg. Trzech to już będzie ponad 240! Pomyśl, co by było, gdyby ci na raz przy hamowaniu do kabiny wpadli. Jeden chwyta za kierownicę, drugi zmienia płyty a trzeci awaryjnymi miga. Warto ryzykować?
@Chakier: płytozmienianie, współkierowanie i awaryjnoklikanie spowodowało u mnie roztargnieniozmęczenie. Normalnie bym się nie dał…
@Blogomotive: Heh, “kasa misiu, kasa” :D
Jak wpadną do kabiny jak nie wpadną? Już mistrz Rej przeglądając oferty salonów w internecie, wynalazł stare japońskie przysłowie: “Pickupy nie gęsi i system mocowania bagażu mają”. O, a gęsi nie mają – można sprawdzić. Sznurek chłopaki dostarczą własny więc wystarczy towar ciasno związać używając haczyków na burtach i nie ma obawy że wpadną do kabiny. I tak trzeba zerkać w lusterko żeby ogniska nie palili!
Choc jestem istota spoleczna, nie przepadam za jazda w towarzystwie – wspolczuje. Mimo zaufania wspolpasazerom czesto zdarza sie, iz udzielaja swoich wspanialych rad, a gwaltowne redukcje biegu (bo przeciez wyprzedzanie ma byc efektywne) traktuja zniewiescialymi jekami.
PS. Swietna opowiesc.