#104 Bounce’ujący resorak


Stare auta potrafią nieźle bujać!
Pewnie niejednokrotnie widzieliście auto, w którym jedno kółko cały czas podskakiwało. Co wjechało w dziurkę, to podskakiwało, i podskakiwało, i podskakiwało… Ja, moi drodzy, miałem niewątpliwą przyjemność jeździć takim autem przez cały zeszły tydzień. Codziennie. Z tą małą różnicą, że w tym samochodzie to tylko jedno kółko nie podskakiwało – to zapasowe. Choć ono z kolei miało już prawie 17 lat i sparciały bieżnik kruszył się w palcach…

Elegancko zagazowanego Peugeota 205 rocznik 1991 wymieniłem na tydzień za Almerę. Wujek potrzebował czegoś bardziej niezawodnego, bo gdzieś dalej się wybierał. To mój chrzestny, więc z radością pomogłem. W dniu, gdy wymieniliśmy się autami, usnąłem uśmiechnięty – rodzina musi sobie pomagać. Dobry ze mnie chrześniak.


 

Następnego dnia uśmiechałem się przy myciu zębów (choć to niezbyt wygodne, bo piana toczy ci się na piżamę), przy śniadaniu (tu jest jeszcze gorzej – w rozciągnięte uśmiechem usta nijak nie chce się zmieścić ustandaryzowana kanapka na chlebie staropolskim) i podczas zamykania mieszkania (tu uśmiech w niczym mi nie przeszkadzał, ale schodzący schodami sąsiad dziwnie mi się przyglądał… nawet kilka razy się obrócił będąc już pół piętra niżej…). Uśmiech znikł mi niemal natychmiast, gdy podszedłem do Peżocika i włożyłem klucz do zamka. Gdy kluczyk wszedł jak należy – auto się odsunęło… by zaraz potem przysunąć się bardziej i wytrącić mi kluczyk z ręki. Dziwne. Kolejna próba zakończyła się tak samo – kluczyk wylądował w pośniegowym błocie. Trzeci raz już się nie dałem – włożyłem kluczyk i błyskawicznie przekręciłem – drzwi się odblokowały, a auto bezradnie się zakołysało. Próbowało mnie przy tym jeszcze szturchnąć znienacka w ramię, ale zwinnie się uchyliłem.

Jako, że przeoczyłem fakt, iż po wrzuceniu na tylną kanapę torby z laptopem samochód dziwnie przysiadł, niczego nieświadomy wsunąłem prawą nogę do wnętrza i usadziłem dupsko na fotelu kierowcy. Pół sekundy później leżałem koło auta. Nawet sobie nie zdajecie sprawy, jak jaśniutkie sztruksiki potrafią szybko nasiąkać błotem! Ale, ale.. czemu tak się stało?! Podniosłem się, otrzepałem i tym razem mocno trzymając się kierownicy wsiadłem ponownie. Peżocik bujnął się tak mocno, że omal znów nie wylądowałem w błocie. Ale nie, siedziałem w środku!

Z radości umościłem się wygodnie i sięgnąłem po drzwi. Niestety moje 94 kg tak mocno ugięło sprężyny zawieszenia, że drzwi dolną krawędzią oparły się o asfalt i nijak nie dawały się zamknąć. Rozważałem już ponowne wejście przez okno, ale niedziałające pokrętło od szyby jakoś mnie zniechęciło. W końcu znalazłem rozwiązanie. Och, jakież to było banalne – wystarczyło ułożyć cielsko na fotelu pasażera, a wtedy przechył auta się wyrównywał i drzwi można było zręcznie przyciągnąć nogą. Potem szybki powrót na miejsce, chwyt klameczki i trzask – drzwiczki zamknięte, ja w środeczku, autko się buja. Haha… i hus-de-bos-nał?!

Wysiadanie z auta również nie należało do najprzyjemniejszych. Jeśli przez nieuwagę zbyt szybko je opuściłem, odciążony samochód odskakiwał w górę i krawędzią fotela uderzał mnie w tyłek. A wtedy tyłek, niczym wystrzelony z progu Adaś, próbował przegonić mój tułów. Jak bardzo bym się wtedy nie starał, jak bardzo bym rękoma nie machał i głupich min nie robił – zawsze lądowałem dzwonem na glebie. Jedyne, co mogłem robić, to starać się przekonać wszystkich gapiów, że to upadek zamierzony. Dlatego najczęściej przy tych wysiadaniach krzyczałem „Juuupiii!!!” i po niewysokim, acz idealnie parabolicznym locie radośnie przyjmowałem chodnik wraz z roztopionym śniegiem na twarz. I powiem wam, że czasami nawet dostawałem brawka…!

A tak przy okazji – wiecie, kto wymyślił okrzyk „Juuupiii!”? To ci świetni narciarze, którzy w swoich odblaskowych kombinezonach wyskakują na 20cm wzwyż z 10 centymetrowej muldki na oczach tłumu oczekującego w kolejce na orczyki. Są wtedy tacy faaajni…


 

Domyślacie się już pewnie, że ten wiekowy Peżocik miał kompletnie zdruzgotane, wycieknięte i zmiażdżone amortyzatorki, prawda? Cały trzymał się na bounce’ujących sprężynach – stąd te dziwne ruchy, podskoki i bujania. Nie będę tu opisywał wszystkich moich przygód z tym autem, bo wiem, że długie teksty to po raz ostatni czytaliście w liceum – i oko odwykło, i pamięć już sięga najdalej pół ekranu wstecz… :) Skupię się zatem na tych zdarzeniach spektakularnych. Kolejność nie jest chronologiczna, ale ostatnie naprawdę było ostatnim. A zatem…

Gdy pod Realem wrzuciliśmy mu do bagażnika dość spore, dwutygodniowe zakupy, przód uniósł się tak mocno, że nie sposób było odjechać – niedociążone kółka mieliły asfalt szurając i dymiąc. Po przerzuceniu zgrzewek Cisowianki pod nogi pasażera, przód został dociążony i mogliśmy odjechać.

Gdy wracaliśmy sobie spokojnie z działki i przepisową pięćdziesiątką przejeżdżałem przez przydrożną wieś, nagle Ryba krzyknęła:
- Co robisz?! Stój!!!
Zahamowałem gwałtownie ścierając o szosę połowę przedniego zderzaka. Gdy tylko auto się wykolebało i uspokoiło, Ryba wysiadła i pobiegła gdzieś w mrok wieczoru. Wróciła po 10 sekundach z pianą na ustach:
- Przejechałeś gęś! Jak mogłeś jej nie zauważyć?!
Co?! To niemożliwe! Na byle studzience i pęknięciu asfaltu samochód bujał się i trząsł jak galareta, a teraz, gdy normalnie dwoma kołami sprasowałem dorodną gęś, nawet nie dygnął. Złośliwa maszyna…

Zamykając go na noc pod domem musiałem uważać, by zbyt mocno drzwiami nie trzaskać. Raz niechcący to zrobiłem, i rozbujany Peżocik powybijał lusterkami dziury w zaparkowanych obok autach.

Mimo prastarej instalacji gazowej i silniczka 1100 ccm, przy zbyt dynamicznym ruszaniu spod świateł samochód przyjmował pozycję startującej motorówki i parł w przód krzesząc o asfalt iskry rurą wydechową.

Pewnej nocy, gdy zaparkowałem zbyt blisko budynku, osiedlowe koty wykorzystały go jak odskocznię – kilka z nich go rozbujało, a jeden wyrzucony z dachu jak z trampoliny wczesał się na pierwsze piętro na balkon sąsiada i podwędził mu wielki gar bigosu. Całej historii domyśliłem się rankiem, gdy zobaczyłem miliony kocich śladów na aucie i dwa omdlałe z przeżarcia dachowce śpiące pod silnikiem.

Gdy zbyt nerwowo w drodze do pracy zmieniłem pas, auto zareagowało głębokim przechyłem a ja stukałem skronią w szybkę. Przy drugiej takiej akcji zrozumiałem, ze tym Peugeotem da się jeździć tylko w kasku. No, w zimowej czapce w ostateczności też…

Delikatne przyhamowanie potrafiło prawie wyrzucić mnie z fotela. Gwałtowne z kolei powodowało odrywanie się tylnych kół od drogi, a mnie tylko wyblakłe od słońca pasy ratowały przed strzałem z dyńki w przednią szybę.

Podczas pokonywania zakrętów koła wraz z podwoziem już skręcały, lecz karoseria nadal pocinała prosto. Dopiero po chwili orientowała się, co jest grane i w majestatycznie zamaszysty sposób, z głębokim skłonem nadganiała układ jezdny. Szczerze powiedziawszy, to wyrażenie „układ jezdny” niespecjalnie do tego samochodu pasuje: to bardziej było coś na kształt luźnego i niezobowiązującego związku galarety z misiami Haribo, niźli jakiś układ…

Odjęcie gazu bujało autem. Wciśnięcie sprzęgła bujało autem. Czasami miałem wrażenie, że stojąc w korku z włączonym kierunkowskazem, Peżocik bujał się w rytm jego migania.


 

Gdy przedostatniego dnia pod domem gotowaliśmy się do wspólnego wyjazdu, przypiąłem najpierw fotelik (a zaraz potem Margolcię do tegoż fotelika) z tyłu po stronie pasażera. Ryba miała siedzieć z przodu przed córką, ale cokolwiek marudny brzdąc wymógł na niej, by usiadła obok niego – z tyłu, za kierowcą. Usiadła, a ja postawiłem swój fotel i wsiadłem również… i wtedy auto – zbytnio po lewej stronie dociążone – majestatycznie dachowało przez lewe lusterko i półotwarte drzwi kierowcy. Całe szczęście, że Margolcia była do fotelika przypięta, bo gdy my z Rybą gramoliliśmy się poobijani na zewnątrz, ona wisiała sobie do góry nogami zaśmiewając się rubasznie. Ja wyszedłem z guzem, ryba z obitym uchem a Margolcia z czkawką. I ciągle powtarzała: „Jeszcze! Tatusiu, jeszcze raz. Ale już ostatni! Proszę!”

Następnego dnia wujek oddał Almerę, a ja wraz z sąsiadami przetoczyłem mu Peugeota na koła. Zapalił od pierwszego razu i pojechał sobie, niczym amerykański low rider uroczo podskakując na osiedlowych studzienkach i spowalniaczach. Muszę przyznać, że widok wujka trzaskającego głową w podsufitkę i rzucanego od szyby do szyby w pełni zrekompensował mi wszelkie niewygody z całego tygodnia…




Wpis opublikowany dnia 18.01.2008
Kategoria: Peugeot, [Wypadki] | Tagi:
Subskrybuj kanał RSS lub otrzymuj info o nowych wpisach mailem.



Liczba komentarzy: 9

  1. mms ( January 18th, 2008 00:33 )

    Blogmotive – popatrz na to z drugiej strony. Kolesie pakują mnóstwo kasy w hydraulikę do swoich fur (w US i A są nawet konkursy na skakanie autem – po opisie wnioskuję, że Peżocikiem miałbyś przynajmniej “pudło”) a Ty przez tydzień miałeś gibanie za darmo. Lans panie , lans normalnie. No i, last but not least, okazałeś się solidnym filarem rodziny!
    Pozdrawiam

  2. Jeży ( January 18th, 2008 08:28 )

    Dziwnie się dzisiaj w robocie na mnie patrzyli jak rżałem do monitora przy perypetiach Peżociny. Pozwolę sobie przytoczyć taki dowcip:

    Grupa bułgarskich wynalazców opatentowała superhicor dla mężczyzn – automatyczną golarkę. Było to pudło, w które wkłada się zarośniętą głowę i po paru sekundach wyciąga gładziutko ogoloną. Pojawiły się wątpliwości – “Przecież każda twarz jest inna”. Odpowiedź ciała wynalazczego okazała się genialnie prostą: “Oczywiście, do pierwszego golenia…” ;-)

  3. nyssan ( January 18th, 2008 13:19 )

    Normalnie uśmiech nie schodzi mi z twarzy:)))
    Gdyby to ode mnie zależało to każdy adept nauki jazdy rozpoczynałby karierę takim autkiem.
    Bo tylko w ten sposób mógłby nauczyć się pokory, cierpliwości, opanowania i… jazdy. Cóż to za sztuka wsiąść do zwrotnej corsy ze wspomaganiem, ABS-em i wziuuuuu….A tak walka ze sobą, ze sprzętem i od razu połowę nienadających się do tej trudnej dyscypliny mamy z głowy.
    Oczekiwanie na egzamin zmniejszyłoby się do tygodnia(teraz chyba ze dwa miechy
    ),a moje osiedle przestałoby być nękane przez niesforne bandy Corsy z literą “L”.
    W ubiegłoroczne wakacje zostałem zmuszony do wypożyczenia od znajomego Poloneza Caro w wersji bez wspomagania, za to gazem. Moje auto stało akurat w warsztacie, a okres urlopowy uniemożliwiał skołowanie innego. Dystans do pokonania 150 kilometrów. Los rzucił wyzwanie: PKS lub Caro. Wybrałem to drugie.
    Po trzydziestu kilometrach byłem spocony jak maratończyk. “Poldek” nie przyspieszał, nie hamował, a po przekroczeniu “siedemdziesiątki” wpadał w wibracje. Przy skręcaniu trzeba było pokonać opór kierownicy wielkości sporej miednicy. Trzy godziny bez odrobiny szaleństwa, muzyki(bałem się włączyć radio) i na pełnej koncentracji. Uczy…uczy.
    A prowadziliście kiedyś Garbusa?

  4. Jeży ( January 18th, 2008 14:54 )

    Quasimodziaka powiadasz? Śmisznie się go prowadzi – mocowanie pedałów ma w podłodze.

  5. maxo ( January 18th, 2008 15:12 )

    a mnie wystarczy mój stary maluszek, na nudę nie można narzekać, szczególnie jak 3,4 i wsteczny przestaną działać, albo jeden z cylindrów zafochuje, ale małą chwilkę można usunąć te usterki i kontynuować podróż tym cudem polskiej motoryzacji :)

  6. Blogomotive ( January 18th, 2008 15:18 )

    O kurcze, Maxo, to żeś mi szufladę ze wspomnieniami otworzył…! :)

  7. lemon ( January 18th, 2008 20:02 )

    “..w mrok wieczoru.” – piekne slowa.. ;P

  8. tomasz35 ( January 19th, 2008 04:54 )

    jeessooo, mam podobne wspomnienia z Polski :):):)

  9. Kompetencja ( January 20th, 2008 21:00 )

    Ja jeszcze niedawno woziłem się Oplem Corsą, rocznik ’91. Naprawdę fajne autko, zapalało na mrozie, miało niezłe przyspieszenie. Niski przebieg. Ale cholernie dużo paliło… Później okazało się, że zbiornik paliwa przerdzewiał :(



Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!