#117 Celebrity i jego krocze (1/3)

Wracałem sobie z pracy jak gdyby nigdy nic. Brałem właśnie na pisku prawy zakręt (chcąc pogodzić dwie sprzeczności, jakimi są agresywna jazda i Eco Driving, zakręt ten brałem z piskiem, ale na ekonomicznym piątym biegu), gdy nagle zadzwonił telefon. Skontrowałem uciekający tył i ustawiłem auto w stabilnym drifcie. Spojrzałem na telefon: “Znajomy PR-owiec”.
- Tak? – odrzekłem sucho, likwidując lekką podsterowność większym otwarciem przepustnicy.
- Zapraszam na ekskluzywną imprezę. Auto Kreacja. Jutro wieczorem. Mogę liczyć na Pana obecność?
– A czy ta impreza może się w ogóle odbyć beze mnie? – odrzekłem sucho i się rozłączyłem. „Pewnie, że będę” – dodałem w myślach lekko przyhamowując, bo dym z opon trochę przesłonił mi widok do przodu, czyli przez boczną szybę…
W sobotę o 20:45 byliśmy na miejscu. Dlaczego „byliśmy”? Skąd ta liczba mnoga? Cóż… najwidoczniej czas na małą dygresję. Otóż, zabrałem ze sobą Piosa. Pios jest moim starym kumplem, który rozwinął we mnie motoryzacyjne zamiłowania. Do tej pory żył swoim życiem, czyli kupował, psuł, sprzedawał i znów kupował auta, wychowywał córkę i remontował dom… lecz niedawno pękł. Zadzwonił do mnie i w dość prostych, acz kategorycznych słowach zażądał udziałów w zyskach z reklamy na blogu, bo poczuwa się (jak sam to niezbyt fortunnie określił) do zapłodnienia mnie (?!) motoryzacyjnym bakcylem. Gdy jednak dowiedział się, jakiego rzędu kwoty negocjuje, zmienił żądania i stwierdził, iż musi po prostu częściej pojawiać się w moich postach. Chciał, to ma – proszę bardzo. Skoro ma takie parcie na display, cóż zrobić…
A wracając do tematu… lekko spóźnieni staraliśmy się zaparkować przed samym wejściem, gdy z mroku wyłonił się ochroniarz.
- Proszę tu nie parkować.
- Blogomotive – głośno i wyraźnie wypowiedziałem hasło, które do tej pory otworzyło mi już wiele drzwi i na ogół sprawiało, że ochroniarzom miękła rura.
- Blogomotif-srakomotif. Proszę stąd odjechać!
No pięknie… jeśli tak się wszystko zaczyna, strach pomyśleć, jak się skończy. Kładąc uszy po sobie wycofaliśmy i zaparkowaliśmy przy głównej ulicy. Idąc piechotą do wejścia minęliśmy kępę krzaków, zza której dobiegł nas strzęp rozmowy:
- … i ja mu wtedy: srakomotif… hehe… napisał kilka z dupy wyssanych historyjek i myśli, że mu wszystko wolno…
To mnie zabolało. Ubodło do żywego. Spojrzałem bezradny na Piosa. On spojrzał na mnie i ujrzawszy w kąciku mego oka zalążek łzy, pocieszył mnie:
- Przynajmniej cię czyta…
Wewnątrz panował ogromny ścisk – wyglądało na to, że przyszli wszyscy zaproszeni. Założę się, że organizatorzy byli bliscy zawału… Ale co się dziwić – to była impreza Business Center Clubu, a oni… khm… znaczy się – my, hehe… głównie bankietujemy, drinkujemy i bez pamięci po nocy wracamy do domu taksówkami. Przez środek owalnej sali (a właściwie był to zadaszony dziedziniec Fortu Legionów na Zakroczymskiej) ciągnął się szklany wybieg dla modelek, a pod ścianami prezentowane były przeróżne auta.

Z zaproszenia wynikało, że impreza poświęcona jest autokreacji i kobietom ogólnie („Wiosna. Nowe auto. Nowa Kobieta”). Wnioskować by zatem można, że również prezentowana auta były pod kątem kobiet dobrane. Skąd zatem w towarzystwie Mini i Fiata 500 znalazł się Jeep Grand Cherokee, Dodge Nitro czy Opel GT? Nie wiem, ale się dowiem. Zacznijmy jednak nasz moto-tour od początku…
Opel GT, Speedsterem kiedyś zwany

Jedno z najładniejszych aut w ogóle chyba – genialne proporcje, rasowe wnętrze, świetne detale. Niestety – wszystko to na pierwszy rzut oka. Z bliska widać, że inżynierowie i projektanci zatrzymali się gdzieś w połowie drogi. Jakby im światło w trakcie pracy wyłączyli.
- Uuu… po ciemku nie dam rady.
- To co, Panowie, idziemy na piwko?
- Super! Wezmę dokumentację, to może przy chipsach dokończymy te detale.
I poszli. A wracając na bani do domu, szli środkiem szosy z pieśnią na ustach. I wpadł w nich polski autokar. Nazajutrz się okazało, że sanitariusze z miejsca wypadku zabrali tylko rozgniecione ciała. Dokumentacja została na szosie. Do tej pory rozjechała się po całych Niemczech przylepiona do opon tysięcy aut… Cóż było robić – dla szefostwa samochód wyglądał na gotowy, więc poszedł mail do działu produkcji: „Opel GT gotowy. Ruszajcie!”. Niestety, diabeł tkwi w szczegółach…

Potężne koła są opcją i każdy może sobie takie kupić. Tylne lampy, mimo iż naprawdę ładne (bo trochę przypominają te z Astry II – takie mleczno-białe), parują. Przód ścięty w agresywny czub psuje tandetna podkładka pod tablicę rejestracyjną. Profil przedniej maski przypomina Corvette, gdyby nie to, że jest chyba trochę za krótki. Zegary przypominają tanią wersję Corsy. Fotel jest ekstra, ale nie daje się na tyle odsunąć, bym mógł w nim wygodnie usiąść (na zdjęciu jest Pios – jest ode mnie wyższy, więc narzekał jeszcze bardziej). Kierownica regulowana tylko w jednej płaszczyźnie. Materiały deski rozdzielczej same w sobie złe nie są, ale montaż wygląda tak, jakby ktoś je docinał pomarańczowym (takim wysuwanym, w Lerła-Merlę jest za 2,99zł) nożem monterskim. Króciutka dźwignia biegów ma tak dramatycznie długie skoki, że przy wrzuconym biegu wygląda, jakby się właśnie przewróciła. Jeśli masz powyżej 180cm wzrostu, to przy założonym dachu albo będziesz jeździł w ochronnej mycce, albo już po kilku dniach wytrzesz sobie na czubku głowy elegancką łysinkę i będziesz wyglądał jak proboszcz jakiejś podwarszawskiej parafii. Najwidoczniej Opel też się trochę tego auta wstydzi, bo na imprezę dostarczył je… dealer Suzuki.
Jedno temu autu trzeba oddać – kosztuje tylko 122,000 zł, a to chyba niewiele, jak na taki mega lans pozwalający (dzięki silnikowi 2,0 turbo i 264 koniom) przyspieszyć do setki w 5,7 sekundy!
Jeep Grand Cherokee

- Ej! No-ho! – krzyknął Pios i pobiegł w kierunku Grand Cherokee. Niestety za kierownicą siedział jakiś dziwny jegomość (pewnie stylista, bo w berecie) i udawał, że kieruje. Pios otworzył drzwi i oparłszy się łokciem o dach spojrzał na faceta z góry.
- Co? – spytał stylista.
- Nie, nic… – odrzekł Pios i głośno sapnął.
Stylista musiał mieć naprawdę silny charakter i w przetrawiony asertywnością kręgosłup, bo sapiącego Piosa zupełnie nie zauważał. A Pios sapał i sapał… czasami charczał… stękał… a raz nawet (głowy nie dam, bo gwar był i nie słyszałem, ale sądząc po chwilowej błogości na twarzy) puścił bąka. A stylista nic – jak siedział, tak siedział.
- Ale beret… łooo… ale beret… – cichutko zapiszczał Pios.
- Słucham?
- Nie, nic…
Stylista wrócił do kierowania na niby.
- Łooo… ale beret… jeny… – znów cichutko zapiszczał Pios.
Tego był już za wiele, nawet dla stylisty. Wysiadł nerwowo z Jeepa.
- Tego już za wiele! Czego Pan chcesz?!
Pios, wykorzystując rozmach z jakim stylista wyskoczył z auta, sam wsiadł na miejsce kierowcy i zaryglował drzwi. Podczas gdy zrobiony w jajo stylista dobijał się do szyby (dobijał się to za dużo powiedziane, on kulturalnie pukał, elegancko pieniąc się w kącikach ust), Pios dawał mi znaki, bym czym prędzej zajął miejsce pasażera. Obiegłem niemałe auto i wsiadłem ryglując drzwi.
- Nieźle wyciszone, co nie? – retorycznie spytał mnie Pios, drażniąc jednocześnie głupimi minami konwulsyjnie podrygającego za oknem stylistę.

Ocenę Jeepa Grand Cherokee należy podzielić na trzy rzuty oka. Patrząc na niego raz lub tylko dwa razy, nie będziecie w stanie docenić wszelkich jego zalet i zauważyć licznych wad. No bo… na pierwszy rzut oka to solidne, amerykańskie auto. SUV co się zowie – kanciasty, potężny i wysoki. Wnętrze nakreślone „linijko i ekierko” (jak zwykła mawiać moja nauczycielka matematyki w podstawówce) jest nawet przyjemne i pojemne. Siedzi się wysoko acz soczyście i głęboko, a wszelkie „psztyczki” są na wyciągnięcie ręki. No i przegruby, przewielki i przemasywny amerykański zadek można sobie łatwo wciągnąć na fotel, wspomagając się solidną rączką na przednim słupku.

Niestety… fizjologia jest nieubłagana i trzeba mrugnąć, by oczyścić i nawilżyć oczy. I wtedy dociera do nas obraz z wspomnianego wcześniej drugiego rzutu okiem. Ta amerykańska potęga i solidność karoserii okazuje się dość miękkim i podatnym na ugięcia plastikiem. Wnętrze, mimo że pojemne, nie jest większe od kompaktowego kombi. Skóra na fotelach pachnie skajem, a ta na kierownicy przypomina dermę (BTW: Czy wy też we wczesnej podstawówce na „zetpetach” robiliście piórniki z dermy?). Wykończenie deski rozdzielczej bardziej przypomina pomysłowe wnętrze nowoczesnej kuchni niż auto – na wszelkich łączeniach specjalne wsuwki na wykałaczki, sztućce i niekiedy nawet mniejsze talerzyki. Wszechobecna chała i taniocha… Nawet Wasze dziewczyny / żony nie mają takich rozstępów na udach, jak ten Jeep na desce rozdzielczej!

…i wtedy ponownie mrugasz… i trzeci rzut oka definitywnie wyjaśnia sprawę. Tak – auto jest wykonane tandetnie i tanio. Tak – jest dziwnie ciasne jak na swoje zewnętrzne gabaryty. Tak – jeździe bo wybojach musi towarzyszyć koncert zespołu „Skrzypy” pod batutą Zygmunta Kukli. Ale… mimo wszystko czuć klimat, jest swojsko i… sam nie wiem, czy decydując się na tego typu auto, tak od razu bym tego Grand Cherokee odrzucił… Koniec końców wylądowałbym pewnie z jakimś japońcem na parkingu pod domem, ale Jeepa bym brał pod uwagę. Coś jest w tym wozie takiego, że mimo naprawdę niewybaczalnej tandety, siedzi się w nim godnie i słusznie. Mimo wszystko – nie ma wstydu.
Tak zatopiłem się w uginaniu „drewna” na desce rozdzielczej i skrzypieniu połaciami plastiku na podszybiu, że zupełnie umknął mej uwadze fakt, iż Pios wysiadł, a jego miejsce ponownie zajął nieźle już zapieniony stylista w berecie. Spojrzałem na niego zdziwiony, a on posłał mi agresywny i wyniosły w swojej prostocie… buziak.
I dokładnie w chwili, gdy jego usta zwinęły się w trąbkę i wydały donośny „cmok”, otoczenie przed Jeepem rozbłysło zylionem fleszy.
- Tomek, tutaj! Na mnie! W lewo! Jeszcze raz! – doszły mnie przytłumione okrzyki z zewnątrz. To setka fotoreporterów (wśród nich rozpoznałem tych miłych panów, dzięki którym zagościłem swego czasu na Pudelku) zwęszyła łatwy pieniądz. „Znany stylista Tomasz i jego… chmmm… partner? chłopak? A może tylko kolega…? Nieeee…. Na pewno coś więcej, niż kolega…” – słyszałem w swojej głowie ich myśli. No pięknie!
Starając się w miarę godnie i elegancko wyjść z auta, nieopatrznie zbyt szeroko rozstawiłem nogi i… moje napięte do granic wytrzymałości w kroczu spodnie rozświetlił biały niczym ksenony błysk fleszy. Odruchowo sięgnąłem dłonią w dół, by sprawdzić, czy aby rozporek zapiąłem. Złapałem końcówkę suwaka i… ściana fleszy rozświetliła mnie w tej groteskowej pozie. „Mam nadzieję, że niespecjalnie wiedzą, kim jestem” – pocieszyłem się w myślach. „Taaaak, zielonego pojęcia nie mają!” – przytaknąłem sam sobie i z wymalowaną na twarzy pewnością przeciskałem się przez błyskający tłum fleszy.
- …OTIVE. Tomasz, Iwona, fał jak weranda tylko przez fał i Edward na końcu. Pokaż pan… o, dokładnie tak! – dobiegł mych uszu głos Piosa. No to mam przesrane…

Zanurzony w cieniu spoglądałem na tłum. Paparazzi już dawno o mnie zapomnieli – teraz dopadli jakąś dziewczynę w czerwonej sukience. Ośmielony jej cierpieniem podszedłem bliżej.
- Kto to jest? – zapytałem fotografa, który właśnie pstrykał jej dwusetne zdjęcie.
- To jest… yyy… Mariusz, kto to jest? – zakłopotany spytał kolegę po prawej.
- No, ta znana… w serialu grała… yyy… zaraz, zaraz… – kombinował Mariusz.
Kombinował i kombinował. Ale nie wykombinował. Ani Mariusz, ani jego kolega Jarek, ani ten w wędkarskiej kamizelce… Łukasz o ile dobrze zapamiętałem. Nawet Filip nie wiedział, chociaż miał najdłuższy biały obiektyw z zamontowaną do niego stalową konstrukcją pełną skierowanych w różne strony lamp błyskowych.
Nie pozostaje mi nic innego, jak ogłosić mały konkursik: kim jest ta (bez dwóch zdań: ładna i seksowna) kobieta na poniższym zdjęciu? Tutaj fotka w pełnej krasie, a tu druga… enjoy! Nagród nie będzie. Bez przesadyzmu. Acha… nie piszcie tylko, że to „ta małpa w czerwonym”… przerobiłem to już z tymi paparazzi kilka razy… hehe…

Kątem oka dojrzałem Piosa – siedział na fotelu pasażera w Alfie Romeo Spider. Wyjąłem telefon i zaesemesowałem: „?”. Po chwili nadeszła odpowiedź: „!”. Roztrącając lekko już podpitych biznesmenów i ich eleganckie partnerki, ruszyłem w te pędy do Piosa…
c.d.n…
PS. Z myślą o Was uruchomiłem „Project: Photomotive”, czyli moje miejsce na flickr. Wszystkie fotki są opisane i gdzie-niegdzie nawet obnotowane. Ale niespodzianka, prawda?
Nawigacja dla zagubionych:
1. Celebrity i jego krocze | 2. Celebrity i jego glut | 3. Celebrity i pryszcz
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

świetny artykuł!!!11 (po serii ostatnich niewypałów :P ), ale do rzeczy, na ‘technice’ starałem się robić nic, czyli np przez 2-3 miesiące robiłem podpórkę pod kwiatek :D (taki patyk zaostrzony z jednej strony), nieważne… mam pytanie – czy istnieje samochód w którym nic ale to NIC nie skrzypi w czasie jazdy? W rolce u mnie deska rozdzielcza skrzypi w kilku tonacjach zależy od tego jak silnie w nią przywalę (oczywiście w celu naprawy).
słabe. Zostaw w domu tego Piosa, bo przez jego obecność Twoje przygody sa mniej zabawne. jak skupiasz sie na sobie to się duzo lepiej czyta. No offence
@Precel: Ja na ZPT zrobiłem młotek (metalowo-drewniany) i wspomniany piórnik z dermy. Niestety z podpórką pod kwiatek sobie nie poradziłem i w wakacje miałem z tego komisa…
@Marek: Spoko, zniosę krytykę. Jestem dojrzały emocjonalnie. Pios niestety nie. Pewnie się wieczorem potnie, jak zbyt mocno na nim pojeździcie. To fajny chłopak, choć Emo…
@Blogomotive – he he he ten ochroniarz to był Czesiek – brat Wieśka (tego Wieśka: http://www.blogomotive.pl/index.php/2008/02/25/112-dzienny-test-swiatel-34/)
W ich środowisku wszelkie “bramkarskie niusy” rozchodzą się b. szybko jak widzisz.
Co do ZPT to nie robiłem piórników ale kiedyś zmajstrowałem zajebistą półkę wiszącą (dostałem 4 tylko przez to, że półki za cholerę nie dało się powiesić :)
Ta dziewczyna to Karolina Borkowska (http://pl.wikipedia.org/wiki/Karolina_Borkowska) a co?! Oglądam “Na dobre i złe” :DDD
Pozdrawiam
No, Blogomotive, niech no się Twoja lepsza połowa dowie że ty zamiast auta macać to za jakimiś babami się oglądasz, zboczeńcze!
a nitro?!
@Leniuch: A ciąg dalszy nastąpi!
Blogomotive, wybierasz się może do Łodzi na Car Show 2008? ;)
co do jeepa to zrobiony wedlug tak zwanej “american way”: jak najtaniej, jak najwieksze i jak najszybciej psujace sie zebys drugie kupil :), u nich ten wozek kosztuje polowe tego co w europie. poza tym jak masz droge gladka jak nowy stol w ikei to ci sie nic nie telepie i nie skrzypi wiec im to nie przeszkadza. no i luksus im sie kojarzy z rozmiarem a nie jakoscia :).
Skuszony brakiem nagród w małym konkursiku chciałbym ogłosić, że tajemniczą kobietą w czerwonym jest Karolina Borkowska!
@Wmac: Musztarda po obiedzie. Kura po rosole. Antenka po dachowaniu. Okazyjna używka po taksówkarzu. MMS był pierwszy (kilka komciów powyżej) i to on właśnie uroczyście nic nie wygrał ;)
Ale nikt mi nie odbierze słodkiego smaku zwycięstwa którym delektowałem się przez te pare minut:)
W tej wzruszającej chwili wygrywania niczego chciałem serdecznie podziękować mamie i cioci Klarze. Ajlowju! Łzy wzruszenia nie pozwalają mi nic więcej napisać… chlip…
Pozdrawiam
A to Panie to pocztą przyjdzie czy jak?
@MMS: Zobacz sam, czego nie wygrałeś (foto). Sorry ;)
@Blogomotive :) Dzięki!
Pozdrawiam