#117 Celebrity i jego glut (2/3)

Auto Kreacja 2008

Zawezwany przez Piosa w mgnieniu oka dopadłem Alfy. Niczym piskorz wślizgnąłem się na fotel kierowcy. Niestety zupełnie nie jak piskorz przygrzałem podczas wsiadania w górną krawędź przedniej szyby. To jakieś cholerne fatum! Najpierw Ferrari F430, teraz Alfa Spider! Tiaaa… kabriolety są dla niziołków.

Alfa Romeo Spider

Alfa Romeo Spider

Alfa Romeo to wredna marka. Z jednej strony wszyscy wiemy – sypie się jak piach z worka Grzesia, co go niósł przez wieś. Z serwisem trza być za pan brat. Z drugiej jednak strony jest w tych wozach tak wielki ładunek emocji, siły i stylu, że ciężko patrzeć na nie racjonalnie. Jestem przekonany, że gdyby tylko nie ciążyła na nich ta opinia awaryjności i włoskiej nonszalancji produkcyjno-montażowej, byłyby to absolutnie najlepsze auta na świecie. Pierwsza liga. A dwie długości za nimi niemiecka trójca i aspirujące japończyki. Ale jest jak jest. Alfa jest dla rentierów – masz czas, to sobie co środę do serwisu podskoczysz, to i tamto wyregulujesz, cośtam wymienisz i szafa gra. A na dalszą podróż normalnie śmigasz niemcem lub japońcem.

Alfa Romeo Spider

Wnętrze zaskakuje, bo na zdjęciach srebrna okleina wygląda tandetnie. W rzeczywistości jednak jest super elegancka (foto). Nie jest to aluminium, ale doskonale je udaje. Zegary niczego sobie, choć 156-tka miała ładniejsze (foto). Design i wygoda siedzeń rewelacyjna. Karoseria – wiadomo, cacuszko. Jedno „ale” (choć jest to niestety przypadłość większości aut, zupełnie nie wiedzieć czemu) – nijak nie można w tej Alfie usiąść gangstersko, nisko i sportowo. Jakoś fotel za wysoki, kierownica niezbyt blisko a deska rozdzielcza cosik za nisko. Ale pal licho – wiem, że na punkcie meksykańsko niskiej pozycji na kółkiem mam fobię. 99% z Was uznałoby ten woź za szczyt elegancki i ergonomii. Naprawdę – jest dziełem sztuki. Brera ze swoim przerośniętym, hatchback-owym tyłkiem się nie umywa!

Alfa Romeo Spider

Zastanawiam się tylko, w jaki sposób pozbyć się komarów wtłoczonych w meandry przednich świateł…? I jak długo wytrzymają te miniaturowe spryskiwacze… spryskiwaczki… spryskiwaczunie…? Na szczęście to nie mój problem. A komary – cóż, wątpię by ktokolwiek Alfą jeździł po nocy. Trochę strach stać gdzieś na przedmieściach z otwartą maską i oczekiwać na lawetę…

Saab 9-3 Cabrio

Saab 9-3 Cabrio

Pomny niedawnego przydzwonienia łbem w ramę szyby, do Saaba 9-3 Cabrio wsiadałem bardzo ostrożnie. W sumie – nie musiałem. Okazało się, że ten Saab to kabriolet, który nie zmusza nikogo do specjalnej ekwilibrystyki. Ten wóz udowadnia, że można zrobić nieźle wyglądające kabrio, które nie stara się przy każdym wsiadaniu wydłubać kierowcy i pasażerowi oka górną krawędzią szyby. Wprost niewiarygodne.

Saab 9-3 Cabrio

Ale to nie koniec niespodzianek. Bo wnętrze, które moim zdaniem sporo traci w stosunku do poprzedników sprzed dekady (jest bardziej plastikowe, uładzone i jakieś takie miejscami zapożyczone), mimo całej swej czerni wygląda… super! Tak, jest to zupełnie inny styl niż w Alfie, to prawda. Ale lepsza pozycja za kierownicą, inne ułożenie deski względem kierowcy, równie fajny fotel… wszystko to sprawia, że temu odkrytemu Saabowi blisko to ideału.

Saab 9-3 Cabrio

Spojrzałem na Piosa.
– Auto numer 1 imprezki, co? – spytałem.
Kiwnął na zgodę i trącił palcem dziwnie wystający przycisk. Nic się nie stało, wiec spokojnie wróciliśmy do kontemplacji wnętrza, gdy nagle… z tyłu dobiegł nas damski krzyk. Odwróciliśmy głowy i zamarliśmy. Zamykający się brezentowy dach podczepił się jakimś fragmentem stelaża pod ramiączko eleganckiej sukni i ciągnął po tylnej masce jej właścicielkę. Kobieta krzyczała i machała nogami. Biznesmen, który zapewne z nią przyszedł, niezdarnie próbował ratować… jej torebkę, która również zahaczona o jakiś drucik majestatycznie jechała w górę.

Pios zareagował jak komandos. Założę się, że gdyby podłączyć go do zaawansowanej telemetrii okazałoby się, że odruchy ma na poziomie pilotów myśliwców bojowych. Więc Pios… chwycił za klamkę, łokciem wypchnął drzwi i… zniknął w tłumie.

Widząc co się dzieje, poszedłem w jego ślady. Nim jednak wysiadłem kompletnie, kątem oka uchwyciłem kilka ciekawych momentów. Otóż… torebka uwolniła się z uchwytu i bezwładnie spadła na fotel pasażera. Biznesmen przewiesił się przez drzwi z opuszczoną szybą i schwycił torebkę. Dach dotarł do górnej krawędzi szyby i cicho jęknął. Rozłożona na łopatki, złapana za ramiączko sukni rozwrzeszczana kobieta leżała na brezentowym dachu, tłukąc się jak płotka na mazurskim pomoście. Doprawdy, doskonały dzień dla paparazzich…


 

Kryjąc się w tłumie spojrzałem na tego Saaba raz jeszcze. Tak, zdecydowanie coś w nim jest. Pamiętam jak o poprzedniku pisano, że sztywność karoserii była tak żenująca, iż podczas przejeżdżania przez byle torowisko drgały boczne lusterka jakby auto trzymało się tylko na zamkach drzwi. Jak jest teraz – nie wiem, ale domyślam się, że już OK. O innej jednak kwestii chciałem tu napisać. Otóż Saab ten (z resztą jak i pozostałe Saaby) ma kilka elementów, które są tak saabowskie, jak tylko mogą być. Weźmy na przykład wspomniany już kształt deski rozdzielczej – jest nieco gorszy od modeli sprzed lat, lecz nadal saabowski (foto). Albo stacyjka między fotelami – kompletnie nie wiem, czemu ma to służyć, ale jest to takie saabowskie. Albo wygięte zagłówki zawsze przylegające do głowy – niby detal, a jak bezpieczeństwo podnosi… no i jest taki saabowksi. Albo sposób regulacji nawiewów (foto) – przecież te luźno chodzące kulki są takie saabowskie! Albo ten dziwaczny uchwyt na kubek (foto) – niepraktyczny, przefajnowany, pewnie łatwy do złamania a jednak… taki saabowski. A mega saabowski „Night Panel” (foto)? Pokażcie mi inną markę, która tak wieloma detalami się wyróżnia!

Fiat 500

Fiat 500

Początkowo wcale nie chciałem wsiadać do „pięćsetki” obawiając się, że urocza karoseria kryje pokraczne wnętrze i wszelkie moje wyobrażenia o tym aucie legną w gruzach. Bo wyobraźcie sobie, że wyobrażałem sobie… że to jest mały, wygodny i zadziorny wóz. Niestety doń wsiadłem. No istna Panda, tyle że bardziej kolorowa. Środek pozbawiony emocji. Projektant zatrzymał się w pół drogi…

Obniżyłem fotel, poprawiłem kierownicę, pomacałem plastiki i wtedy, nagle, zupełnie niespodziewanie… coś mnie w nosie zaswędziało. Rozejrzałem się wokół. Wszyscy jak jeden mąż patrzyli w stronę sceny, na której Pan Janiak i Pani Zientarska mówili coś o stojącym wszak nieopodal, acz jednak dość daleko Dodge’u Nitro. Jako że na tego właśnie amerykańca skierowane były również wszystkie światła, ja skąpany w mroku i przez nikogo niepokojony mogłem przystąpić do fedrowania.

Oszczędzając wam szczegółów napiszę tylko, iż palec serdeczny okazał się master-fedrownikiem na przodku. Glut (babol w zasadzie) wyłowiłem sprawnie. Teraz trza by się go jakoś pozbyć. Chmmm… przykleić pod fotelem, pstryknąć gdzieś na tył czy może zgubić na zewnątrz już po wyjściu z auta. W zamyśleniu uniosłem palec na wysokość oczy i spojrzałem na gluta ponownie, gdy wtedy… wtem!… wszystkie reflektory rąbnęły mi trylionem fotonów prosto w twarz. W twarz, którą dokładnie w połowie przecinał koślawy cień rzucany przez paluch. Paluch z przylepionym doń babolem.

– I wreszcie Fiat 500, Proszę Państwa – zagaił Janiak – czyli kwintesencja włoskiego smaku, stylu i dobrego gustu. Wyrafinowany owoc czerpiący życiodajne soki z bogatej włoskiej tradycji oraz współczesnej zaawansowanej technologii. Rodzynek w dzisiejszym cieście stylowych aut. Piękniś wśród urodziwych. Łakoć w cukiernicy. Glut w… – urwał w pół słowa.

Jak nic, musiał mnie dostrzec! Cóż, trudno były mnie nie dostrzec – rozświetlony oświetleniem scenicznym, rozbłyskujący w setkach fleszy siedziałem nadal z palcem przed oczyma. Przed moimi i tych wszystkich ludzi na zewnątrz. Cóż… definicja dobrego smaku, stylu i gustu nie jest jednoznaczna, to odczucia głęboko subiektywne. Wierzę, że niektórzy byli zachwyceni…

Gromkie oklaski i tubalny śmiech przywróciły mnie do życia. Szybko opuściłem dłoń i wychodząc z auta dyskretnie zbunkrowałem gluta na bocznej krawędzi fotela. Nikt nie mógł tego zauważyć. Nikt! A jednak… jak tylko wysiadłem i zamknąłem za sobą drzwi, za ramię złapał mnie dość tęgi pan z plastikową plakietką w klapie marynarki. Schyliłem się i przeczytałem: Fiat Auto Poland. No pięknie…


 

– Proszę natychmiast wrócić i zabrać z auta pozostałość!
– ? – udałem zdziwienie.
– ! – okazał mi zdenerwowanie, wcale nie udawane.
– Jaką pozostałość? O co Panu chodzi?! – broniłem się metodą „na głupa”.
– O gluta! Babola! Smarka! Proszę to stamtąd zabrać!
– O nie, proszę Pana. Glut to sam Pan jesteś! – tym razem zaatakowałem w stylu drugoklasisty.
– Glut?! Ja glut! Sam Pan jesteś smark! Ot, co! – wkurzył się nie na żarty. Zaczynało robić się nieprzyjemnie, bo wokół nas zgromadził się już pokaźny tłumek i powoli zaczął formować się w okrąg. A wiadomo przecież, że jak już jesteś w takim okręgu, to nie wypada ze sobą się kłócić – trza się lutować – tłum na to liczy. Jakoś mi jednak pojedynek z tak wielkim facetem był nie w smak, więc by nie brnąć dalej w fizjologiczne kłótnie i broń Boże się nie bić, przywaliłem merytorycznie z grubej rury.
– I z kiciorem!
Tłum wstrzymał oddech. Wszyscy spojrzeli na niego. On zaś spojrzał na mnie spode łba i chytrze się uśmiechnął. Ojojoj…
– Lustro odbija! – krzyknął triumfalnie, a wtórowały mu oklaski. Kilku stojących bliżej mężczyzn klepnęło go z uznaniem w plecy. Poczułem się bezradny. Ja – niedoszły jeszcze mąż i już ojciec. Nie mogę polec, nie mogę. Kto jutro Margolcię do przedszkola zaprowadzi. No kto?! Chwileczkę… przedszkole? A-cha! Dobry trop. To będzie szach i mat.
– Banan zawraca! – warknąłem od niechcenia. Tłum oszalał. Najpiękniejsze kobiety przerwały wytyczony krąg i wbiegły doń, by rzucić mi się na szyję. Ktoś zerwał ze mnie koszulę, założył mi na ręce bokserskie rękawice, nagi tors opryskał wodą a w zęby włożył mi ochraniacz. Przyjąłem gardę i utonąłem w błysku fleszy… Wierzcie mi, to lepsze niż SPA!

– Koniec. Już dosyć, Panowie. Dziękujemy! – rozganiał paparazzich Znajomy PR-owiec, ciągnąc mnie jednocześnie w ocieniony kąt dziedzińca.
– Proszę się ubrać. I może najpierw osuszyć!
– Łacja, łacja. Tyłko dzie jesz moła koszuła? – spytałem sam siebie nie rozumiejąc.
Stojący dotąd trochę z tyłu Pios poszedł do mnie i wyjął mi, niczym rasowy trener, ochraniacz z ust.
– Teraz chyba lepiej? – spytał retorycznie.
– No ba… – odpowiedziałem retorycznie.
– Skończcie już te zabawy filologiczne! – krzyknął retorycznie Znajomy PR-owiec.
Skończyliśmy retorycznie.
– Gdzieś mi Panowie zniknęli wcześniej z oczu, a chciałem Was o coś zapytać.
Wraz z Piosem zamieniliśmy się w słuch.
– Na pewno Panowie nie wiecie, jakie auto ze wszystkich modeli produkowanych lub współprodukowanych przez koncern BMW ma najdłuższy dach? – zapytał, patrząc na nas z wyższością.

Spojrzałem na Piosa. Pios spojrzał na mnie. Rozejrzeliśmy się wokół. Czy on nas ma za imbecyli. Zadaje takie pytanie, myśląc że nic a nic nie skojarzymy? Że nie zatrybimy aluzji? Że nie skleimy bazy? Mowa ciała go zdradziła. Zadając pytanie, nie dość, że plecami opierał się o ten wóz, to jeszcze z lubością wystukiwał na jego długachnym dachu melodyjkę z Koziołka Matołka…

c.d.n…


 

PS. Z myślą o Was uruchomiłem „Project: Photomotive”, czyli moje miejsce na flickr. Wszystkie fotki są opisane i gdzie-niegdzie nawet obnotowane. Ale niespodzianka, prawda?

Nawigacja dla zagubionych:
1. Celebrity i jego krocze | 2. Celebrity i jego glut | 3. Celebrity i pryszcz

10 komentarzy

  1. @Blogomotive – rany… ależ Ty musisz mieć wielkie gluty!!! Takie… widoczne(?) :)

    Pozdrawiam

    PS
    Co to znaczy “banan zawraca”? Pierwsze słyszę. Mam pewne przypuszczenia natury fizjologicznej ale nie będę się nimi dzielić :)

  2. “Początkowo wcale nie chciałem wsiadać do „pięćsetki” obawiając się, że urocza karoseria kryje pokraczne wnętrze i wszelkie moje wyobrażenia o tym aucie legną w gruzach. Bo wyobraźcie sobie, że wyobrażałem sobie… że to jest mały, wygodny i zadziorny wóz. Niestety doń wsiadłem.” – a Mr. Blogomotive to już przypadkiem w 500 nie siedział? Skąd to zaskoczenie wnętrzem? ;>

  3. “Wsiadłem do 500-tki i pojechałem. Takie mną emocje targały, że nawet nie zdążyłem się przyjrzeć uroczemu wnętrzu tego auta. Nie zauważyłem fajnych detali i fortepianowo-czarnej farby na desce rozdzielczej. Przeoczyłem śmieszny cyferblat wskaźników oraz mięsiste szwy na eleganckim skórzanym fotelu. Nic nie zauważyłem – tak byłem roztrzęsiony…” – amnezja? ;p

  4. @Blogomotive: czuję się doskonale. Moim sekretnym hobby jest psucie ludziom zabawy, a oglądanie ich zasmuconych min, ust wygiętych w podkówkę, drżących tuż przed wybuchem płaczu warg sprawia mi niewysłowioną radość. Na drugie mam Spoiler.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *