#121 Nie macie mi czego zazdrościć

Jadowita Wasz zazdrość :)

Tak to już jest, że miłe słowa dodają wigoru, lecz szybko zapał po nich (i pamięć o nich) się ulatniają. Złe słowa, krytyczne opinie i bezpodstawny jad pozostają na dłużej. Nawet taki mistrz luzu jak ja, po którym nawet gęsty olej 10W60 spływa jak woda po kaczce, krytykę odczuwa i kisi w sobie po wsze czasy, niczym stary silnik nagar.

Od niedawna zastanawiam się, co powoduje tymi z Was, którzy zamiast wyrazów uznania i słów zachwytu (wszak obiektywnie jest tak, że piszę świetnie – wiem, bo pytałem o to wielokrotnie Juniora i Rybę), raczą mnie dołującymi komentarzami? Skąd w niektórych z Was takie zakłamanie i chęć niszczenia mego wewnętrznego spokoju? Skąd ten jad – czyżbyście postów nie rozumieli a poczucie humoru w Waszych genach zanikło 3 pokolenia temu? Nie… aż tak źle nie jest. Rozgryzłem was – wami powoduje zazdrość!

Ale… wiem jednocześnie (gdyż przez te kilkanaście miesięcy prowadzenia bloga dane mi było Was dość dobrze poznać, a sprzedaż Waszych adresów IP oraz zostawianych w komentarzach e-maili nie raz już pozwoliła mi zatankować do pełna), że podobnie jak ja interesujecie się motoryzacją i wiecie na przykład, że coś takiego jak 4-drzwiowe coupe formalnie nie istnieje. Wiem również, że podobnie jak ja uwielbiacie samochody i wieczorami modlicie się o prześlicznego Mercedesa CLS – by dobry Bóg pozwolił Wam go nabyć nim oficjalnie uzyskacie zniżki na komunikację miejską ze względu na wiek. Wiem także, że podobnie jak ja, kiedy nikogo nie ma w pobliżu, cichutko gulgoczecie naśladując wchodzącą na obroty amerykańską V8-mkę. Sami widzicie – nic a nic się nie różnimy… Skąd więc ta zazdrość?!

Wiem! Zazdrościcie mi tych aut, które łasi na poklask medialny PR-owcy dostarczają mi zatankowane pod dom. Zazdrościcie mi tych imprez, na które zaproszenia przychodzą do mnie prawie codziennie jako listy polecone, wpieniając bogu-ducha-winnego listonosza Antoniego, który za każdym razem musi na 4 piętro się tarabanić by przekonać się, że akurat nikogo w domu nie ma. Zazdrościcie mi sławy, którą w pocie czoła zdobyłem i której owoce teraz konsumuję, promieniując swym blaskiem na rodzinę i sąsiadów z piętra, a w szczególności na tych jarających pety na schodach, w pobliżu naszych drzwi. Zazdrościcie mi gwiazdorskiego życia mego. Ot, co!

Ale powiadam Wam – zaprawdę nie ma czego. Ja nie mam łatwo. Nikt mnie nie oszczędza. Nie mogę sobie spokojnie w kapciochach sączyć piwka przy „Na Wspólnej” czy upajać się lekturą moto-pisemek siedząc na kiblonie aż do zdrętwienia nóg. O nie, muszę zawsze być zwarty i gotowy. Zawsze czujny. Spięty.

Nie wierzycie? Nadal zazdrościcie? To opiszę Wam jeden z moich przykładowych dni. Taki encyklopedyczny – statystycznie uśredniony. Zobaczycie, że nie ma czego zazdrościć. Ze nie macie powodu pluć jadem w komentarzach i sztucznie mnie podburzać. Przeczytacie i zrozumiecie, że mam wystarczająco dużo zmartwień związanych z prowadzeniem tego bloga i byciem prawdziwym, światowym już celebrytą… (BTW: czasopismo „Sukcesy i porażki” zaoferowało mi 10,000 zł netto za rodzinną sesję zdjęciową. Raczej w to wejdę, lecz najpierw ustalę, do którego członu nazwy nasz familijny piktorial zostanie przypisany).

Audi TTS

A zatem… rano wstaję tuż po piątej. Bez śniadania biegnę na dół, na parking. Mam tylko 2,5 godziny na przetestowanie auta, które poprzedniego dnia wieczorem podwiózł mi jakiś łasy na rozgłos PR-owiec.

…nie dalej jak przedwczoraj zastałem na parkingu Audi TTS. Wyobraźcie sobie te męki z samego rana – najpierw nierozciągnięty kręgosłup musi znosić te wszystkie wygibasy, gdy trzeba spod tylnego koła wyciągnąć kluczyki (tak zwykłem się z ludźmi z branży umawiać – skoro chcą mieć profesjonalny test, mają podwieźć zatankowane auto i mojego domowego miru nie zakłócać przynoszeniem kluczyków). Potem trzeba wtarabanić się do tego za niskiego i za ciasnego wozu. Ale uwierzcie mi, że dla zaspanych jeszcze stawów wsiadanie to tak usportowionego auta to betka w porównaniu z jakąkolwiek nim jazdą. Twardy zawias, opinające ciało betonowe fotele i dźwięk silnika powodujący wszechobecne wibracje powietrza – nikomu tego z rana nie życzę. A ja jakieś takie cholerne szczęście mam, że wozy tego typu właśnie na poranne testy mi się dostaje. Przedwczoraj było to Audi TTS, kilka dni wcześniej nieprodukowany już Smart Roadster (to nie wóz, to sunąca po szosie deska z fotelem!), a przed nim BMW Z4 Coupe (dzięki temu autu dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak ujemny komfort), Mazda RX-7 (obiłem sobie kość ogonową i ukruszyłem górnego kła) i Nissan 350Z (na osiedlowych wybojach przednie koła tylko czasami miały kontakt z podłożem… tylne prawie nigdy). I co – tego mi właśnie zazdrościcie…?!

Fiat Croma

O 8:00 wracam do domu już ledwo żywy i po błyskawicznym śniadaniu odprowadzam Margolota do przedszkola. Potem jadę do pracy. Ale nie, wcale nie swoją ulubioną Almerą, w którą jestem idealnie wjeżdżony a moje obłe ciało przez te wspólnie spędzone 6 lat dopasowało się kształtem do fotela. Jadę znów jakimś przekazanym na testy wozem…

…nie dalej jak wczoraj jechałem do pracy Nissanem Navarą. Niby fajny pick-up, komfortowy i przestronny, ale fakty są takie, że poranna podróż to nie tyle jazda, ile coś jakby postój na zblokowanej wypadkiem niemieckiej autostradzie. Żeby zdążyć, trzeba lawirować, tasować i czasami nawet się wciskać. A spróbujcie się takim kolosem gdzieś wcisnąć! To prawda, że większość zwykłych aut czuje przed nim respekt, ale co innego wymusić i się zmieścić, a co innego wymusić, przytrzeć i potem stracić zniżki na OC. Tydzień wcześniej trafił mi się na podróż do pracy lekko używany Hyundai Getz. Co z tego, że był mały i zwinny, skoro w lusterkach nic widać nie było, a gdy w końcu dojechałem do pracy, wszyscy mnie obśmieli. W sumie im się nie dziwię – kiedyś Getza reklamował Robert Leszczyński… Albo innym razem jechałem do pracy Fiatem Cromą. Spore, komfortowe auto dość mocno w stronę luksusowych Lancii ciągnące, ale… sprzęgło w 200 konnym silniku Diesla tak tragicznie ciężko chodziło i było niemalże nie-do-wyczucia, że albo go w korku gasiłem, albo lądowałem prawie na zderzaku auta przede mną, przed stłuczką ratując się awaryjnym hamowaniem, co z kolei powodowało włączanie się świateł awaryjnych. Normalnie zachowywałem się jak debil, który wciąż komuś dziękuje. I co – tego mi właśnie zazdrościcie…?!

Opel Zafira

Około 18:30 jestem po pracy w domu. Mam godzinę na zabawę z Margobrzdącem i kilka chwil na rozmowę z Rybą. A potem, zamiast spokojnie megahiciora na Polsacie oblukać, muszę po wykąpaniu i uśpieniu córy pruć na parking i testować, testować, testować… Pół biedy, gdy auto naprawdę jest fajne (bo wieczór to akurat ten czas, gdy bez marudzenia pośmigałbym po opustoszałych ulicach czymś szybkim i rasowym) – ale na ogół (takiego to właśnie mam pecha) na wieczór podstawiane mam wozy bez ikry… takie wozidła normalnie.

…nie dalej jak w poprzednią środę musiałem się Oplem Zafirą wozić. Litości! Nie dość, że uważam minivany za wozy zupełnie niepotrzebne (dobrze przemyślane kompaktowe kombi o niebo lepiej się prowadzi a funkcjonalność ma taką samą – no, chyba że ktoś musi jeździć w kapeluszu lub ma fryzurę równie bulwiastą co Jolanta Kwaśniewska), to jeszcze ta Zafira pod maską miała jakiś wyżyłowany silnik benzynowy. I we wnętrzu wszędzie pełno było szpanerskich symboli OPC. I niebieskie fotele. I niebieskie zegary. I niebieski lakier. I niebieskie ksenony… Tydzień się potem u okulisty z tych błękitów leczyłem… Albo ten kuriozalny Volvo XC90 z prehistorycznym, 4-biegowym automatem. No istne szaleństwo – wciskasz gaz, auto przyspiesza i nagle przestaje przyspieszać, silnik się wysprzęgla, obroty pływają, pływają, pływają… pływają i pływają… a potem zaskakuję wreszcie wyższy bieg. Jazda tym bezsensownym mastodontem (bezsensownym, bo dzielność terenową lepszą ma kombiak V70 XC, a środek chyba nawet niewielka S40-tka ma lepiej rozplanowany) przypomina ciągłe dodawanie i ujmowanie gazu – jedziesz, zwalniasz, jedziesz, zwalniasz… naprawdę takie bujani na zakończenie dnia przyprawia o mdłości. Musiałem potem ze 3 godziny spokojnie klęczeć w ubikacji, by mi się wnętrzności przed snem uspokoiły. I co – tego mi właśnie zazdrościcie…?!

Jestem celebrytą!

A może chodzi Wam o to, że ja, jako autor tego bloga i od niedawna motoryzacyjny celebryta, mogę sobie wejść do dowolnego salonu i na gębę niejako użyczyć na dzień lub dwa dowolne auto? Umówmy się, to naprawdę nie jest nic fajnego…

… bo nie dalej jak przedwczoraj wtarabaniłem się z rozmachem do salonu Volkswagena i wymownie opierając się o Passata szukałem wzrokiem jakiegoś sprzedawcy. Pech chciał, że pierwszym, który moje spojrzenie wyłowił, był nowicjusz w branży, dumnie noszący w klapie marynarskiej marynarki (to taka ze złotymi guzikami) tabliczkę „Uczę się”. I nie dość, że mnie nie rozpoznał z twarzy (a naprawdę takie nierozpoznanie zdarza mi się ostatnimi czasy bardzo, ale to bardzo rzadko – ostatnio w Tesco przy warzywach chyba ktoś mnie nie rozpoznał), to jeszcze zupełnie niestandardowo zareagował na hasło.
– Blogomotive – powiedziałem, gdy tylko się zbliżył. I zrobiłem to wyraźnie, bez międlenia jęzorem i złego akcentowania, jak to zwykle mam w zwyczaju, gdyż w taki właśnie sposób staram się budować swój wizerunek luzaka i „miszcza”.
– Tak? – spytał z uśmiechem, kompletnie mnie zaskakując.
– Blo-go-mo-tive – powtórzyłem przesadnie akcentując każdą sylabę. Wiem, że brzmiałem jak debil, ale naprawdę po raz pierwszy musiałem to magiczne hasło powtarzać. Do tej pory zawsze działało za pierwszym razem (no, prawie zawsze, ale wyjątek wszak potwierdza regułę).
– Chmmm… i? – spytał.
– I zawołaj szefa – zakończyłem tę farsę odwracając się i przylepiając czoło do szyby Passata.
Młodziak odszedł, by po chwili z kimś wrócić. Przynajmniej tak mi się wydawało, gdyż po tej zniewadze postanowiłem załatwić resztę formalności bez odwracania wzroku.
– W czym mogę pomóc? – spytał męski baryton.
– Blogomo… – odrzekłem niedbale, specjalnie nie kończąc.
– Zdanie auta nastąpi dziś wieczorem czy jutro w godzinach pracy salonu?
– Nie… na godzinkę potrzebuję. Do Maca chcę podskoczyć.
Wsiadłem i uruchomiłem 140 konnego dieselka. Młodziak szturchnięty łokciem przez kierownika biegusiem rozsunął wielkie szklane drzwi. Wyjeżdżając przesłałem mu dość złożone spojrzenie, które przy odrobinie dobrej woli można było odczytać jako: „Bierz przykład z seniora”.

Wszystko szło idealnie – silnik nawet nieźle radził sobie z tą limuzyną, pozycja za kółkiem była bliska idealnej a fabryczna nawigacja prowadziła mnie prosto do celu.
– Poproszę zestaw z tortillą, ale łagodną – powiedziałem do metalowego pojemnika z sitkiem.
– Czy to Pan?
– Zwykły, frytki i cola.
– Czy to naprawdę Pan?
Gdy podjechałem pod okienko wydań, w środku zauważyłem spore poruszenie – z wnętrza „restauracji” wpatrywało się we mnie kilkanaście par oczu. Przyszli nawet ci z głębi kuchni, przerywając roztapianie McNuggetsów i smarowanie posoloną oliwą ledwo ciepłych kotletów. „Czy to on? Ten bloger” – słyszałem szepty. Zapłaciłem i czym prędzej odjechałem. I wtedy wydarzyła się katastrofa…
– !@#$%^& mać! No ja !@#$%^&!!! O żesz w $%!#%$! !#%$#%^!!!
Tortilla była na ostro. Z sosem meksykańskim. Gdybym był nikim, tak jak wy :) – dostałbym to, o co prosiłem. A tak, przerypane na każdym kroku. I co – tego mi właśnie zazdrościcie…?!


 

Powiecie: To uogólnienie. Literacka zbitka zdarzeń mająca na celu uwypuklenie problemu. Kondensacja faktów. Jednodniowe streszczenie miesiąca.

A ja powiem: Oczywiście, że nie wszystkie moje dni wyglądają tak samo. Czasami testuję też auto w przerwie na lunch. Zamiast Coli nalewają mi Fantę. A wieczory spędzam na lanserskich imprezach kalecząc się lub wychodząc na głupka.

Powiedzcie mi teraz tak z ręką na sercu. Szczerze. Jak na spowiedzi. Czy tego mi właśnie zazdrościcie…???!

9 komentarzy

  1. Te, Blogo, a jak się tak teraz złoscisz, to w co się zmieniasz: w Hulka czy w Citroena Berlingo?

  2. Do mnie ta żaluzja? Bo sobie pójdę i zostaniesz bez komentujących ;)

    Nuda miszczu bo od jakiegoś hoho i jeszcze, przepisujesz na nowo ten sam tekst. Kopsnij się dla odmiany do Kawasaki po jakieś ZX-R albo do JBC po Groundhoga, albo do Stihla po Vikinga, wrócisz jesienią i zobaczysz, że życie nie kręci się wokół BMW ;)

  3. @Syndrom: Po transformacji jestem superhero Logan. Mister Dacia. Burmistrz mnie przywołuje wyświetlając na chmurach wielki, błyszczący kołpak.

    @Wąż: Dobry pomysł. Potestuję jakiś motór wkrótce!

    @Kulfi: Co? A da się na tym pojeździć?

    @MMS: Dzięks. Choć wyczuwam ironię!

    @CHakier: Nie znasz się. Gówno (nomen-omen) wiesz! ;)

    @Kanapon: Chyba jak ci auto pcha, bo znów o przegląd albo benzynę nie zadbałeś ;)

  4. Kul. Tylko żeby nie było jak z tym artykułem o dieslach co to go obiecałeś komuś pół roku temu i kicha ;)

  5. Jak to coś takiego jak 4-drzwiowe coupe formalnie nie istnieje? Qattroporte nie istnieje?

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *