#117 Celebrity i jego pryszcz (3/3)

- Szanowny Panie – rzekł Pios z irytacją w głosie, acz nad wyraz dwornie – to oczywiste, że najdłuższy dach ze wszystkich aut grupy BMW ma Mini Clubman. Pozwoli Pan jednak, że tym razem ja zadam Panu zagadkę. Niechże mi Pan łaskawie powie, czyj pas przedni najbardziej się błyszczy?
- Chmmm… – zadumał się Znajomy PR-owiec – jeśli pytanie nie jest podchwytliwe, to najpewniej będzie to jakiś obficie chromowany Bentley.
- Otóż nie, proszę Pana. Nikt nie mówił, że chodzi o auto. Miałem na myśli Pana. A dokładnie Pana czoło… płat czołowy… płaski i błyszczący. Zero fałd. To przykre.
Pios zareagował w taki a nie w inny sposób, bo tą prostą i oczywistą zagadką poczuł się urażony. Mnie zrobiło się głupio – Znajomy PR-owiec wielokrotnie już udowodnił przede mną, że jest OK. Zbeształem Piosa w dwóch słowach („Daj spokój”) – nie czas mu teraz wszystkiego wyjaśniać…
Mini Clubman

A wracając do rzeczy (tutaj macie pierwszą i drugą część tej opowieści): odgadliśmy zagadkę (Wy również! Brawka…), Pios uraził Znajomego PR-owca, który sobie poszedł i… przestał blokować auto. Wsiedliśmy i… oniemieliśmy. Przynajmniej ja. To było to! Absolutne auto Nr1 tej imprezy. Świetna pozycja za kółkiem. Naprawdę fajny design. Dobre wykończenie. Fajowszczańskie detale (te dachowe przełączniki, malutki drzwiczki na tył, fajne schowki). Kurcze – siedząc w środku wcale nie czuło się tego drobnego festynu i pretensji, którą każde widziane na ulicy Mini we mnie budzi. A jak jeszcze dowiedzieliśmy się, że ten dłuższy Clubman prowadzi się dojrzalej i lepiej od krótkiego One…! No, no…
- A wiecie Panowie – nachylił się do wnętrza przez otwartą szybę pasażera Pan z logiem BMW na marynarce – że między innymi dzięki takim detalom jak 17 możliwych kolorów tej oto listwy (wskazał na kawałek błyszczącego plastiku na desce i drzwiach), kilkunastu wzorom skórzanej tapicerki, paru kolorom dachu i wielu wzorom felg, możliwe jest skonfigurowanie prawie 2 milionów różnych od siebie aut?
- A nie wie Pan, czy jakąś konfigurację można sobie zastrzec, oczywiście za dodatkową opłatą? Bo chodzi o to, by mieć pewność, że na parkingu pod salonem z pedicure nie spotkam identycznego auta – spytał Pios, ewidentnie nadal będąc w bojowym nastroju.
- Dowiem się, jeśli Pan pozwoli.
Pozwoliliśmy i wysiedliśmy. Jeszcze jeden rzut oka na Clubmana z zewnątrz. Tiaaa… numer jeden tej imprezy! Słowo daję, to auto Was również by zaskoczyło!
Dodge Nitro

I coś z zupełnie inne beczki – Nitro. Do tej pory uważałem ten wóz za kwintesencję amerykańskiej siły. Tylko raz go widziałem na ulicy i, szczerze mówiąc, kopareczka mi opadła. Z zewnątrz jest tak cholernie potężny i silny, że strach pomyśleć, jak fajny jest w środku. Dlatego też bez wahania wsiedliśmy. Ja wytrzymałem dokładnie 26 sekund. Pios o 15 sekund dłużej, ale tylko dlatego, że nieporadnie motał się z plastikową i trzeszczącą klameczką drzwiową żywcem z Dacii wyjętą.
Za każdym razem jak opisuję auto najłatwiej przychodzi mi jego krytykowanie. Naprawdę bez problemu potrafię nawet w takim mistrzostwie jak Mercedes CLS znaleźć jakiś durny detal, niespójność lub wykwit radosnych praktyk szurniętego designera. Ale zawsze również staram się w aucie znaleźć plusy – przecież skoro samochód jest na rynku i ludzie go kupują, coś w sobie musi mieć. Może jest tani, może ekonomiczny, może ładny, a może przyjemnie pachnie. Dodge Nitro jest chyba jedynym samochodem, który od dziś uważam za absolutnie pozbawiony zalet, plusów czy zajawek. Jest dramatyczny!
Bo agresywny wygląd zewnętrzny okazuje się opakowaniem z cienkiego plastiku – naciskając lekko wystający przedni zderzak uginasz go o dobre kilka centymetrów odsłaniając mocujące go do nadkoli zatrzaski. Bo plastiki we wnętrzu są tak dramatycznie słabe, że ciężko je nawet porównać do Poloneza – tam przynajmniej część z nich była czymś miękkim powleczona. Bo górna krawędź deski rozdzielczej, wykonana z jeszcze gorszego chyba niż reszta wnętrza plastiku, ugina się ze skrzypem pod byle naciskiem małego palca, a jest na niej wyżłobione spore zagłębienie w formie półeczki – ciekawe, czy położenie tam cięższego telefonu nie zarwie całości, odsłaniając tym samym silnik. Bo bliskość przedniej szyby powoduje naprawdę niepokojące wrażenie braku przestrzeni. Bo miejsce na nogi kierowcy jest tak zaprojektowane, że albo prawa noga wisi nad gazem, albo stoi na hamulcu (zobaczcie, jaki kształt ma podłoga dla kierowcy – tu zdjęcie). Bo mimo niewielkich bocznych okienek siedzi się w Nitro tak wysoko, że można by było przez te lufciki wypaść na zakręcie, gdyby nie głowa, stabilnie zablokowana o zbyt niską podsufitkę. Bo skóra na fotelach przypomina dermę i siedząc na niej w wiosenny, dość zimy wieczór, odparzyłem sobie tyłek (do dziś mnie szczypie w kontakcie z wodą, i drapię się niemiłosiernie więc sami rozumiecie… Ryba nalega, bym spał w salonie). Bo nie ma w tym wnętrzu nic, na czym można by było zatrzymać wzrok z myślą „O, niezłe, projektant się wysilił”. Bo mimo pierwotnych zachwytów nad potęgą wizualną tego auta, nigdy nie chciałbym nim wyjechać na miasto – bałbym się, że spojrzy na mnie ktoś, kto w tym aucie siedział i je rozgryzł – nie zniósłbym tego pełnego politowania spojrzenia.
Bez dwóch zdań – najgorsze auto… nie tylko tej imprezy. Zastanawiam się, czy jego mniejszy brat, Caliber, jest równie dramatyczny? Najpewniej tak, choć przecież historia zna niejeden przypadek, gdy mniejszy brat o głowę przerastał starsze rodzeństwo – ot, weźmy na przykład… yyy… nie, na pewno się tacy zdarzali… eee… przypomnę sobie potem, dziś myśli zebrać nie mogę…
Ciężko się ogarnąć, gdy wszyscy mijani ludzie patrząc na mnie gładzą swój nos. O co chodzi? Czyżby typowo Va Banque’owski nos od śledzia? Ale czy tam czasem nie o ucho chodziło? Czy oni wszyscy powariowali?! Ale niech im będzie i nos od śledzia. No i co z tego? Że niby mnie maja? Niby w jaki sposób? Że wiedza, kim jestem? Że mnie jutro obsmarują na łamach swoich pisemek? I co z tego?! Resztki godności straciłem przyłapany przez Pudelka i tu niedawno z kroczem i glutem na palcu. Co więcej mi mogą zrobić. Nos od śledzia?! Dobre sobie…
Renault Twingo

By bardziej się zdołować, postanowiliśmy wsiąść do Renault Twingo – chyba w jakiejś szpanerskiej wersji Sport czy GT. Wysiadając wpadłem w sidła ankieterki Renault, z którą nijak rozmowa mi się nie kleiła.
- Pios, pogadaj proszę z Panią – powiedziałem zirytowany, bo niebrzydka wszak interlokutorka nijak nie mogła się na rozmowie ze mną skupić, tylko uporczywie i z lekkim przerażeniem wpatrywała mi sie… No właśnie gdzie dokładnie, bo jakoś nie w oczy chyba, jakby trochę niżej… niby w nos. Mówie wam, dziwne uczucie…
Pios krótko zaflirtował i wtedy roześmiana po pachy ankieterka na swoją zgubę poprosiła „tylko o szczere odpowiedzi.” Jak tylko to usłyszałem, czym prędzej zgumowiłem uszy zarzucając podsłucha.
- Jak się Pan/Pani podoba nowe Renault Twingo?
- W ogóle mi się nie podoba. To porażka, nie samochód. Tandeta w dość pospolitym wdzianku.
Ankietera poczerwieniała, czując na plecach rosnącą liczbę gapiów ciekawych tej konwersacji – Jak ocenia Pan/Pani przełomowe wzornictwo nawiązujące do legendarnego poprzednika?
- Niby w czym przełomowe było wzornictwo poprzednika? Że małe i skrzypiące chyba! Czy w tym, że jednobryłowe? Też mi przełom – kupa też czasami ma jedną bryłę i jak tak na nią z góry zerkam, nic przełomowego nie widzę. A może w tym, że kółka miało na krawędziach? A rower to ma inaczej?
- Jak odbiera Pan/Pani sportowy klimat wersji GT?
- Klimat czego? Tych szarych wstawek wokół halogenów czy aerodynamicznie położonego radia?
- Czego oczekuje Pan/Pani od designerskiego auta miejskiego segmentu premium?
- Innego wnętrza, innego znaczka, innej karoserii.
- Czy jest coś, co szczególnie przypadło Panu/Pani do gustu?
- Kolor. Lubię reńskie wina, te liebfraumilchy i petersy – mają w tym kolorze butelki.
- Dziękuję Panu/Pani za udział w ankiecie.
Pios skłonił się i odszedł.
- Dlaczego jej to zrobiłeś? – spytałem.
- Prosiła o szczerość.
- Mogłeś dać sobie siana…
- Stary, niech na drugi raz myśli – po jaką cholerę pytała mnie, faceta podchodzącego pod metr dziewięćdziesiąt, czy podoba mi się ten karypel? Czego oczekiwała, że jej powiem, iż siedząc w środku relaksuje mnie podsufitka masująca mnie w czubek głowy? A może bliskość nienaturalnie podgiętych kolan pozwala mi na nich wygodnie oprzeć brodę, co znacznie ułatwia odbywanie długich podróży? A może podoba mi się fakt zasiadania na sflaczałych fotelach, co porównać można tylko do posadzenia tyłka na przykrytej kąpielową gąbką kratce do strzepywania śniegu z zimowych butów? Albo…
Dalej nie słuchałem. Znów zirytowały mnie te dziwnie natarczywe spojrzenia przechodzących obok ludzi. Co do jasnej cholery? Aż tak bardzo jestem znany i rozpoznawalny? Czy może ta akcja z kroczem XXXXXXXXXXXXXXXX i glutem XXXXXXXXXXXXXXXXX tak me lico osławiła?
Ford Kuga

Jeździłem nim już trochę, więc zaskoczeniem dla mnie nie był. Jedno, co rzuciło mi się teraz w oczy, to całkiem ładne przednie światła (zdjęcia tu i tu) – wcześniej jakoś mi to umknęło. Poza tym nic szczególnego – kolejny SUV tradycyjnie niezgrabny, przekombinowany i nikomu niepotrzebny. Jaki z tego wniosek? Oczywisty – będzie się sprzedawał jak ciepłe bułeczki.
Jedna warta odnotowania sprawa: brawka (wręcz owacje!) dla ludzi z Forda za to, że tak precyzyjnie zaparkowali tego Kugę tyłem przy ścianie, że nijak nie było szans oblukać tyłu auta. Wiedzą, co chałowe. Choć w sumie szkoda – chciałem fotkę dla Was pstryknąć – fotkę najkoszmarniejszego pasa tylnego na świecie. Ups, sorki – ostatnie miejsce ex quo z Ssang Yongiem Actyonem!
Jedno mnie nadal dziwiło – więcej osób patrzyło się na moją twarz, niż na Forda powoli wynurzającego się spod atłasowej bieli premierowej zasłony. O-co-cho?! Co ja jestem, aż taki celebryta?!
Volvo S60

Od zawsze mi się to auto podobało. Widywany na ulicy uchodził w mych oczach za dyskretnego mistrza – za równego rywala nawet dla A6-tki, BMW 5-tki i E-klasy, mimo tego, że tak naprawdę przynależy do klasy o stopień niższej i konkuruje nie tylko z A4-ką, BMW 3-ką czy C-klasą, ale także z Vectrą, Mondeo czy na ten przykład z Accordem. Od zawsze mi się to auto podobało – do dziś… gdy doń wsiadłem. Naprawdę nie wiem, o co chodzi… nie wiem dlaczego… nie wiem gdzie… ale na bank coś nie gra. Niby ładnie, lecz tylko na zdjęciach. Niby ekskluzywnie, lecz tylko w folderach. To auto sprawia, że czujesz się jak emeryt. Dodaje lat. Gdzieś tak ze 25. To sporo. Kto by tak chciał…?
Jakieś plusy? Tak, jeden – wysiadając z niego, poczułem się jak młody bóg. W ułamku sekundy zrzuciłem ćwierć wieku. Z 57 do 32. W mgnieniu oka. Cud! Alleluja!
Volvo C30

Elegancja bez wątpienia – damska elegancja. Ale to nic – ważne, że autko zgrabne i ładnie narysowane. Więc wsiadłem… i zaraz wysiadłem. Straszny dół! Plastiki może i dobrej jakości, ale dotykając ich masz wrażenie, że ktoś je obsypał mąką – pewnie są ekologiczne i nadają się do recyklingu. Konsola ładnie wygląda na zdjęciach. Tylko na zdjęciach. Plus 3 absurdy: brak szmacianej zasłonki bagażnika w standardzie, z półki za konsolą wypadłaby nawet niedawno używana, lepka guma do żucia a rączka hamulca ręcznego… cóż, mega-design (tu zdjęcie) nikomu niepotrzebny.
Wysiadłem więc. A na zewnątrz znów te wszystkie spojrzenia – czy aż tak wielki głód gwiazd jest w społeczeństwie? Trzasnąłem drzwiami i obróciłem się na pięcie… niechcący wpadając na stojącą za mną kobietę. Wiem, że mocno uderzyłem ją łokciem w brzuch – powinna się skrzywić lub nawet mnie torebką przez łeb zdzielić. Ale nie, nic z tych rzeczy – ona wielkimi z przerażenia oczami wpatrywała mi się w nos. Odruchowo sięgnąłem dłonią tam, gdzie ona kierowała wzrok… i zawadziłem o coś obrączką. Szarpnąłem mocniej i… jakby grzmot po piorunie walnął – głowę odrzuciła mi w tył ogromna siła… a z nosa chlapnął biały płyn zraszając wszystko i wszystkich w promieniu 3 metrów.
W stojącym obok mnie Volvo C30 włączył się alarm, mimo że auto było otwarte i odbezpieczone. Zaparkowany po lewej Dodge Nitro prewencyjnie wypalił z bocznej poduszki pasażera. A wszyscy obryzgani goście albo już zemdleli, albo jeszcze ostatkiem sił wymiotowali. A ja, miotany ogromną siłą wyprysku, majtałem głową na wszystkie strony – niczym wąż strażacki pod ciśnieniem, nieopatrznie puszczony luzem.
Potem ktoś zarzucił mi na łeb jakiś ciemny worek i na ciele poczułem setki dłoni – gdzieś mnie niesiono… Leżąc w bezruchu płynąłem w nieznane… Niczym kaczka po równej toni jeziora – na górze spokój, a pod tafla wody nóżki popierdzielają.
Ocknąłem się leżąc na chodniku koło Almery, głową wsparty o felgę. Słyszałem już o różnych wypadkach podczas tego typu imprez – zdarzały się czasami okaleczenia a nawet zgony. Ale żadne nie był tak poważny jak mój dzisiejszy.
- No stary, aleś zrosił! – skwitowali Pios, pomagając mi wstać.
Zastanowiłem się przez chwile – wypadało coś powiedzieć, wszak to już koniec tej przydługiej, trzyczęściowej i niebywale rozwleczonej w czasie historii. Ale jak już powiedzieć, to coś znaczącego. To właśnie idealna pora na szlagwort. Coś w stylu: „Make my day” Eastwooda. Albo “I’ll be back” Arnolda. Czy choćby “Ucho od sledzia” Kwinto. A może by tak:
- Każdy pryszcz pęka. Pytanie tylko, jak bardzo bryzga…
Uuups… przykwas. Niezbyt to (nomen-omen) soczyste…
Nawigacja dla zagubionych:
1. Celebrity i jego krocze | 2. Celebrity i jego glut | 3. Celebrity i pryszcz
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

Mnie się pryszcze skończyły w liceum, wraz z końcem dojrzewania. Blogo, czy ty jeszcze przed mutacją jesteś?!
Blogo, wiem, co Ci w S60-tce nie pasowało.
Zapach… Ten samochód po prostu makabrycznie śmierdzi!
ogolnie toz pryszczami jest tak:
http://www.tradzik.cba.pl ze ciezko je wyleczyc (www.lupiez.cba.pl)
i wogole jak tam chcecie ale fajny blog! http://www.chceszschudnac.cba.pl
bardzo podoba mi sie ten blog
polecam innym
pozdrawiam
hahaha, niezły tematyczny spam :D