#132 Prędkość odczuwalna

To, co wskazuje zegar prędkościomierza, jest cholernie umowne. Przecież 50 km/h w samochodzie z zamkniętymi oknami to jakiś śmiech na sali – cicho, powoli… prawie nie prędkość. Na upartego można wyjść z auta bez otwartego złamania nogi i spokojnie na poboczu słoik jagód kupić. Ale już na wodzie, będąc ciągniętym za motorówką na plecach… tak, wtedy to jest już prędkość przez duże „P”.
- Słyszysz mnie? – zacharczało mi w słuchawkach głosem Puzona. Porozumiewawczo machnąłem dłonią.
- Żyjesz jeszcze? Może zrobimy sobie teraz na koniec wstęp do jeżdżenia na piętach? Rozpędzasz się na plecach a potem jak żółw się przekręcasz i wstajesz na pięty. Ale my tu się tylko na plecach przepłyniemy, co?
Uniosłem rękę, czemu towarzyszył potworny ból. Miałem porwane wszystkie ścięgna od czubków palców aż po same pachy. Kapok nasiąkł tak, że był w stanie wynieść nad powierzchnię wody ledwo połowę mej głowy. Za mała pianka cisnęła mnie wszędzie, ze szczególnym uwzględnieniem krocza. Co prawda jeszcze tydzień do ślubu, ale coś mi się wydaje, ze z nocy poślubnej nici. Na szczęście lodowata woda koiła trochę ból…
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Junior puścił farbę już jakiś czas temu i dowiedziałem się, że na wieczorze kawalerskim dostanę Malucha. Już snułem plany: czarny mat, idealnie białe pasy „viper-style” po całości, sportowy BiMarco, wysunięta kierownica Sparco, obniżony zawias i jakieś 195-tki na tylne felgi. Idealny gokart na wiejskie drogi. Każdy o czymś takim marzy.
Okazało się jednak, że Maluch, którego kompani mieli mi kupić, okazał się autem z kategorii „wczoraj był idealny”. Jak pojechali, zobaczyli i wsiedli pyskówką na właściciela, okazało się, że dosłownie wczoraj mu się tłumik urwał, nie dalej jak wczoraj się maglownica zatarła, te wypalenia na tapicerce są, jak Boga kocham, wczorajsze, a prędkościomierz to jakoś tak wczoraj zwariował i zaczął się gibać bez sensu. Poza tym do wczoraj auto nie brało oleju i jeździło prosto. Acha – no i wczoraj wieczorem zgubił się gdzieś przedni reflektor. Pech, kurde. To jak, Panowie, bierzecie? 5 dych mogę spuścić. To jak – 650 zł i wasz… Nie wzięli. Ale nie z powodu tych wad, o których właśnie przeczytaliście. Nie wzięli, bo Maluch wczoraj lekko dachował. To znaczy tak się przekrzywił, oparł dachem o skarpę ale zaraz potem wrócił na koła. Wiaderko szpachli i będzie jak nowy…
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Połóż się teraz na plecach prosty jak struna, wyrównaj oddech i obiema rękoma złap linkę za głową.
Zrobiłem to, co kazał głos Puzona mówiący do mnie z wnętrza przemoczonego kasku.
- Gotowy?!
Nieznacznie zamachałem prawą stopą i wtedy motorówka ruszyła, a ja – prosty jak struna – w ułamku sekundy wsunąłem się co najmniej metr pod powierzchnię wody…
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Nie miałem szans zdjąć samodzielnie pianki, ale na szczęście miałem moich niezawodnych kompanów. Gdy ja wiłem się na brudnej podłodze nadbrzeżnego kibla próbując obolałymi dłońmi zerwać z siebie o 3 numery za małą piankę, oni z właściwą sobie swadą nagrywali mnie na liczne kamery i obficie fotografowali. Jeden, kurwa, dla wszystkich, wszyscy na jednego!
Zaczesałem niezgrabnie włosy na bok i wyszedłem już w swoich ciuchach. Koło Audi A4 Avant czekała dziewczyna Puzona.
- I jak?
- 3 razy wstałem.
- Na ile prób?
- …15 – spuściłem wstydliwie wzrok.
Uśmiechnęła się pod nosem, ale widząc mój smutek i rozgoryczenie, odchrząknęła niczym facet, i spluwając na bok zielono i siarczyście rzekła:
- Ciężko dziś. Zimno, deszcz pada i jeszcze ta fala. Poza tym za dużo próbowałeś. W zimnej wodzie nie czuć tak bólu. Na bank zerwałeś jakieś ścięgna lub wiązadła w nadgarstkach.
Mów mi o tym jeszcze – pomyślałem, walcząc metodami buddyjskiej koncentracji z bólem rąk.
- Dziś to jeszcze nic, adrenalina cię znieczula. Ale jutro nie dasz rady sobie w uchu podłubać.
- Eeee… nie z takich opresji się wychodziło – wymusiłem uśmiech, przypominając sobie wstrząs mózgu zaliczony na snowboardzie połączony z powolnym zanikaniem wzroku. To było coś! Te dzisiejsze ponadrywane dłonie to małe miki… Chyba…
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Prułem tak pod wodą niczym delfin, niecierpliwie czekając wynurzenia. Powoli docierało do mnie, że powietrza starczy mi jeszcze na jakieś 100 metrów… kilka sekund raptem. Ale nie puszczę się linki – wystarczająco zbłaźniłem się kilka minut wcześniej, nie mogąc jak człowiek wystartować na wakeboardzie.
- Puść się! – usłyszałem w słuchawkach.
Acha! Niedoczekanie. Wyprostowałem się jeszcze bardziej i dźwięcząc niczym tłusta, nylonowa struna D’Addario, ciąłem wodę zmierzając ku dnu…
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Łatwo się na tym pływa? – spytałem Puzona, przerywając jego kontemplacyjną ocenę pogody.
- Jeździłeś kiedyś już na snowboardzie?
Czy jeździłem? Ja?! Oł kaman! Mam młodszego instruktora, papiery sędziego freestyle’u II kategorii i w swoim dorobku 360 tail grab nad przerażającym gap’em w Trzech Dolinach.
- Na snowboardzie? Nie, nigdy…
Taka strategia będzie lepsza – pomyślałem. Jak mi się nic nie uda, nie będzie wielkiego obciachu, a jak zabłysnę, to wtedy jako kompletny amator wzbudzę powszechny aplauz.
- Nigdy? To i dobrze, bo wakeboarding wiele wspólnego z deską to nie ma. Poza tym, i tak o jeździe będziemy mówić dopiero wtedy, jak wstaniesz z wody.
- Ciężko jest?
- Zależy. Ile ważysz?
- 97 – odparłem czerwieniąc się lekko. Przy moim wzroście i budowie optymalna waga to coś koło 90 kg, ale przecież nie będę się wydurniał i tygodniami na jakiejś papce czy ciemnym pieczywie jechał.
- Plus ze 20 kilo wody, bo ci przez pomyłkę wziąłem tą mała piankę z rozwalonym suwakiem na plecach. Plus spore fale. Plus kask. Łatwo nie będzie…
- Płynąłem kiedyś motorówką na Mazurach – zagaiłem, próbując zejść z tematu mojej wagi – Niewielka była, ale szybka. Pruliśmy 50 km/h i woda wtedy była twarda jak beton. Teraz szybko będę jechał?
- Ustawię komputer na 37 km/h. Najwyżej jak będziesz się przytapiał, dodam kilka.
- To jaka będzie woda – jak beton?
- Beton może i nie. Ale jak żwir, to na pewno.
- A łatwo się wywrócić?
- Wiesz, jak złapiesz przednią krawędź…
- No, spoko… to się zwijam i na główkę walę…
- …jak złapiesz przednią krawędź, to wypadek trwa nanosekundę. Nie zdążysz oczu zamknąć. W jednej chwili z 37 km/h zwalniasz do zera.
Szybko dokonałem pobieżnych obliczeń. Jeśli moja głowa porusza się z prędkością 37 km/h, daje to trochę ponad 10 m/s. Jeśli dzieli ją od wody 1,8 metra (bo dajmy na to, że będę jechał lekko przyczajony), to już po 0,17 s od złapania przedniej krawędzi będę miał łeb pod wodą. O do diaska – naprawdę nie zdążę zamknąć oczu…! Czy jeszcze jest czas, by się wycofać? Spojrzałem w oczy świadka. Zrozumiał mnie bez słów. Kochany Doman – znamy się od zerówki. Nasze dzieci urodziły się w odstępie 3 miesięcy. Któż inny lepiej odczytałby moje niewerbalne sygnały…
- Nie pierdziel, zakładaj piankę – stanowczo rzekł Doman.
No pięknie… Nikomu już nie można ufać…
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

Ja na swoim kawalerskim głównie piłem. Jak czytam ten tekst, to nie żałuje. Następnego dnia byłem już na chodzie… Choć fakt, że najpierw z rańca klęczałem przy porcelanie…
“guess who’s back…
back again”
tak mi od rana ten kawałek Eminema chodzi po głowie – idealnie pasuje do dzisiejszego tekstu!
Jest świetny!
Blogo, takiego Cię zapamiętam :D
Świetne! Po prostu świetne. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.
Wow… Jaki warsztat… Szacun ;)
To miłe, co piszecie… ale nie wypsztykajcie się z pochwał przed drugą częścią. Jest o wiele lepsza…
Widać, że byłeś w szoku, bo dziewczyna Puzona siedziała w A6 Avant.. czyli warto było.
[...] mój pierwszy taki opis „pod kogoś” (swojego wieczoru kawalerskiego nie liczę) i naprawdę nie mogłem się zdecydować, jak to wszystko ująć [...]