#133 Prędkość nie zabija


Opublikowane: 5 September 2008 | Komentarze: 7
Kategoria: [Obyczaje] [Wydarzenia]

Wakeboarding cię utopi!

Prędkość cię utopi! Traciłem już oddech, ale nadal resztkami sił trzymałem się linki. Musieliśmy pruć co najmniej 50 km/h, bo przepływające obok mnie śmiecie (których Zalew Zegrzyński jest pełen), boleśnie mnie obcierały, gdzieniegdzie tnąc piankę niczym nóż.

Omdlewając, lecz wciąż trzymając się linki, w bezwładnym odruchu rozwarłem usta próbując napełnić życiodajnym tlenem piekące płuca. I udało się! Mimo tego, że byłem dobre półtora metra pod wodą, jakimś dziwnym zrządzeniem losu do mych płuc wpadł wielki haust świeżego powietrza. Tak! To dzięki kaskowi. Gdy prułem tak pod wodą na plecach, odstający od mej głowy daszek utrzymywał przy mej twarzy bąbel powietrza. Byłem niczym Pająk Chwat Wszystkich Brat – niezależny pod wodą. Kevin Costner ze skrzelami. Mała Syrenka. Haha! W ten sposób dopłynę za nimi do przystani…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

- Trzymajcie się – powiedział Puzon i energicznie przesunął małą dźwigienkę. Motorówka stanęła dęba i wystrzeliła na środek zalewu niczym czteronapędowe Subaru Impreza na suchutkim tarmac’u.
- Łoooo…! – krzyknęliśmy jak jeden mąż.

A trzeba Wam wiedzieć, jaki bajer był na łodzi tej zainstalowany. Nazywał się: komputer. Tak, tak! Programowało się w nim sport (np. wakeboarding lub monoski), rozmiar sprzętu (XL, L i M) oraz wagę zawodnika (z dokładnością do 5 kg) – a on sam proponował odpowiednią prędkość oraz moc na starcie. I potem wystarczyło tylko wcisnąć jeden guzik, by motorówka z odpowiednią siłą i prędkością wyrwała do przodu, ułatwiając start i utrzymując przez cały czas tę samą szybkość. A miała czym. 310 koni w silniku przepływowym. To ponoć przekłada się na około 600 w zwykłych silnikach śrubowych wieszanych na rufie. Jest czym się na Squashu chwalić…

Ciekawostka – prędkość jazdy na wakeboardzie wynosi od 30-kilku km/h do około 60 w momencie, gdy płyniesz po ukosie z jednej strony motorówki na drugą, wykorzystując napięcie liny do sztucznego nabierania speeda. Szybko? Jak cholera. Ale w przypadku monoski, średnia prędkość przejazdu przez slalom (który nota bene pokonuje się nie na czas a na dokładność przejazdu, więc średnia prędkość każdej łodzi ciągnącej zawodnika musi być identyczna z dokładnością do +/- 0,5 km/h – tego bez komputera nie ma szans utrzymać) wynosi coś około 37,5 km/h, ale momentami dochodzi do… uwaga… 120 km/h przy jeździe na ukos. Wtedy woda nie jest nawet jak beton. Jest jak żelbeton z wystającymi na wierzchu drutami uzbrojenia.

A wracając do rzeczy… Moi kompani siedzieli wygodnie po bokach łodzi odziani w swe modne i ciepłe wdzianka, podczas gdy ja leżąc niezgrabnie na rufie, prężyłem swe otłuszczenia w nazbyt obcisłej piance.
- Ile płyniemy? – spytałem, przekrzykując ryk silnika.
- Trzy dychy – krzyknął Puzon i z gracją wyminął halsującą Omegę.
3 dychy?! Spojrzałem za siebie na pozostawione fale wysokości 2 metrów i sfajdoliłem się w piankę. I ja mam przy większej prędkości po tych falach, tam z tyłu, na tej badziewnej deseczce z tym mizernym mieczykiem pod spodem śmigać niczym ci wszyscy opaleni goście na Extreme TV?! Kto to, do cholery, wymyślił?!!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Powietrze spod kasku skończyło mi się szybciej, niż pierwotnie zakładałem. Znów byłem w sytuacji beznadziejnej – sunąłem na plecach dobre 2 metry pod wodą z prędkością co najmniej 50 km/h. Umrę tu jak nic. No umrę…
- Przyc…khhhhmmm…. brod… khhhhhmmm – zachrzęściło mi w słuchawkach.
I co? Mam tu teraz sobie na luzach, 2 metry pod wodą, analizować ten charkot i dochodzić do konstruktywnych wniosków? Co za badziewny mikrofon!
- Khhhhmmm… oda do kla… khmmm…
Tak, oczywiście, kumam. Yes, Sir! Oda do kla! Przyjąłem. Over. Bez odbioru.
- Weź bro….. khmmmmm… ągnij do kla… khmmm…
Sir! Jest weź bro ągnij do kla! Sir! Nie no, z takim sprzętem to ja tu pierdzielnę na zawał wcześniej niż się zaduszę!
- Khmmm… źbrodę do klatki przycią… khmmmmm
Źbrodę do klatki? Brodę do klatki! Sir! Yes! Sir!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

- Ja poproszę to penne z kurczakiem i sosem śmietanowym – zamówiłem obiad, walcząc jednocześnie pod stołem z drżeniem naderwanych i przemarzniętych dłoni.
- Dasz radę jeść? – spytał świadek Doman.
Spojrzałem na swoje dłonie. Nie byłem w stanie złożyć ich w pięść, nie mówić już o opanowaniu drżenia.
- Nie bardzo. Macie może plaster?
- Czarna izolacja może być? – spytał Jawor.
- Cokolwiek…
Jawor wybiegł, a tymczasem Stopa próbował dopasować mi do wierzchu dłoni sztućce.
- Tak je przykleimy: widelec tutaj do tych dwóch palców, a nóż do tych trzech, żeby się nie kręcił.
- Penne wziąłem. Obskoczę widelcem.
Wrócił Jawor z rolką czarnej izolacji. Nim na stole pojawił się obiad, błyszczący widelec dumnie sterczał mi spod czerni izolacyjnego bandaża. Mogłem jeść. Byłem samowystarczalny. Supehero! Wolverine!! Haha!!!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przyciągnąłem brodę do piersi. Kask niczym płat skrzydeł samolotu nadał memu niedotlenionemu ciału niespotykaną dotąd aerodynamikę. Dotychczasowy poziomy ruch (lekko nawet zstępujący ku dnu) delikatną zmianą kąta ułożenia czachy zamieniłem w ponaddźwiękowy ruch wstępujący – niemalże pionowy. Wychynąwszy z wody pod niebiosa z sykiem napełniłem powietrzem płuca i… z siła tysiąca i jednego konia mechanicznego wygenerowanego przez 16 ton powietrza nade mną i 4 sprężone prądy wietrzne pozostawione przez motorówkę, przygrzałem wyprężonym jak Veyron ciałem w taflę wody. Ogłuszył mnie huk. Odpłynąłem – dosłownie i w przenośni…

Kompani opowiadali mi potem, że w ułamku sekundy wyskoczyłem dobre 3 metry nad wodę, zgrabnie wygiąłem się w łuk, uszu ich dobiegł przeciągły syk zasysanego powietrza, by po sekundzie zamienić się w wychodzący poza rejestry słyszalności plask. Potem linka załopotała luźno na wietrze i odbijając się od fal dryfowała już beze mnie za motorówką…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W drodze do Ice Baru trafił nam się dziw nad dziwy – leżący na dachu Ford Focus. Obok nie było nikogo. Ale zaraz.. chwilunia… w Focusie nadal przypięty pasami do fotela siedział… wisiał w zasadzie… kierowca. Podeszliśmy bliżej, mając nadzieję na przyniesienie pomocy. Zapukałem naderwanymi dłońmi w szybę. Kierowca spojrzał na nas i ją elektrycznie odsunął. Wtedy dopiero zauważyliśmy, że cały czas rozmawiał przez komórkę.
- … poczekaj kochanie na chwilę… – rzekł do telefonu i spojrzał na nas – Mogę w czymś pomóc?
- Yyy…. – zbił mnie trochę z pantałyku, bo dokładnie takie samo pytanie zamierzałem mu zadać. – Bo właśnie, może my możemy Panu w czymś pomóc?
- Mi? Nie, nie trzeba. Przepraszam teraz… – spojrzał na telefon, wymownie przewracając oczyma. – Już jestem Kochanie. Podaj mi jeszcze raz ten numer telefonu do stryjenki. Zaraz do niej zadzwonię i ją przemówię na pojutrze… yhy… poczekaj, gdzieś tu miałem długopis… o, jest na podsufitce… dyktuj proszę. Co? Naprawdę powiedziałem, że długopis jest na podsufitce? Hehehe… Znasz mnie, taki żartowniś jestem. Co? Nie, nic mi się nie stało. Tak. Naprawdę! Dyktuj proszę… acha… 608… dwa-cztery-jeden… acha…

Odeszliśmy. Na ciężki szok nie ma lekarstwa. Wcześniej czy później sam z niego wyjdzie…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

- Żyjesz?! – dobiegło mnie z oddali.
Czy żyję? Pełną piersią, do licha! Skaczę sobie właśnie po pięknie zielonej łące Smalandu, za mną równie radośnie pląsa śliniak Kladd (5szt. za 9,99zł, Katalog IKEA 2009, str.202) a wokół mnie hożo postukuje do rytmu swym opuszczanym blatem stół Leksvig (349,965 zł, Katalog IKEA 2009, str.98). Jest bosko. Żyć nie umierać.

- Otwórz oczy!!! – znów ten irytujący głos. Akurat teraz, gdy gram w pokera na rękawice kuchenne Iris (3,99zł, Katalog IKEA 2009, str.115) z lampą stołową Knubbig (49,99zł, Katalog IKEA 2009, str.313) i mam w ręku karetę trzech Jockerów. To mój dzień!

- Hej! Hu! Patrz na mnie! Patrz na mnie!
Spojrzałem. 3 jockery pomachały mi na pożegnanie. Znów leżałem w łodzi, a wokół mnie pochylała się zgraja moich kompanów z kamerami i aparatami fotograficznymi w dłoniach. O mamo, ja chcę z powrotem na zieloną łąkę Smalandu…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

- Coś wam pokażę – powiedział do nas Junior, wchodząc jako pierwszy w klubowej kurtce do lodowego pomieszczenia Ice Baru.
– Obczajcie te figurki. Zobaczcie, jakie tu są szorstkie, a jakie tu wyślizgane – powiedział i z uśmiechem najpierw dotknął damskiego popiersia w okolicach ramion, przenosząc potem rękę na jego łono.
-Hehehe… Dobre, nie? – lubieżnie się zaśmiał, kierując się do popiersia męskiego.
- Albo obuczajcie to. Tu szorstko – dotknął torsu – a tu elegancko wyślizgane – z nieukrywaną radością położył rękę na lodowym prąciu popiersia.

Jeśli mnie i Juniora ta sama matka urodziła i ten sam ojciec w pakiet genów wyposażył, to chyba postaram się, by od jutra Młody miał w akcie urodzenia wpisane „Rodzice: nieznani”.

A potem tłukliśmy na swoich czołach lodowe kieliszki. Szrama znad oczu na bank nie zejdzie mi do wesela. Na pocieszenie mam to, że świadek Doman świecił będzie obok mnie w USC wielkim siniakiem spod grzywki.


 

- Jak mi poszło? – spytałem.
- Cóż… Wakeboarding średnio. Trochę szkoda, że wcześniej nie miałeś styczności choćby ze snowboardem…
Przełknąłem ślinę w nadziei, że nikt z kompanów nie wyprowadzi Puzona z błędu. Ale… świadek Doman po raz kolejny stanął na wysokości zadania.
- Ja to nie miał?! Ma papiery instruktora! – zawołał.
- Niby tak, ale młodszego… – rozpaczliwie ratowałem sytuację.
- I sędziego freestyle’u!
- Tiaaa, ale tylko II kategorii… – robiłem co mogłem.

Spojrzałem na Puzona. Nie patrzył mi w oczy…
- Cóż… – rzekł po chwili namysłu – Ale przynajmniej wstęp do jazdy na piętach, ten ślizg na plecach… no, tu pokazałeś klasę… Raz chyba tylko ciągnąłem kogoś pod wodą na dłuższym dystansie, ale tamten potem był po klacie prądem traktowany, a ty normalnie po kilku strzałach z liścia w twarz sam się wybudziłeś. Szacun.

Ha! A jednak! Te lata przed Extreme TV zrobiły swoje. Terje Hakonsen. Travis Pastrana. I ja. W jednej linii. Wyczynowcy. Herosi. Bożyszcza.
- Żyć! Nie umierać! – krzyknąłem głośno i nieopatrznie klasnąłem w obolałe dłonie. Przepełniony bólem wrzask niósł się po wodzie daleko… aż na Mazury… a nawet jeszcze dalej…

Wróć do części pierwszej

Tekst opublikowałem dnia 5 September 2008 r., umieściłem w kategorii: [Obyczaje] [Wydarzenia] oraz oznaczyłem tagami:

Jeśli masz ochotę przeczytać coś podobnego, kliknij w wybrany link kategorii lub tagu,
albo po prostu przejrzyj archiwum wszystkich tekstów.


Liczba komentarzy: 7

  1. Foksjusz ( September 5th, 2008 07:21 )

    Dwie rzeczy:
    1. Utopić kogoś -> zabić kogoś.
    2. Kask + daszek + broda do klatki + daszek nachylony w dół -> większa prędkość schodzenia pod wodę.

  2. tommi ( September 5th, 2008 08:33 )

    Ale Blogo nogami do tyłu płynął, chyba…
    “Rozpędzasz się na plecach a potem jak żółw się przekręcasz i wstajesz na pięty”

    Tak ja to sobie wyobrażam…

  3. Blogomotive ( September 5th, 2008 09:09 )

    @Foksjusz & Tommi: Dajcie sobie spokój z tą łamigłówką. To znany wszystkim marinistom od lat paradoks, próbujący empirycznie dookreślić zależności pomiędzy wgniatającym w głębiny daszkiem a siłą wyporności kapoku. Tęższe od Waszych umysły wyprostowały sobie na tym dylemacie płaty czołowe, więc oszczędźcie sobie trudu ;-)

  4. chakier ( September 5th, 2008 17:33 )

    W kwestii formalnej: nie ,,tarmac’u” tylko ,,tarmacu”. Pojedynczym apostrofem rozdzielamy *tylko* samogłoski:
    Chakier -> Chakieru
    Leniuch -> Leniuchu
    Blogomotive -> Blogomotive’u

    Ufff… No. Lepiej się poczułem ;)

  5. Blogomotive ( September 5th, 2008 18:01 )

    @Chakier: Takiś mądry i poprawny, a “gap’em” nie zauważyłeś… I co, zatkao-kakao? ;-)

  6. Jaom ( September 5th, 2008 20:33 )

    Zatkało, anie zatkao, jeśli już chcemy być tacy poprawni. Wogle to nie mauo jest takih gupih buenduw we int3rnecie. Ci lódzie na pefno nie mogom muwić o sobie “Poshuem na stódia”. :D:D
    I wogle to rzułf, óżentnik i fzhut!

  7. chakier ( September 6th, 2008 10:34 )

    @Blogomotive: *Prych*. Ja nie zauważyłem? Ja?!
    Oczywiście, że zauważyłem. Hehe. I co teraz? Nie spodziewaliśmy się takiej błyskotliwej riposty, co?



Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!