#135 Auto Arystokracja 2008/3

Najpierw wokół mnie panowała cisza absolutna. Potem usłyszałem pierwsze głosy. Gdzieś obok, niedaleko… świat stawał się coraz głośniejszy. Zacząłem rozpoznawać pojedyncze słowa. Powoli łączyłem je w zwroty, te zaś w zaczątki zdań. Orzeczenie, podmiot, dopełnienie, epitet… powoli składałem je w głowie do kupy… „Chciał go zjeść… Prawie go połknął… Ludożerca…” – słowa rozumiałem, sensu nie łapałem ni-w-ząb… O kurcze! Ja krążę gdzieś w górze, nad tym całym zamieszaniem, nad moim ciałem… wolny i lekki… czyżbym już miał odłożyć łyżkę?
Pomyślałem sobie, że skoro już jestem transparentny i sobie latam, to tę chwilkę czasu, jaki pozostał mi do końca reanimacji (Bo przecież to zrobią, prawda? To tylko blog, taka bajka… w bajkach nikt nie umiera, prawda?), wykorzystam na obczajenie tych wszystkich bryczek.
Zawinąłem skrzydła i zleciałem wprost do Bentley’a. Przez dach. W obecnym stanie to normalka. Niewidoczny usiadłem za kółkiem. Uuu… ja pikole! Cóż za wykończenie! Nie wiem, czy dacie mi wiarę, ale nawet sięgając głęboko pod deskę rozdzielczą, tam gdzie w podłogę wchodzą pedały – jedyne na co się natkniecie, to mięciutki welur lub jakiś idealnie wygładzony metal. Skupiłem się i wsadziłem swą efemeryczną dłoń w głąb deski rozdzielczej. O! Kabelki! Ale, ale… nawet one nie są powleczone zwykłą izolacją, a czymś na kształt meszku. Wszystko, ale to wszystko jest tak cholernie doskonałe i stylowe, że dech zapiera. Nie dałbym rady tym autem jeździć – udusiłbym się od tego zaparcia nim bym z parkingu wyjechał…

A tak poza tym, to prześliczne auto. Szefowie Mercedesa musieli być pod wpływem, że dały zgodę na produkcję Maybacha. Tak, zdecydowanie albo byli nawaleni piwem i mieli gazy po kiełbasie, albo nigdy wcześniej na oczy Bentley’a nie widzieli. Bezdyskusyjne miejsce w garażu marzeń.

W namiocie nieopodal prężyły się przezgrabne modelki. Wiły się, muskając swymi krągłościami czarno-różowego Mini Clubmana Agent Provocateur – taki gadżecik zrobiony na jakiś zagraniczny pokaz mega wyuzdanej bielizny. Już miałem do niego wsiąść, przeniknąwszy uprzednio przez dach, gdy rozległ się męski, basowy wrzask:
- Duch!!! Mam ducha!!! Patrzcie!
Rozejrzałem się nerwowo. „Co do cholery, przecież jestem niewidzialny?!” Zgromadzeni przed wejściem do namiotu faceci (głównie bez szyi i w eleganckich dresach), wpatrywali się nieruchomo w telefon tego, co wrzasku narobił. Jasne! Pstrykał fotki panienkom i mnie uwiecznił. Czasami się zdarza – czytałem o tym. Cóż… nic tu po mnie. Ulatniam się…

Do Fiata 500 Abarth kompletnie się nie zmieściłem. Ma zwiewna noga wystawała na zewnątrz nadkolem, grzywka wietrzyła się ponad dachem a ramiona rozpierały się za szybą. Oczywiście – to śliczne auto. Ale nie jest, jak wielu z Was by chciało, konkurentem dla Mini. Ten Fiat jest ładny i z zewnątrz, i w środku – ale nie wyobrażam sobie, by można się było w nim rozsmakować. Materiały wykończeniowe są przeciętne i jakieś takie z Seicento, pozycja za kółkiem jak w starym Twingo a fotele w fazie projektowania nigdy nie widziały ludzkich pleców. Mini wszystko ma lepsze. Dlatego jest droższe i kultowe. 500-tka zaś dziś jest fajna, a jutro ją po prostu przestaną produkować. I będzie koniec pieśni.
Oh yes! That’s right! Alleluja! Czyżby najlepsze auto imprezy? Jakie „czyżby”! Na bank najlepsze! Panie i Panowie, oto nowy lider segmentu – Honda Accord. Brawa!

Nie wiem, od czego zacząć. Co jako pierwsze wychwalać pod niebiosa. Czy świetną kierownicę leżącą w dłoniach lepiej niż niejedna z Audi i BMW? Czy stojące prawie na ziemi fotele pozwalające ledwo z auta wyglądać? Czy świetnie zaprojektowaną deskę rozdzielczą? Czy genialny joystick zmiany biegów? A może piękny przód? Nie, lepiej chyba świetny tył, prawda? Ale, ale… nie zapominajmy o rewelacyjnym profilu! Nie przekonani? Na koniec dla niedowiarków i malkontentów zostawiłem hit – zegary. Czegoś takiego nawet w Lexusie nie widzieliście! Śliczne. Nowoczesne. Z bajeranckimi wskazówkami. Czujecie to? Czujecie?! Wreszcie Honda jest tym, czym być powinna. Wreszcie wzbudza pożądanie. Wreszcie konkuruje z BMW 3! Brawa!
Ale nigdy już więcej do nowej Hondy Accord nie wsiądę. Chcę, by te pierwsze wrażenia pozostały niezmącone drugim kontaktem. Chcę wierzyć, że jest tak doskonała, jak mi się właśnie objawiła. Cóż za emocje! Niech trwają…

Na swoje nieszczęście obok stał Lancer Evo X. Nawet w swej jakże radykalnej wersji przy nowym Accordzie wyglądał jak efekt domowego tuningu sprzedawcy aut ze Słomczyna. Niby jest agresja, ale te wszystkie kanty, łączenia blach, wgięcia i załamania wyglądają jakoś roboczo. Patrząc na nowego Lancera widzę auto, które na gwałt potrzebuje liftingu. Pewnie za 3 lata, jak wygładzą i zmienią kilkaset detali, będzie ładnym i zadziornym wozem.
No i jeszcze to wnętrze. Zobaczcie sami jak świetnie wygląda na zdjęciach. Czyż nie jest ładne, sportowe i ekskluzywne? Jest… na zdjęciach-li tylko. Kierownica w dotyku przypomina obsypany mąką trzonek od ubijaka do mięsa. Plastiki deski rozdzielczej zaczynają skrzypieć i się rysować jeszcze nim ich dotkniesz. Na ekranie nawigacji (czy czegoś tam innego – na bank w opcji za trylion złotych) widać tylko ślady paluchów i kurz. Fotele są tak kubełkowe, że zmieścić się w nich może tylko dmuchana lalka z sex shopu – i to po uprzednim spuszczeniu połowy powietrza. OK – są ciasne, bo są sportowe. I nie mają prawie żadnej regulacji, bo są sportowe. I zrobiono je z dermy (w katalogu zwanej skórą) zapewne dlatego, że są sportowe. A po co są sportowe? A po to, by gwarantować świetnie sportową pozycję za kierownicą. Inaczej być nie może… No, chyba że kierownica reguluje się tylko góra-dół. Więc albo jedziesz na pierdołę trzymając brodę 30 cm od poduszki powietrznej, albo na patyczaka ledwo sięgając do kierownicy. Cóż za kretyn za to odpowiada, się pytam?!

Na poprawę nastroju – wziuuu… przez tylną szybę wleciałem do Audi TT-S. Taki fotel, to jest fotel, ja rozumiem. Ale zaraz, chwileczkę?! Cóż do cholery znaczy ten badziewny plastik na konsoli środkowej?! A to plastikowe próchno przy klamkach?! Ooo… widzę, że Audi popełnia ten sam błąd, co kilka japońskich marek parę lat temu. Wydawało się takiej Toyocie i Hondzie, że mają już tak ugruntowaną pozycję, że mogą sobie pozwolić na oszczędności, a i tak nikt nie zauważy. I powstał taki Auris pełen uginającego się plastiku, który porysować można nawet kolanem w sztruksowe portki odzianym. I powstał taki Civic poprzedniej generacji, który fotele miał obite podszewką garniturową a wieniec kierownicy z izolowanego kabla zrobiony. I się chłopaki z Japonii przejechali… Honda się opamiętała (Nowy Accord… uhmmm… wy już wiecie, co o nim myślę; a nowy Civic brzydki jest jak noc, ale przynajmniej inny), Toyota zaś pewnie wkrótce to zrobi. A Audi, cóż… wszyscy przecież wiedzą, jak solidne i perfekcyjnie wykończone są ich wnętrza. Nawet jeśli ktoś zauważy te niedoróbki, to i tak nie uwierzy. Też mi strategia.

No wiary mi nie dacie… jak bonie-dydy. Mianowicie – Lamborghini Gallardo jest mniejsze w środku od Fiata 500! A skoro tak, to pewnie zostało zbudowane na płycie podłogowej Seicento. Chmmm… co w sumie nie dziwi – Seicento było wdzięcznym autem i równie wdzięcznie się prowadziło. Dokładnie jak Gallardo. No i ten żółty kolor – żywcem z SC Sporting wzięty…

Mi-To. Milano-Torino. Głupszą nazwę ciężko wymyśleć. Ups, chwileczkę, mam głupszą: Ra-Kiel. Od Radomia i Kielc. A na dokładkę jeszcze te brednie, jakoby przód tego malucha na bazie Punto postawionego, miał nawiązywać do prześlicznej, genialnej i prze-proporcjonalnej Alfy 8C Competizione. No litości… Ale uroku i takiego dziewczyńskiego szyku tej małej Alfie odmówić nie można. Obleciałem ją wokoło i muszę przyznać, że prezentuje się nienagannie. Obawiam się jednak, że mimo fajnego design – na ulicy wyglądać będzie jak wściekły wielkanocny kurczaczek.. prych… prych… mam 60 koni i jestem bardzo zła!
Wleciałem do środku i… miłe zaskoczenie. Fajny kształt deski i niezłe materiały… jak na Punto. OK, dosyć naigrywania się. Wiem, że niejeden z Was (niejedna?) za to auto zjadłby ekologiczną torbę z Reala… Śmiało!
A cóż tam za poruszenie? Po co ten tłum się zbiera? Czyżby to już? Żerbowski wsiadł i będzie wyjeżdżał? Lecę… lecz jakoś nie mogę…
- Nieeeee….!!! – zawyłem z głębi krtani – Nie teraz!!!
Poczułem, że się krztuszę. Że mi w piersiach coś wali. Że zapadnięte płuca łapią niewielkie hausty powietrza. Dlaczego właśnie teraz?!
Resztką mych zanikających anielskich mocy doleciałem do ekipy ratunkowej, której coraz lepiej wychodziła reanimacja mego klinicznie martwego ciała. Rzuciłem się na nich i ich odpychałem, tłukłem i lałem czym tylko mogłem. Przerażeni kładli się pokotem, rozrzucani niewidzialną mocą. Rozglądali się wokół wytrzeszczonymi oczyma szukając przeciwnika. A ja ich lałem i szturchałem. I waliłem. I ciąłem niczym osa.
Padał zimny deszcz. Wiał zimny wiatr. Wytrzymam jeszcze chwilę w śmierci klinicznej. Warto zaryzykować – tyle aut do oblukania… Polatam, pooceniam, poopisuję – niech wreszcie ten blog będzie o samochodach, a nie o przygodach kolorofona, co zdania bez ubarwiania (i bez rymu) napisać nie umie…
Nawigacja dla zagubionych:
- część pierwsza,
- część druga,
- to jest część trzecia
- część czwarta wkrótce…
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

kurde, Rafał – normalny facet, to by wykorzystał ten czas kiedy byłeś w śmierci klinicznej, do tego, żeby te dziewzyny tam wszystkie poznać, a nie samochody. Gejówke lekką odstawiłeś
Swietny artykul. pozdrawiam i zapraszam do siebie.
@Marcin: Święte słowa. Mi od razu do głowy wpadło, żeby babeczkami się zająć. A ten w kółko o samochodach…
No wszystko jak zwykle pięknie, a ja się zawsze zastanawiałem jak robić fotki będąc poza ciałem – tu wreszcie widzę jak ktoś tego dokonał… Zdradź sekret! ;)
hehe, no cos w tym wątku o dziewczynach jest. Blogo przeciez napisał o namiocie nieopodal którego prężyły się przezgrabne modelki, które wiły się, muskając swymi krągłościami czarno-różowego Mini Clubmana Agent Provocateur.
Jakas wzmianka o dziewczynach więc jest :P
Omawiane tu auta sa spoko, tylko MiTo nie daje mi spokoju. 49900 zł za tego malucha z silnikiem 1.4 78KM i obutego w stalowe koła z kołpakami? :/
Osiagi bardziej odpowiednie do wizerunku auta da wersja 1.4 TB 16V 155 KM, ale ta w wersji Progression kosztuje 67900 zł, a w lepszej Distinctive aż 72900 zł. 72900??? Za takie auto ?!?! Przecież za te pieniądze można już spokojnie kupić używane Audi RS4 B5 !!!
ps. Mini tez do mnie jakos nie przemawia, ale nie bede się juz go czepiał
Jak dla mnie nowa Honda Accord wygląda jak stara Honda Accord, tylko przytyła i odwiedziła chirurga plastycznego ;-) Ale wnętrze ma doprawdy fenomenalne… Szkoda, że pięknej Maździe 6 tego brakuje.