#137 Prem7erowe dzielenie 1/5


Wtorkowy wieczór nie zapowiadał się specjalnie atrakcyjnie – dochodziła 19:00 i jedyne, co miałem w planach (poza faktycznie oczekiwanym nocnym seansem Dextera), to uruchomić zmywarkę, wymienić żarówkę w kuchennym pochłaniaczu i wyrzucić śmieci. Wzułem na nogi pierwszy lepszy obuw, który się pod rękę nawinął, na poplamiony tiszercik zarzuciłem wiatróweczkę i stojąc w progu z pełną nieposegregowanych odpadków reklamówką typu Auchan w ręku, rzuciłem półgębkiem w kierunku Ryby, że idę ze śmieciami. Okrzyknęła, bym szybko wracał. Taki nasz rodzinny żarcik – do śmietnika mam 10 kroków, jakże mógłbym nie wrócić szybko…?!

Pod klatką jednak, zamiast miejscowych chlorów żebrzących o 2 złote, stał Znajomy PR-owiec i z zakłopotana miną prztykał coś w domofonie. Widząc mnie wychodzącego zza węgła, uśmiechnął się i odsunął od drzwi. Wyszedłem, z zaskoczeniem ściskając wyciągniętą w mym kierunku dłoń.
- Idealny timing – rzekł uśmiechnięty i gestem dłoni zaprosił mnie do stojącej u dołu schodów taksówki.
- Ale tak, teraz, z biegu…? – dukałem coś pod nosem, nie mogąc wyjść z zaskoczenia. Co on tu robi? O co mu chodzi? Coś przeoczyłem?

- Już, już, już, szybciutko – wystrzelił ponagleniami i stanowczo podtrzymując mnie za łokieć, sprowadził wprost w otwarte drzwi taryfy.
- Szybko, szybko, szybko – niczym amerykański policjant złapał mnie za głowę i zdecydowanym ruchem umieścił w środku. Sam zajął miejsce z przodu przede mną i rzuciwszy zdawkowe „ruszamy”, odwrócił się do mnie z uśmiechem.
- Nie możemy się spóźnić, to ważne wydarzenie – rzekł, omiatając mnie wzrokiem – Niezbyt stosowny strój, ale wiem, znam to i rozumiem – osoba publiczna może sobie na pewne rzeczy pozwolić, ekstrawagancja jak najbardziej pożądana… nie to co my, zwykli śmiertelnicy – mówiąc to poprawił wymownie swój elegancki krawat i strzepał niewidzialny kurz z klap wykwintnego smokingu.

Spojrzałem na siebie: krótkie, ręcznie obcięte sztruksiki, przypadkowe buty, zalepiony śpiochami tiszert i jakaś mdła wiatróweczka z Decathlonu. No a w ręku…
- Ooo, mogliśmy Pana torbę schować do bagażnika – rzekł Znajomy PR-owiec, wskazując ruchem głowy na pękata reklamówkę typu Auchan.
- Niech zostanie – bąknąłem, przesuwając ją w najbardziej zacienione miejsce tylnej kanapy.

Rozejrzałem się wokoło – chyba jechaliśmy gdzieś w kierunku Wisły. Ale gdzie, po co i dlaczego dziś…? Głupio było spytać wprost, więc rozpocząłem lawirowanie.
- Widzę, że jedziemy w kierunku Wisły – zagaiłem. – Tak się zastanawiam, dlaczego to dzisiejsze… chmmm… wydarzenie odbywa się właśnie TAM. To znaczy… ja wiem, że TAM… oczywiście wiem również, JAKIE to wydarzenie, ale zastanawiam się, dlaczego nie gdzieś indziej, bo wiem Pan… chmmm… Wisła i te skojarzenia… klasa czystości… a TO wydarzenie to przecież jest… yyy… – zabrnąłem gdzieś w ślepy zaułek.
- Ale Pan nie zapomniał, prawda? – spytał podejrzliwie Znajomy PR-owiec.
- Nie, czemu, skąd ten wniosek…
- Strasznie Pan lawiruje…
- Tak…?

Zamilkliśmy na chwilę. Za oknem widziałem sznur eleganckich limuzyn – każda warta co najmniej połowę mojego mieszkania. I każda jechała w tym samym kierunku co my. Kurde balans – mam nieźle przesrane.
- No raczej…
- Słucham? – spytałem nerwowo, gdyż wydało mi się, iż Znajomy PR-owiec polemizuje z moimi myślami.
- No raczej, mówię… no raczej, w sensie że Pan lawiruje…
Uff. Jednak nie czyta w moich myślach. Co za ulga. Teraz mogę spokojnie się rozsiąść w tych swoich łachach i z torbą pełną śmieci i jechać… yyy… TAM, gdzie jedziemy. No co za ulga!

- A wiem Pan – zagaił Znajomy PR-owiec – rozmawiałem z wieloma ludźmi z branży na temat Pańskiego bloga i wszyscy są zgodni co do jednej kwestii…
- O? To ciekawe…
- Bo w gruncie rzeczy blog ma być rozrywką, takim wytchnieniem od codzienności, prawda?
- I…?
- Sam Pan przecież wie, jak trudno dziś człowiekowi skupić uwagę na jednej rzeczy dłużej niż przez kilka chwil, prawda?
- Mhhh… mógłby Pan powtórzyć? – ocknąłem się z zamyślenia. Zupełnie odpłynąłem… mówił tak łagodnie, rytmicznie i monotonnie… – Przepraszam, zamyśliłem się, ale już jestem z powrotem.

- Mówię, że dziś trudno człowiekowi zbyt długo się nad czymś skupiać. Każdy chce mieć wszystko szybko, już, zaraz… wstęp i od razu puenta. Bez rozwinięć, opisów przyrody i dygresji.
- Nie bardzo rozumiem…? – nie bardzo rozumiałem.
- Chciałem przez to powiedzieć, że… oczywiście jestem zarówno ja, jak i wszyscy moi znajomi zdania, że pisze Pan doskonale… tyle że posty są zbyt długie. Za długie, by przeczytać w pracy przy kawie, zbyt nużące, by w domu późnym wieczorem się w nie wgłębić…
- Co Pan radzi? – spytałem, czując co się święci…
- Niech Pan pisze, jak Pan pisał. Ale dzielić to trzeba na części… na krótkie części…
- Że niby jak? To samo, ale poszatkowane? – jakoś mi to nie leżało – To się spodoba? Ludzie to kupią?
- Na bank! – przytaknął pewnie. – Rozmawiałem ze specjalistami. Wzbudzi Pan w czytelnikach niezdrowe emocje, a to już coś! Czytał Pan Browna? On ma w książce 300 stron i 40 rozdziałów. Ledwo się akcja rozkręca a tu sru – nowy rozdział. Czy ludzie to lubią? Panie, miliony książek sprzedanych i drugi film na ekrany zaraz wchodzi. Takie szatkowanie to teraz hit! Top topów!
- No to czyli jak to robić? – spytałem, przytłoczony rzeczową argumentacją.
- Proste! 3 akapity i sru – koniec postu. Niech komentują i się doczekać nie mogą. A za dzień, dwa znów parę akapitów, zaczątek akcji i sru – ciąg dalszy nastąpi. Trzeba się uczyć od najlepszych. Rozumie Pan?
- Rozumiem.
- No to co, jak będzie?
- Chmmm… cóż, skoro tak…no to sru!

. . . . . . .

To jest część 1 | cz.2 | cz.3 | cz.4 | cz.5




Wpis opublikowany dnia 10.11.2008
Kategoria: BMW, Wydarzenia | Tagi: ,
Subskrybuj kanał RSS lub otrzymuj info o nowych wpisach mailem.



Liczba komentarzy: 6

  1. Ostry ( November 10th, 2008 18:22 )

    Nie mogę się doczekać następnej części :O

  2. leniuch102 ( November 11th, 2008 17:02 )

    Fajny post, obrazowy i nie za gęsty.
    “Czytał Pan Browna?”
    He, książki Browna (Dana) są jak ruchy Browna – bez sensu.
    Np: “Wpatrywało się w nią z podłogi orzechowe oko, rzucone tam jak śmieć. Wszędzie rozpoznałaby ten orzechowy odcień”
    albo
    “Hatha-joga? – zamyślił się Langdon. Starożytna buddyjska sztuka medytacji połączonej z ćwiczeniami fizycznymi wydała mu się dziwną specjalnością fizyka, który w dodatku był adoptowanym dzieckiem katolickiego księdza”
    O Danie Brownie mógłbym długo przeklepałem sobie co lepsze kawałki do bloga :-).
    Nie idź tą drogą.

  3. projekty kuchni ( November 12th, 2008 20:27 )

    fajny blog, dawno nic tak fajnego nie czytałam:)

  4. Marcin ( November 12th, 2008 22:04 )

    niezle, ale ciagle za dlugie

  5. ambisia ( November 12th, 2008 22:12 )

    Brawo!!!
    Piję sobie herbatkę z rumem, a mój legalny mąż zagaja, przeczytać Ci …
    to czytaj…
    I jakie jest moje radosne zdziwienie…wszystko zrozumiałam / nie było nic o super-brykach/

    zacięcia w cięciu bloga życzę

    pozdrowienia dla Ryby ;)))

  6. Blogomotive ( November 12th, 2008 22:55 )

    @Leniuch102: Zgoda. Jest megalomanem, narcyzem i wikipedystą. Ale co by nie mówić, każdą jego książkę łyknąłem w 1 noc.

    @Marcin: Do cholery, to jest blog a nie zbiór SMS-ów!

    BTW: Panowie, nie róbmy już z bloga szoferki TIRowca – wygląda na to, że pod ksywkami “projekty kuchni” oraz “ambisia” kryją się najprawdziwsze kobiety. A zatem kulturka, wyczucie i sawuar-wiwr!



Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!









Polecam: Części do aut amerykańskich