#138 Pomocna dłoń


Jakiś czas temu, gdy WordPress wpienił mnie podczas upgrade’u, poddałem się i rzucając rękawicą na oślep trafiłem Marcina w… chyba w mordę po prostu. Otrząsnął się, przestał płakać i… podniósł ją z ziemi. Znaczy się – postanowił mi pomóc.

Gdy Marcin zwany Gurthgiem dłubał mi w serwerze, ja lekko zepsułem służbowe auto, kompletnie zniszczyłem służbowego laptopa, złapałem przeziębienie a zmieniając firmowego operatora komórkowego (z zachowaniem poprzedniego numeru) na tydzień rozstałem się z zasięgiem GSM. Znalazłem mimo wszystko czas na to, by rozpuścić wici i co nieco się o Marcinie dowiedzieć – gdzie mieszka, co lubi i dlaczego już z początkiem października zakłada kalesony. Pobieżny research wykazał, że generalnie Marcin jest OK, więc w ramach podziękowania za postawienie bloga na nogi (za kompletne friko!) postanowiłem go odwiedzić – ja, znany, poważany i rozpoznawany na ulicy bloger odwiedzę jego – człowieka …. chmmm… jakby to ująć, by nikogo nie urazić… człowieka rozpoznawanego wyłącznie przez członków najbliższej rodziny… a i to ponoć tylko w dobrym świetle i nie zawsze…

[EDIT: Pierwotnie, tak właśnie miał zaczynać się ten tekst. Wymyśliłem sobie, że w ramach podziękowania obśmieję Marcina i będziemy kwita. Potem długo nie pisałem i dziś, gdy zasiadłem do klawiatury i przeczytałem poczynione kiedyś tam zaczynki posta zrozumiałem, jak bardzo bym go skrzywdził… Lecz niestety, nie mam pomysłu na inny tekst, więc pojedziemy dalej z tym starym koksem. Jak będzie za ostro, złagodzę to komentarzami – takimi jak ten – kursywą.]

Wykorzystując me rozległe znajomości wypożyczyłem na dzień odwiedzin samochód, o którym (jak dowiedzieli się moi informatorzy) Marcin śni nocami. Postanowiłem podjechać nim, pokazać mu go z daleka i… odjechać, nim zdąży się doń zbliżyć. Plan był taki, by potem schować się za krzakami i patrzeć, jak szybko jego ślina złączy mu usta z ziemią cienkim jak babie lato strumykiem plwocin. A potem wiadomo – kamerka, youtube, wieczna sława.

[EDIT: No sam nie wiem… czy to fair jest za dobry uczynek odpłacać złym? Tak to kiedyś widziałem, ten tekst… dziś już bym tak nie napisał, za wiele we mnie przedświątecznej empatii… Ale napisać coś wypada, a innego pomysłu nie mam, więc… jedźmy dalej z tym starym koksem.]

Marcin nocami śni o Mercedesie 300SL Gullwing. To unikat, za który dziś zblazowani kolekcjonerzy z facjatą większą nawet od Jay’a Leno skłonni są zapłacić kwintylion euro. W zdobyciu go pomogła mi stara znajoma – pamiętacie tę dziewczynę w czerwieni, która ponętnie prężyła się na nawoskowanej masce Fiata 500? No właśnie, miała wobec mnie dług – pokazałem ja na dwóch fotkach i od razu dostała sesję w Playboy’u.

To właśnie jej ojciec, wybitny aktor i restaurator starych Mercedesów (albo odwrotnie, aktor i wybitny restaurator Mercedesów… a może tylko restaurator? W każdym bądź razie, na pewno niedoszły Robert Janowski…) skontaktował mnie z kimś, kto skontaktował mnie z kimś innym, kto z kolei powiedział, że on owszem może, ale w tym terminie to lepiej będzie zagadać z kimś tam innym i ten ktoś innym powiedział, że spoko i że dla mnie (nie wiem tylko, czemu mówił do mnie per „Chomik”?) to on jak najbardziej, czemu nie… I tak oto jechałem ostrożnie tym cackiem wartym zylion euro w kierunku Naborowa koło Kamienicy w powiecie Płońskim… swoją drogą, dam sobie głowę uciąć, że ta „miejscowość” to maksymalnie 15 dymów. Chmmm… zastanawiam się, czy Wy dalibyście kluczyki do swego cacka komuś z takiej pipidówy? Bo ja dałem hasła do bloga, FTP i cholera wie, do czego jeszcze. Niby wszystko jest OK, ale od dość dawna czeki z AdSense do mnie nie docierają. Czyżbym podał zły adres? A może to… nie, nie, nie… obowiązuje przecież domniemanie niewinności, za rękę Marcina nie złapałem…


 

[EDIT: Dziś wiem, że Marcin nic mi nie popsuł (jeszcze!) i wszystko jest OK, i posądzanie go o takie machloje z dzisiejszej perspektywy jest lekką przesadą, ale cóż… brak mi dziś weny, by to inaczej przedstawić. Tak mi się to wtedy jakoś ładnie ujęło w słowa, że szkoda zmieniać, niech już zostanie…]

Jestem zdania, że każdy współcześnie wyprodukowany samochód – choćby i Kia Magentis – jest o trzy klasy lepszy w prowadzeniu, bardziej niezawodny i o niebo wygodniejszy niż nawet największe cacko wypuszczone w latach 50-tych. Tak to już jest – wszak kiedyś pod hasłem ergonomia rozumiano kierownicę, która na ogół dawała się obracać, klamki w drzwiach niekaleczące dłoni i fotele zapobiegające fiknięciu w tył podczas wjazdu na wzniesienie. Kiedyś za szczyt sportowego sznytu uznawano zawieszenie, które pozwalało zawrócić autem na parkingu bez wpadania w niepotrzebny poślizg. Szczytem bezpieczeństwa biernego była tak skonstruowana strefa zgniotu, że wspierana ciałem kierowcy pozwalała na to, by ze zderzenia czołowego z drewnianym płotem bez najmniejszego szwanku wyszedł… tylny zderzak i uchwyt klapy bagażnika. Kierowca, o ile jakimś cudem nie wyleciał z auta, chowany był razem z kawałkiem fotela i fragmentem kolumny kierowniczej.

Tak samo jak Wy, zachwycam się designem amerykańskich Muscle Cars. Mnie również przechodzą ciary po plecach, gdy koło mnie przejedzie jakiś yellow cab Lincoln albo Ford z niewysilonym small blockiem o pojemności połowy wanny. Sęk w tym, że dziś te samochody nie oferują nic poza wydumanymi emocjami i wspomnieniami. Kontakt z wnętrzem i codziennymi uciążliwościami podczas zwykłej jazdy na wprost wszystko rujnuje. Taki sam był ten Mercedes 300SL – ludzie mi na drodze machali, uśmiechali się do mnie i robili fotki. Ja oczywiście odwzajemniałem uśmiechy i w geście przyjaźni pozdrawiałem ich wierzchem dłoni, cierpiąc jednocześnie niewyobrażalne katusze na zbyt małym fotelu, który na bank wyprofilowany został na wzór kręgosłupa jakiegoś porażonego-mózgowo pokurcza.

Przy 60 km/h ledwo trafiałem autem w asfalt. Przez zakręty, dla bezpieczeństwa, go przepychałem. A piękny dźwięk silnika zagłuszało mi wnętrze – skrzypiąc, pierdząc i stękając na byle nierówności. Gdybym w czasach świetności tego Merca pojawił się w Stuttgarcie Polonezem, uczylibyście się dziś o mnie w szkołach, a EMPiK wydałby właśnie na święta album z historycznymi, przełomowymi szkicami rozwiązań technicznych Poldona.

W końcu dojechałem i z bezpieczną prędkością 3 km/h wziąłem ostry zakręt wtaczając się na drogę dojazdową do domu Marcina. Wjazd na podjazd nie był łatwy, bo grzęznąc w błocie musiałem ominąć rozrzucone na posesji wozy: Passata rocznik 96 w kombiaku (pewnie zajumany na części), Mercedesa C220 również z 96 i również w kombiaku (a więc tak się wozi lokalna mafia?) oraz coś kompletnie bezkształtnego i niemożliwego do rozpoznania… zaraz… to chyba… tak, Nissan Sunny rocznik 91. Proszę, proszę – tyle lat, a nazwa modelu na lekko przekrzywionej czarnej plakietce nadal jest czytelna.

Ale co by o Marcinie złego nie mówić, a można wiele, jedno ma fajne – kominy. Normalnie ma dom ze sportowym wydechem – dwa spore ujścia spalin, to robi wrażenie. Dyskretny tuning – to lubimy, prawda? Jeden zgrzyt – te wsporniki na ganku… Jestem zdania, że jeśli już zakładać rozpórki, to jakieś markowe w fajnych kolorach, a nie takie zwykłe szare ochlapusy…

[EDIT: Przypieprzać się do faceta za jego kalesony to jedno, a wyśmiewać jego dom to drugie. Za pierwsze twardziel się co najwyżej obrazi. Za drugie twardziel pierdzielnie w maskę. Sporo ryzykuję, publikując to dziś. Ale zaraz, chwilunia… kto powiedział, że Marcin to twardziel?]

Zatrąbiłem. Marcin wyjrzał przez okno – wyglądał dokładnie tak, jak opisali mi go moi informatorzy – był ludzkim odpowiednikiem Nissana Sunny… tyle, że w oliwkowych kalesonach wyciągniętych trochę za bardzo ponad spodnie…

[EDIT: Tu mój pierwotny tekst się urywa – zbrakło mi wtedy weny i chęci, do pisania. Pamiętam, że w zamian za darmową i mega profesjonalną pomoc postanowiłem sprawdzić, jak wielkie pokłady dystansu do swojej osoby drzemią w Marcinie. Pamiętam też, że miałem coś napisać o jego glutach, szerzej przedstawić wam jego kalesony i nadmienić coś o tym sczerniałym palcu u nogi, który przytłukł sobie jesienią. Chciałem barwnie opisać moment, w którym podawał mi rękę na powitanie, a z kieszeni spodni wypadło mu puste opakowanie po Panadolu w czopkach. Planowałem obrazić jego żonę, śmiać się z jego dzieci i nanieść mu błota na dywanik w łazience. Niestety… a może i stety, nic nie napisałem. A dziś, jak już wspominałem, nie mam weny do takich form literackich…]

Koniec i kropka.

[EDIT: Albo przez wgląd na fakt, iż Marcin nadal ma dostęp do bloga, serwera i Bóg wie czego jeszcze (ostatnio notorycznie giną mi parówki z lodówki!), zakończę jakimś miłym akcentem.]

Chmmm… Marcinie (że tak zacznę oficjalnie)… wykonałeś ogrom wspaniałej pracy… wszystko gra… polecam Cię wszystkim w potrzebie… umiesz coś tam coś tam… jakby co, szrajbnę ci referencje… wielkie senk ju i pamiętaj – dobre kalesony, to kalesony CZĘŚCIEJ zmieniane!


 




Wpis opublikowany dnia 23.12.2008
Kategoria: Mercedes, [Porady] | Tagi: , ,
Subskrybuj kanał RSS lub otrzymuj info o nowych wpisach mailem.



Liczba komentarzy: 6

  1. Marcin ( December 23rd, 2008 11:48 )

    w zyciu ci w niczym nie pomogę – żebyś mnie potem publicznie zeszmacał :)

  2. leniuch102 ( December 23rd, 2008 13:12 )

    czad chałupa.
    keramzyt?

  3. Łycha ( December 23rd, 2008 20:56 )

    Czad kozioł. Oswojony?

  4. Lagunault ( December 24th, 2008 00:48 )

    My też dziękujemy Marcinowi.

  5. chakier ( December 24th, 2008 14:24 )

    @Marcin: Nie pisze się ,,zeszmacał” tyko ,,żeś macał”. I w dodatku to ,,żeś” jest niepotrzebne ;)

  6. Blogomotive ( December 24th, 2008 14:44 )

    @Chakier: Po poziomie komentarza wnoszę, że znów Ci odcięli dostęp do Vivid.com ;-)



Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!









Polecam: Części do aut amerykańskich