#146 Pan tu nie jest stroną (1/4)

Kryminalni

To wszystko, co Wam teraz opowiem, przydarzyło mi się dawno… naprawdę dawno temu. Ale historia jest na tyle mocna i treściwa, że spokojnie mogę udawać, że przekazał mi ją ojciec, jemu zaś jego ojciec, a ojcu ojca mój pradziadek, który z kolei usłyszał ją z ust… sąsiada, któremu wszystko opowiedziała stryjenka Jadzia… wiecie, ta która na weselu u Maciaków tak z sołtysem wywijała, że koło lepki rypnęła jak długa. Apropos – ponoć wtedy ten pierdoła sołtys zamiast ją podnieść, śmiał się na całe gardło jak potrącony, co poważnie zirytowało organistę Pachockiego. I ten organista jak się nie zamachnął, jak swym prawym bochnem sołtysowi w mordę nie przywalił – bo wiedzieć musicie, że Pachocki cichaczem się w Jadwidze podkochiwał. I jak tego sołtysa zamalował, to się dopiero tak naprawdę wesele rozkręciło… ale ja nie o tym, nie o tym…

Historia to jest niesamowita i trudna do zrozumienia. A straszna jest tak, że się normalnie w galoty sfajdolicie. Od dziś – z ojca na syna przez wieki przechodzić będzie. Problem mam taki, że zamiast syna – córka mi się ponad 4 lata temu urodziła i legendy tej komu przekazać nie mam. Więc z Wami się nią podzielę. Ale uwaga – będzie strasznie, wulgarnie, nieludzko, świńsko, krwawo i śmierdząco. Żebyście mi tylko potem nie mówili, że Was nie uprzedzałem!

Gotowi? Więc zaczynamy… zaraz po reklamach.


 

Początek swój hostoria ta ma w piękny wrześniowy dzień, gdy poprzednim swoim autem (ukochaną wówczas Hondą Civic, z którą już pierwszego dnia miałem ubaw po pachy) grzałem z rana do pracy. Było już późno, więc trochę tasowałem na trasie, a tuż pod firmą (mieściła się w centrum) kluczyłem po malutkich uliczkach szukając bezpłatnej miejscówki. W końcu się udało – zamknąłem auto i poszedłem pracować.

Spieszyłem się, więc nie mogłem zauważyć dwóch gości, którzy w rozklekotanym Seacie Ibiza jechali za mną niemalże spod domu i teraz przyczajeni kilka metrów z tyłu obserwowali, jak oddalam się od Hondy. Nie byłem wtedy jakimś pieprzonym Jasonem Bournem i nie spodziewałem się, że mogę mieć ogon. Dziś to co innego – od razu bym ich wyhaczył, wymanewrował gdzieś w jednokierunkową i dla pewności postrzelił w kolana. Bo dziś jestem znanym bloggerem i mam manię prześladowczą. Wtedy byłem zwykłym człowiekiem i z podłością ludzką dopiero miałem się zetknąć.

Dzień trwał w najlepsze. Byłem wtedy młody, bezdzietny i z pracy czerpałem prawdziwą radość. Poświęcałem się jej i byłem naprawdę efektywny. Cóż… trzeba być kiedyś głupim, by potem móc zmądrzeć.

Tymczasem obok mojego poprawnie zaparkowanego auta zebrał się tłum… dwóch gapiów. Tak, tych od rozklekotanej Ibizy. Zaglądali do środka, szeptem omawiali jakieś detale wnętrza i karoserii, na dłużej przykucnęli przy obcierce na tylnym nadkolu. W końcu jeden z nich wyjął komórkę (a miały one wówczas gabaryty osłony przeciwsłonecznej) i zawezwał Policję. Powiedział, że poczeka. Czekali. W końcu się doczekali.

Zbliżał się fajrant a ja w amoku kończyłem pilne zadania (dziś, gdy dysponuję odpowiednim doświadczeniem i twarda dupą, pilne zadania kończę w następnym tygodniu) i odpowiadałem na ostatnie maile. W końcu dałem sobie siana – robiło się coraz ciemniej a miałem jeszcze w drodze powrotnej zrobić małe zakupy. Wyłączyłem komputer, pożegnałem się z ochroniarzem i ostatni (jak zawsze) opuściłem biuro (dziś, gdy przypominam sobie swoje ówczesne zaangażowanie w pracę i determinację w realizacji codziennych biurowych zadań, wydaje mi się, że ktoś mnie w międzyczasie podmienił, to nie mogłem być ja – przyp. autora).

A dwaj skryci w swoim aucie policjanci ukradkiem obserwowali elegancki budynek biurowy. Za każdym razem, gdy jakiś mężczyzna z niego wychodził i zmierzał w ich kierunku, łapali za klamki, by w ułamku sekundy wysiąść z auta i… No właśnie – co oni zamierzali?


 

Civic stał dokładnie tam, gdzie go zostawiłem. Podszedłem pewnym krokiem i… nim jeszcze wybrzmiało pitnięcie pilota, mój nadgarstek spoczywał w uścisku nielichego imadła.

– Pan jest właścicielem ten auta?
– Tak.
– Od jak dawna?
– Półtora roku.
– To by się zgadzało – rzucił facet od imadła do kolegi, który podszedł i osaczył mnie z drugiej strony.
– Co się stało? – spytałem, spoglądając wymownie na imadło.
– Aspirant Sznuk, Komenda Stołeczna Policji Warszawa Ursynów. A to jest Komisarz Sztrasburger. Musi Pan podjechać z nami na komisariat celem złożenia wyjaśnień.
– Ale co mam wyjaśnić?
– Wszystko w swoim czasie – zbył mnie Komisarz Sztrasburger i z zamyśleniem podrapał się w brodę.
– Ta Honda… to ona szybka jest? – spytał.
– Wiem Pan, jeżdżę spokojnie.
– Ale mocna?
– No 125 koni. Lekka, więc strasznie zrywna.
– To kolega pojedzie z Panem – zdecydował Komisarz Sztrasburger otwierając drzwi stojącego nieopodal Poloneza Caro.

Aspirant Sznuk zwolnił imadło i bez zastanowienia wsiadł od strony pasażera.
„A co tak będę sam tu stał, jak ten kołek?” – pomyślałem i zająłem miejsce za kierownicą. Apropos – wiedzieć musicie, że kierownicę miałem taką małą, skórzaną, bez poduszki ale z fajnym czerwonym paskiem na górze. Była tak strasznie mała i sportowa, że zasłaniała mi połowę zegarów.
– Homologację na kierownicę Pan ma? – zapytał, najwyraźniej ugodowo i humorystycznie Aspirant Sznuk.
– Tia… mam… oczywiście. Do każdej kierownicy z Auchan dorzucają homologację – odrzekłem pewnym tonem, pozwalając sobie na odrobinę sarkazmu niejako w afekcie pytania zadanego w ugodowy sposób.
– Mogę zobaczyć dowód rejestracyjny auta?
– Proszę – podałem mocno sfatygowany świstek z licznymi pieczątkami i zapiskami.
– Niezależnie od przebiegu sprawy z tym autem, za kierowniczkę muszę Panu dowód rejestracyjny skonfiskować. Jak wszystko się skończy, zrobi Pan przegląd z oryginalną kierownicą i dowód zwrócimy – odrzekł Aspirant Sznuk.
Niestety ani tonu ugodowego, ani tym bardziej humorystycznego w tej jego krótkiej wypowiedzi się nie dopatrzyłem. Nie rzekłem zatem ni słowa. Choć to w sumie już nie miało znaczenia, bo co więcej mógł mi zabrać – instrukcję obsługi?!

– Ruszajmy – powiedział Aspirant Sznuk wskazując na włączającego się do ruchu Poloneza Caro z Komisarzem Sztrasburgerem za kierownicą. – Niech Pan się go trzyma, nie szaleje, nie wyprzedza… spokojnie pojedziemy sobie na ursynowski komisariat, tak?

„Nie, kurwa, wyprzedzę Poloneza, ciebie durniu wypchnę z auta na pierwszym zakręcie i dam w długą. Potem Civica schowam w ruinach Czerska, sam zapuszczę wielkie wąsy i do końca życia będę w Górze Kalwarii w lodziarni pracował” – pomyślałem sobie i zapiąłem jedynkę. Ruszyliśmy… trochę z nerwem… i niechcący z piskiem.
– Proszę spokojnie. Nerw na nic się tu nie zda…

Nawigacja dla zagubionych: 1/4, 2/4, 3/4, 4/4

4 komentarze

  1. Blogo, cholera jasna, a zeby Cie Sznuk ze Sztrasburgerem na 48 zamkneli za to odcinkowanie! Pol kawy jeszcze mam do wypicia, a czytac nie ma co.

  2. @Chakier: Uwagę uwzględniłem.
    @Bola: Zażalenie przyjęte. Będzie więcej przerw na kawę w kolejnych odcinkach.
    @Lagunault: Nie twoja sprawa!

    ;-)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *