#146 Pan tu nie jest stroną (2/4)


Opublikowane: 24 February 2009 | Komentarze: 5
Kategoria: Honda [Rozważania] [Wydarzenia]

Glina

Pod osobistą eskortą aspiranta Sznuka dość szybko dojechałem na ursynowski komisariat. Po drodze był co prawda spory korek, ale my grzaliśmy praktycznie bez przeszkód. Nie wiem, może pomógł w tym kogut niedbale wyrzucony na dach Poloneza Caro komisarza Sztrasburgera? Swoja drogą nigdy jeszcze tak długo nie jechałem na zderzaku auta uprzywilejowanego – mój dotychczasowy rekord (raptem kilka przecznic za karetką) ma się nijak to tych 18 kilometrów.

- Niech Pan jedzie tam dalej, pod ogrodzenie – powiedział aspirant Sznuk wskazując palcem przed siebie.
Powoli toczyłem się po terenie komisariatu. Wszędzie stały jakieś zaniedbane samochody – bez powietrza w oponach, obesrane przez ptaki i z tarczami hamulcowymi koloru miedzi. Dojazd na wskazane miejsce parkingowe prowadził przez wąską bramę. Wisiała na niej zielona tabliczka, z powodu której sfajdoliłem się w galoty (lub w gablotę – jak kto woli). Napis na niej brzmiał: „Parking depozytowy DŁUGOTERMINOWY”.

[ Ze względu na liczne skargi dotyczące odcinkowania tej opowieści, a co za tym idzie niemożności wypicia podczas jej lektury całego kubka kawy, zapraszam na przerwę reklamową, podczas której połowę kubka kawy powinniście, się mi zdaje, na luzach wydoić. ]


 

Zaparkowałem Civica i odruchowo schowałem kluczyki do kieszeni.
- A, a, a – pogroził mi palcem aspirant Sznuk. – Kluczyki to muszę Panu zabrać.
Oddałem bez słowa. Co ja mogę, zwykły obywatel, w starciu z władzą?

Prowadzony pod łokieć, niczym jakiś geriatryczny pensjonariusz Ciechocinka, wszedłem do komisariatu. Czekał tam na nas komisarz Sztrasburger i…
- Komisarz Chajzer – podał mi rękę na przywitanie policjant, który na pierwszy rzut oka przypominał jednego z bohaterów „Władcy pierścieni”. Nie, nie orka ani krasnoluda. Wyglądał jak Gandalf Biały – tak dawał swą czystością po gałach.

Mrużąc oczy odwzajemniłem uścisk dłoni i pytająco spojrzałem na komisarza Sztrasburgera.
- Będziemy prowadzić tę sprawę we dwójkę – odrzekł, wskazując na komisarza Chajzera.
- Tę moją sprawę?
- No nie do końca tak to wygląda…
- ?
- Sprawa nie dotyczy Pana, ona dotyczy tylko tej Hondy. Ale wejdźmy może na górę.

Komisarz Chajzer skinął w kierunku policjanta na recepcji i metalowe drzwi zaczęły pierdzieć, po czym otworzyły się z trzaskiem, odsłaniając kryjące się za nimi schody. Weszliśmy na drugie piętro. 18 kroków prosto. Potem w lewo. Pierwsze, drugie, trzecie drzwi po prawej. Starałem się wszystko zapamiętać. Spodziewałem się długiego przesłuchania połączonego z biciem. Gdyby podczas prania mnie po mordzie na chwilę zrobili sobie przerwę, znając drogę mógłbym zbiec na dół z okrzykiem: „Niemcy mnie biją!”. Tak to sobie wówczas wymyśliłem…

Usiadłem przy biurku rodem z Emilki – młodzieżowy komplet wypoczynkowy „Hubert”, o ile mnie wzrok nie mylił. Jasna sosna. Typowy dla lat 80-tych fornir. Uroczo.
- Będą potrzebne wszystkie dokumenty tej Hondy – komisarz Chajzer przeszedł od razu do rzeczy. – Umowa zakupu, ubezpieczenie, dowód rejestracyjny…
- Ubezpieczenie i dowód już mam – wszedł mu w słowo komisarz Sztrasburger.
- …karta pojazdu i drugi komplet kluczyków. Ma Pan to?
- Mam.
- To poproszę. Sporządzę protokół.
- Tak, ale wie Pan… Mam, ale nie przy sobie…
- Jak to? – zapytał komisarz Chajzer ze szczerze zdziwioną miną.
- Jak to „Jak to”? – spytałem. Pytanie to zadałem tonem spokojnym i, wydawało mi się, niekonfliktowym. Niestety nie do końca zapanowałem nad kącikiem ust, który uniósł się lekko do góry nadając mojej twarzy wyraz ironiczny. Błyskawicznie odczytał to stojący obok mnie komisarz Sztrasburger i przysunął się tak blisko, że słyszałem nie tylko jego oddech, ale nawet szum otwierających się pod pachą porów.
- Naczysie – szepnął mi do ucha – nie ma Pan tych wszystkich dokumentów, o których przed chwilą mówił komisarz Chajzer?
- Mam. Ale, na litość Boską, nie przy sobie!
- Ma je pan w domu?
- Tak. Mam je w domu! – nie kryłem już irytacji.
- Jedźmy zatem – rzucił komisarz Chajzer i wstał.

Poderwany z krzesła za łokieć zostałem wyprowadzony na zewnątrz i wsadzony na tylna kanapę Poloneza Caro. Po drodze minęliśmy aspiranta Sznuka, który zamienił po cichu kilka zdań z komisarzem Chajzerem i z naręczem pędzelków w ręku skierował się w stronę mojej Hondy.

- Adres w dowodzie jest prawidłowy? Tam Pan mieszka? – spytał siedzący obok mnie na tylnej kanapie Poloneza Caro komisarz Sztrasburger.
Gdy przytaknąłem, on sięgnął po krótkofalówkę i wybierając odpowiedni kanał powiedział:
- Siedem sześć, siedem sześć, zgłoś się…
- Tu siedem sześć, zgłaszam się.
- Sprawdź mi adres dla Nazwisko Imię.
Denerwująca chwila ciszy. W sumie – nie mam pojęcia dlaczego była denerwująca, przecież nic a nic z adresem nie ściemniałem.
- Nie mam adresu zamieszkania.
- A meldunkowy?
- Meldunkowy to Ulica i… i numer albo 2, albo 12. Mieszkania chyba 60.
- Dzięki. Bez odbioru.
- Nie, chwileczkę. Ulica 2, mieszkania 80.
- OK. Dzięki, bez odbioru.
Komisarz Sztrasburger odłożył krótkofalówkę i spojrzał na mnie z wyższością. No kurwa, zaimponował mi. Z taką techniką nie wygram, nie ma bata.

[ Wiem, że was wciągnęło. Ale nie zapominajcie o kawie. Teraz jest idealny moment na kilka łyków. Reklama! ]


 

Dojechaliśmy. Komisarz Chajzer zaparkował pod blokiem na tyle niefartownie, że od strony drzwi komisarza Sztrasburgera rosły bujne krzaki. Wysiadłem więc jako pierwszy i odstąpiłem 2 kroki na bok, by zrobić mu miejsce, gdyż kątem oka zauważyłem, że gramoli się po kanapie, by wysiąść na moją stronę. Od z kolei kątem oka zauważył, że odstępuję gdzieś na bok, więc przyspieszył gramolenie. Na tyle jednak niezbornie, że wyleciał barkiem wprost na chodnik.
- A, a, a – pogroził mi palcem, leżąc u mych stóp. – Nie uciekamy.

Pomogłem mu wstać. Otrzepał się i schwycił mój łokieć.
- Niech Pan da spokój. Ja tu mieszkam, znam sąsiadów od lat – rzekłem zirytowany – po jaką cholerę mnie Pan pod łokieć bierze?
- Wymogi bezpieczeństwa.
- Ale jakie? Żeby się Pan znowu nie przewrócił, czy jak?
- Spokojnie! Spokojnie! – trochę zbyt nerwowo włączył się do dyskusji komisarz Chajzer, który do tej pory walczył z zamkami Poloneza Caro. – Proszę nas zaprowadzić do domu. Weźmie Pan dokumenty i po sprawie.

Komisarz Sztrasburger uwolnił mój łokieć i niepewnym krokiem podążył za nami. Gdy tylko weszliśmy do klatki schodowej, odezwał się głośny charkot i ktoś zawołał:
- Tu siedem sześć. Sprawdziłem to – mieszkania 82. Powtarzam: 82.
- Dzięki, bez odbioru – powiedział do krótkofalówki komisarz Sztrasburger, ponownie patrząc na mnie z wyższością. Bez dwóch zdań, byłem pod wrażeniem tej techniki.

- Panowie, ściszcie te krótkofalówki. Nie chcę, by potem sąsiedzi plotkowali. Wiecie jak jest, prawda?
- Jak jest? – rzeczowo spytał komisarz Chajzer.
Potraktowałem to jako zaczepne pytanie retoryczne. Wsiedliśmy do windy i wcisnąłem jedynkę. Ponownie rozległo się charczenie i ktoś zawołał:
- Tu siedem sześć. Sprawdziłem, to będzie pierwsze piętro.
- Dzięki, bez odbioru – podziękował komisarz Sztrasburger. Nie muszę chyba wspominać o spojrzeniu, prawda? Tak, oczywiście że się wywyższał. W sumie miał powód – normalnie technika jak w „Raporcie mniejszości”…

Wysiedliśmy z windy i podeszliśmy pod drzwi. Otworzyłem je i weszliśmy do mieszkania.
- Proszę zabrać wszystkie dokumenty auta – poinstruował mnie komisarz Chajzer.
- Aaa… dokumenty auta. No tak – udałem zaskoczonego.
Policja najwidoczniej jest jakoś szkolona w wyczuwaniu ironii, bo po mych słowach komisarz Sztrasburger w ułamku sekundy przysunął się do mnie najbliżej jak umiał i kurczowo schwycił mój łokieć. Słuszna reakcja – byliśmy w mieszkaniu i miałem tyle możliwości ucieczki – mogłem nawiać do kuchni, sypialni lub zamknąć się w kiblu. Gdybym tylko chciał, zgubiłbym ich pogoń w mgnieniu oka…

- Proszę szybko zabrać te dokumenty i wracamy na komisariat. Wiele rzeczy musi Pan nam wyjaśnić w kwestii tego wozu – groźnie wyszeptał mi wprost do ucha komisarz Sztrasburger.
Nie da się ukryć – nie brzmiało to miło. Byłbym się go nawet przestraszył, gdyby nie głośny charkot i krzyk:
- Tu siedem sześć. Sprawdziłem ponownie: nie pierwsze ale drugie. Powtarzam: piętro drugie! Drugie! Odbiór!

- Cholera jasna! – zakląłem teatralnie i z ironicznym uśmiechem spojrzałem na komisarza Sztrasburgera. – Znów pomyliłem mieszkania!

On jednak nie odwzajemnił mojego spojrzenia. Ot, po prostu spuścił wzrok i wyłączył krótkofalówkę… Jakoś tym razem nie wyglądał na kogoś specjalnie się wywyższającego…

Nawigacja dla zagubionych: 1/4, 2/4, 3/4, 4/4

[ A dla tych, co kawy (mimo dwóch dogodnych przerw reklamowych) jeszcze nie zmęczyli, mam tu archiwalny tekścik kompletnie nie na czasie. Nie jest może tak literacko wysublimowany jak teksty obecne, ale gdzieś musiałem się uczyć pisać, co nie? ]

Tekst opublikowałem dnia 24 February 2009 r., umieściłem w kategorii: Honda [Rozważania] [Wydarzenia] oraz oznaczyłem tagami: , , , ,

Jeśli masz ochotę przeczytać coś podobnego, kliknij w wybrany link kategorii lub tagu,
albo po prostu przejrzyj archiwum wszystkich tekstów.


Liczba komentarzy: 5

  1. Kulfi ( February 25th, 2009 01:40 )

    Sie rozpedzilem… naprawde mialem nadzieje, ze juz zakonczysz…

  2. Renek ( February 25th, 2009 08:24 )

    A,a,a – nie uciekamy.
    Dobre, dobre.

  3. chakier ( February 26th, 2009 00:49 )

    W galoty/w gablotę? Nie, no…
    W galoty/w gabloty – rym jest, fajnie jest.
    W galoty/w gablotę – rymu nie ma, jest niefajnie! Marcinkiewicz się w grobie przewraca!

  4. leniuch102 ( February 26th, 2009 13:50 )

    nie użyłeś: “pan się nie wyrywa, bo pan sobie rękę złamie”.

  5. Jacko ( July 2nd, 2009 17:43 )

    Opiszę szybko co miałem podobnego. Siedzę z kumplem na ławce ,jest coś koło północy pijemy piwo. Nie wiadomo skąd podchodzi dwóch gliniarzy i chcą od nas dowody. Gdy je otrzymali kontaktują się z centralą i podają nazwiska literując je ,i… teraz najlepsze K-jak Katarzyna, A-jak Alicja, J-jak Jadwiga ,U-jak…tu się zastanowił i po chwili dodał U jak U. Oddali nam dowody i powiedzieli żebyśmy tu nie pili piwa bo sąsiedzi się skarżą



Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!