#146 Pan tu nie jest stroną (3/4)

Mając w ręku wszelkie niezbędne dokumenty Hondy, wraz z komisarzami Chajzerem i Sztrasburgerem z powrotem dotarłem na komisariat. Ponownie wielkie metalowe drzwi zapierdziały. Ponownie usiadłem przy obciachowym biurku. Ponownie nie dostałem nawet herbaty. Niby wszystko tak samo, a jednak w powietrzu wisiał zapach czegoś nowego. Rozejrzałem się bacznie dokoła – nie, nigdzie nie zauważyłem choinki typu „New car”. Czyżby… tak pachniał „kamień milowy”?
- Kupił Pan tę Hondę od… – zapytał komisarz Chajzer zawieszając głos.
- Od niejakiego Ibisza. Wszystko przecież ma Pan tam w papierach.
- I uważa Pan, że jest Pan którym jej właścicielem?
- Trzecim. Ponoć tych Hond przyjechało w tej unikatowej wersji „Si” do Polski 25. Najpierw kupił ją jakiś Pijanowski i przez 4 lata nią jeździł. Potem przez następne 4 miał ją Ibisz. Od prawie 2 lat jest moja.
- Chmmm… – zamyślił się nad dokumentami komisarz Chajzer – to się jeszcze okaże.
Spojrzałem nań ze zdziwieniem. Co się okaże?! Kupiłem, zapłaciłem, mam umowę.
- Bo widzi Pan – rozpoczął wywód komisarz Chajzer – dostaliśmy dziś rano zgłoszenie od właściciela tej, lub takiej samej Hondy Civic, że ją namierzył na Ursynowie i śledzi. Jemu skradli ja półtora roku temu. Zgłosił kradzież. A ta Honda, jego zdaniem, jest identyczna z tą jego, skradzioną. I nasza interwencja…
- Jaką jego? – przerwałem zdziwiony – Co mnie jakaś jego Honda obchodzi? Kto to w ogóle jest, ten człowiek? Ten co mnie śledził?
- Tego akurat nie mogę panu powiedzieć, bo nie jest Pan w tym postępowaniu stroną.
- A co znaczy, że jest identyczna?
- No… jego zdaniem, ma te same… nazwijmy to… znaki szczególne. Tak samo wgięte tylne nadkole. Tak samo przetartą tapicerkę na fotelu kierowcy. Tak samo zardzewiałe śruby mocujące ten fotel. Tak samo zarysowany zderzak z tyłu obok wydechu. Dobrze się jej przyjrzał i nie miał wątpliwości. Musieliśmy zareagować.
- OK. Rozumiem. Ale skoro dokumenty są w porządku…
- Tego właśnie nie wiemy. Musimy przesłuchać tego Ibisza. Założę się, że niewiele się dowiemy, więc i ten Pijanowski będzie musiał złożyć wyjaśnienia. Dobrze, że mamy od Pana wszystkie dokumenty, będzie łatwiej z tym wszystkim ruszyć.
- Dobrze – odetchnąłem głęboko przed zadaniem najważniejszego pytania mojego dotychczasowego życia – czy mogę zabrać Hondę?
- Nie.
- Bo?
- Bo Pan tu nie jest stroną?
- Jak nie jestem?
- Nie jest Pan. Pan złożył wyjaśnienia i wydaje się być w porządku. Stroną jest ten człowiek, któremu ukradli ten samochód…
- Taki sam samochód…!
- Taaak… taki sam samochód półtora roku temu i stroną jest ten, kto Panu ten kradziony samochód sprzedał.
- Pan żartuje?
- Nie. Proszę zadzwonić za około 2, no może 3 tygodnie i dowiedzieć się, kto zajmuje się tą sprawą. Wtedy też dowie się Pan, jakie kroki ustalono i czy nie będzie Pan musiał jeszcze czegoś wyjaśnić.
- Ale…
- Niech się Pan nie smuci. Najważniejsze, że w całej sprawie dobrnęliśmy do istotnego majlstołna. Mamy auto, dokumenty i Pana zeznania.
- A Honda… ja… czy…?
- Mówiłem już, że samochód zostaje tu, na depozycie. Jak tylko aspirant Sznuk skończy na nim czynności śledcze, pewnie przewieziony zostanie na inny parking policyjny. Ale o tym dowie się pan od tej osoby, która przejmie po nas sprawę. Tu ma Pan telefon i numer sprawy: CHWDP/2001/04 – proszę się nim zawsze posługiwać w kontakcie z nami. Dziś jest już Pan wolny.
Wiecie jak to jest, zasiedzieć się za długo na kiblu, gdy deska cały czas uciska tętnice udowe? Potem jak wstajesz, to nogą ruszyć nie możesz – wszystko zdrętwiałe i kołkowate. Miałem wtedy to samo. Wstałem z krzesła, ale nie mogłem się ruszyć – jakbym na klopie cały czas siedział…
- U,u,u – melodyjnie zagaił komisarz Sztrasburger patrząc na moje krzesło – proszę się tym nie przejmować, posprzątamy.
Spojrzałem i zrozumiałem wszystko – odrętwienie nóg było całkowicie uzasadnione. Nie wiem jak, nie wiem dlaczego ale coś głęboko w mojej podświadomości postanowiło potraktować to krzesło jak sra… nie chcę teraz używać słów powszechnie za brzydkie uznawanych, bo przed nami długa przerwa reklamowa połączona z piciem kawy… jak by to obejść… yyy… postanowiło potraktować to krzesło jak… wazon. O! Jak porcelanowy wazon. Wiecie o-co-cho, prawda? No to reklama!
A potem było tak: zadzwoniłem za 2 tygodnie i dowiedziałem się, że sprawą nie zajmuje się nikt, bo komisarze Chajzer i Sztrasburger nie domknęli jakiejś kwestii przesłuchań.
Zadzwoniłem zatem do komisarza Chajzera (trwało to tydzień), który mi powiedział, że nie może zamknąć jeszcze sprawy, bo pierwszy właściciel auta, ten Pijanowski, nie stawia się na przesłuchania.
- Niech Pan zadzwoni za 2 tygodnie. Powinno już się to wyjaśnić.
Luzik. Przywykłem do tego, że policyjna jednostka czasu to tydzień. Wtedy jeszcze nie przypuszczałem, ze może być gorzej. Znacznie gorzej. Ponad 4 razy gorzej! Bo już niebawem miało się okazać, że prokuratura operuje w swoich jednostkach czasu. Tak, w miesiącach. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Za 2 tygodnie nie wyjaśniło się nic. Ale już tydzień później telefon odebrał komisarz Sztrasburger i w swej krótkiej wypowiedzi zawarł dwa stwierdzenia, które mnie zszokowały:
- „Tak, ale komisarz Chajzer został przeniesiony do komendy wojewódzkiej i jak na razie żadnej sprawy nie przekazał, przynajmniej ja o niczym nie wiem”
- „Nie, nie przypominam sobie Pana. A ten numer sprawy, który Pan podaje, to chyba jakiś żart?!”
Wiem, że ten odcinek do najzabawniejszych nie należy, ale z czego tu się śmiać – samochód niszczał nieużywany Bóg wie gdzie (podjechałem na rowerze pewnego wieczoru pod ursynowski komisariat i przez płot zajarzałem na parking – miejsce po Hondzie stało puste) a ja, jak jakiś ubogi student, woziłem się autobusami. Nie było mi do śmiechu.
Cóż… zapijmy tę gorycz kawą.
Nawigacja dla zagubionych: 1/4, 2/4, 3/4, 4/4
Przed Wami ostatni odcinek tej opowieści (myślcie co chcecie, ale jest prawdziwa!), w którym poznacie nowego prowadzącego moją sprawę – komisarza Szaranowicza, profesjonalnego aż do bólu (mojego bólu) rejonowego prokuratora Rembiszewskiego i jego przeuroczą asystentkę Panią Jaworowicz.
Ale to dopiero we wtorek z rana, gdyż przed nami weekend… podczas którego będę świętował DRUGIE URODZINY BLOGA!!! Ho, ho, ho… się trochę już pisze, co nie? Zapraszam w sobotę… albo nie, lepiej w niedzielę… będzie jubileuszowy post.
A teraz, tradycyjnie już, dla tych co kawy nie zmęczyli – archiwalny tekścik kompletnie nie na temat.
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

Ha! teraz jestem cwanszy, czytam wieczorem a nie rano do kawy. Choc musze powiedziec ze odczuwam z tego powodu jakas taka pustke nastepnego dnia rano…
Yż ty chamie jestem ty! Ja tu dla ciebie przerwy kawowe organizuję… dłuższa, krótsza… wedle życzenia… a ty mi teraz z takim tekstem! Przypomnij mi się jutro rano, dostaniesz w pełni zasłużonego bana ;)
Luz, Blogomotive. Mnie się te przerwy na kawę bardzo przydają, bo pijam ją do snu. Tzn. podczas głównych części tekstu wychodzę do kuchni i sobie ją parzę, a potem (doskonale trafiłeś) akurat wracając do komputera trafiam na przerwy i mogę ją wypić. A jak się skończy przerwa to idę sobie zrobić następną i tak dalej. Poprzednia część uśpiła mnie idealnie ;)
I ty, Chary, przeciwko mnie? Zgłoś się proszę jutro rano po bana, OK?
A jakie masz? Jak fińskie, to wezmę dwa, jeśli można…
4/4??? Zamknęli autora?
ccccśśśś, tzw. kryzys twórczy. ;D
poza tym, do takich rzeczy się nie pogania.
@finimondo i Pete: Ciepło, ciepło.