#147 Dwa lata jak z bicza trzasł

Druga rocznica założenia bloga to nie w kij dmuchał – 730 dni ciągłego poszukiwania tematów, 730 dni ciągłego poprawiania napisanych już postów tak, by były jak najbardziej gładkie i zabawne, 730 dni nerwowego śledzenia i analizowania statystyk. Ale nie mogę powiedzieć, że te ostatnie 2 lata jakoś mnie specjalnie zmęczyły. Owszem, miewałem gorsze dni, lecz ogólnie to jednak była frajda. Miesięczne czytelnictwo na poziomie kilkunastu tysięcy UU wygląda może śmiesznie przy AutoKracie bądź AutoKulcie, ale idealnie i w pełni zaspokaja moją próżność. A że czasami to nawet mi odbija, obchodząc drugie urodziny bloga postanowiłem się wyciszyć. A jak najlepiej to zrobić? Cóż… znam na to tylko jeden sposób – odnowić znajomości w centrali BMW.
- Blogomotive – z angielską flegmą wypowiedziałem tajne hasło nim jeszcze rozmówca zdążył się na powitanie przedstawić.
- Aaa… to w takim razie zapraszam po odbiór auta. Nie pytam jakie, bo akurat park prasowy jest pełen. Wie Pan, kryzys w mediach papierowych – mniej pożyczają, by mniej tankować… na przedrukach z Niemiec już 3 miesiące jadą – rzeczowo zareagował mój rozmówca. Od razu go polubiłem – zero zbędnych słów, powitań i podziękować, że zadzwoniłem. Konkretmen.
Park prasowy BMW ukryty w podziemiach ładnego biurowca w centrum Warszawy robi wrażenie – tym większe, im bardziej jest pełny. Idealnie wypolerowane, zaparkowane z laserowa dokładnością obok siebie auta wyglądają jak żywcem wyjęte z katalogów – wszystkie bez wyjątku są w najwyższych wersjach, obute w kapciochy szersze od tyłka Beyonce i zatankowane pod korek. Podeszliśmy pod mieniące się perłowym blaskiem BMW 530i.
- Niech Pan wsiada – rzekł do mnie Konkretmen z BMW – załatwimy formalności w aucie.
Piątka przywitała mnie kierunkowskazami. Schwyciłem za klamkę i uchyliłem drzwi – wnętrze auta rozbłysło tym samym zimnym blaskiem co podłoga parkingu wokół moich stóp. Wstawiłem prawą nogę do środka i… z impetem grzmotnąłem na przesadnie odsunięty w tył fotel kierowcy. Niby nic, lecz widział to wsiadający właśnie od strony pasażera Konkretmen i już na wstępie zrobiło mi się głupio…
- Niech sprawdzę… chmmm… – zaczął przeglądać papiery – tak, to Szymon. On nim ostatnio jeździł. Ma dwa-zero-cztery. Po nim zawsze się tak wsiada. Ale tu jest pamięć ustawień, proszę wybrać… chmmm – znów przewertował papiery – proszę wybrać jedynkę. Tak, jedynka to ustawienia Piotra – on jest Pana postury.

Schyliłem się i namacałem regulację fotela. O – jest jedynka. Klik. Fotel powoli zaczął się przysuwać do kierownicy, ta zaś powoli zaczęła się odsuwać od deski rozdzielczej. Boczki fotela powoli zaczęły coraz mocniej obejmować me nerki (schabami również zwane) a jego górna część wraz z zagłówkiem powoli naginała mnie w przód. Siedziałem onieśmielony i poddawałem się temu zdumiewającemu spektaklowi. Nagle coś zatrąbiło. Zatrąbiło i przestać nie chciało. Potem coś zasyczało. Zasyczało i przestać nie chciało. Wyrwany z letargu dość szybko zrozumiałem, że… to ja! To ja trąbię (głową!) i syczę (gniecionymi płucami!).
- Stop! Stop! – krzyknął Konkretmen – niech Pan zostawi już ten przycisk!
Resztką sił zsunąłem palec z przycisku numer jeden. Zabójcza maszyneria zatrzymała się tuż przed wprasowaniem mnie w sportową kierownicę.
- Yyyy… – nerwowo wertował papiery mój współpasażer – no tak, mój błąd. Jedynka to jest Dorota. Taka malutka od nas z biura. Dwójka w tym aucie jest Piotrka. Niech Pan tam dwójkę wdusi.
- Ale… (z trudem złapałem oddech)… czy (kolejny oddech)… aby (jeszcze jeden – nie jest łatwo mówić mając w ustach cały środek kierownicy wraz ze znaczkiem)… na pewno? – spytałem.
- Tak, dwójka to ustawienia Piotrka. Czarno na białym – podsunął mi pod nos papiery, z których nic a nic nie zrozumiałem – ciężko się myśli mając płuca wielkości filtra powietrza od Toyoty Aygo. Resztką sił i kompletnie na ślepo wdusiłem przycisk obok feralnej jedynki. Bingo! Auto przestało trąbić a ja przestałem syczeć – fotel i kierownica rozluźniły uścisk i powoli przyjmowałem normalną pozycję. Nieźle się kurde zaczyna – nie minęła minuta a ja już 2 razy zrobiłem z siebie głupa…
Podpisałem dokumenty i odebrałem dowód rejestracyjny.
- To wszystko. Widzimy się w niedzielę w porze lunchu. Proszę pamiętać o dotankowaniu.
Normalnie bym się kłócił – stać ich przecież na to, by samemu dotankować po mnie, wszak robię im przysługę i wóz promuję – ale wtedy jakoś mi odeszło. Nadal było mi jeszcze głupio po tych dwóch wpadkach z fotelem i chciałem już jak najprędzej wyjechać z tego garażu. Samemu.
- Tu na tej skrzyni ma Pan przycisk „Sport”. Proszę pamiętać, że on nie zmienia nic w silniku, to nie wersja M, on tylko delikatnie wyostrza reakcje na gaz, skrzynia wyżej kręci i trochę więcej siły trzeba używać do kierownicy.
- OK, ale po co mi Pan to mówi?
- Wielu ma do nas pretensję, że szli w wyprzedzaniu na czołówkę, wdusili ten „Sport” i nic.
- I?
- Fifty-fifty. Albo ten z naprzeciwka złapał pobocze i dzięki temu przeżyli, albo nie złapał i nie przeżyli. Prosta statystyka.
Pożegnałem się i Konkretmen wysiadł. Odszedł 2 kroki, ale się wrócił. Zapukał w szybę. Odruchowo sięgnąłem na panel obsługi szyb na podłokietniku w drzwiach i… złożyłem lusterka. Nim je ponownie rozłożyłem i opuściłem szybę drzwi pasażera, zdążyło mi się zrobić głupio po raz trzeci.
- Tu niech Pan pojedzie w lewo – wskazał ręką Konkretmen – i tam za tym filarem jest wyjazd na górę. Miłej jazdy. Do zobaczenia w niedzielę.
Ruszyłem nieśmiało. Wiecie, co jest najgorsze w tego typu autach? Do nich nie można wsiąść jak do normalnego samochodu i po prostu ruszyć. Tu jest tyle ustawień, elektroniki i komunikatów na wyświetlaczu, że czujesz się jak w samolocie, gdzie zanim cokolwiek zacznie się dziać, musisz wymienić kurtuazje z wieżą, odklikać dziesiątki prztyczków i poprosić pasażerów o zapięcie pasów i wyprostowanie oparć. No i jeszcze ta automatyczna skrzynia biegów. Potem miało się okazać, że jest wprost doskonała, początkowo zaś było zgoła inaczej – lewy pedał, który w tym wypadku był hamulcem a nie sprzęgłem, stanowił swoiste wyzwanie dla mojej lewej nogi. Nęcił ją, korcił i kusił. Wielokrotnie z powodzeniem…
Toczyłem się prawie bez gazu drogą wskazaną przez Konkretmena. Tabliczki ze strzałkami wskazywały, że rzeczywiście zmierzam w kierunku wyjazdu z tego parkingu. Nie tylko tabliczki na to wskazywały – również pokaźnych rozmiarów rząd aut sunących za mną dobitnie świadczył o fakcie, iż jadę w dobrym kierunku. A że jechałem wolno… cóż, nigdzie nie jest napisane, że na parkingu podziemnym jest jakaś prędkość minimalna.
Zbliżałem się do sporego progu zwalniającego i postanowiłem przyhamować. A jak przyhamować, to czemu by nie wysprzęglić. Lewa noga wystrzeliła odruchowo i… trafiła w pedał hamulca. BMW stanęło w miejscu i coś elegancko zrobiło „Ding!”.

Stałem tak i za cholerę nie mogłem ruszyć. Klikałem skrzynią biegów i za każdym razem dostawałem na wyświetlaczach komunikat z wykrzyknikiem, któremu towarzyszyło owe eleganckie „Ding!”. Zero treściwych wyjaśnień – po prostu wykrzyknik. Wciskałem gaz i nic – silnik wchodził na obroty, ale koła stały. Gdy siedziałem tak bezradnie i rozglądałem się za instrukcją, w lusterku zauważyłem, że z jakiegoś Audi stojącego za mną wysiadł kierowca i idzie w moim kierunku. Uprzedzając fakty, sięgnąłem lewą ręka na podłokietnik i… ponownie złożyłem lusterka. Gość stał już przy mojej szybie i uśmiechał się miło. Albo litościwie.
Kliknąłem coś innego i lusterka wróciły do poprzedniej pozycji. Gość zapukał, więc odruchowo otworzyłem okno… drzwi tylnych. Zmęczony pomyłkami położyłem oparcie fotela (obsługę fotela miałem już przećwiczoną) i półleżąc uśmiechnąłem się do niego bezradnie… przez uchyloną tylną szybę.
- Yyy… hi hi… yyy…
- Nie może Pan ruszyć?
- Eee… he he… no właśnie…
- To nie Pański, prawda? Z parku prasowego?
- Uuu… ho ho… – chciałem w ten sposób docenić jego wiedzę i spostrzegawczość, ale jedno co udało mi się okazać, to kompletną bezradność.
- Z hamulcem. Zawsze z hamulcem – rzucił tonem znawcy i wrócił do swojego auta.
Wyprostowałem fotel i wcisnąwszy hamulec trąciłem drążek skrzyni biegów. Tym razem zamiast uroczego „Ding!” i wykrzyknika – na wyświetlaczu i pojawiło się upragnione „D”. Ruszyłem. Śmiejcie się, ale jeżdżąc zawsze autami ze skrzynią manualna naprawdę łatwo wyjść na głupa w aucie z automatem. Niby zasady są proste, ale w nerwowych chwilach jakoś się o nich zapomina.
Ten post nie jest tylko i wyłącznie kolejnym epickim tekstem mającym na celu szpanowanie przed Wami moim bujnym życiem – to pierwszy post z nowej kategorii „Testy”. A sporo tak, trzeba by ten wpis jakoś usystematyzować – tak przynajmniej testy publikują pisma papierowe. Cóż… spróbujmy.

BLACHA. Pisałem już wielokrotnie, że wygląd zewnętrzny BMW serii 5 mnie urzeka… bo ma skazę – ten niezbyt proporcjonalny i ładny bagażnik dodaje mu charakteru. Niesamowite w tym aucie jest to, że o ile przez ten właśnie bagażnik z profilu nie wygląda nadzwyczaj dobrze, wystarczy spojrzeć nań troszkę inaczej, bardziej z boku – i wtedy wygląda doskonale. Zewnętrzna dynamika tego BMW jest porażająca. Patrząc na zachowawczy projekt nowej siódemki uważam, że ta piątka jeszcze przez kilka dekad uchodzić będzie za najpiękniejsze i najbardziej dynamicznie narysowane BMW.
To tyle w kwestii wyglądu zewnętrznego – bo wątpię, byście chcieli tu czytać o współczynniku Cx, szczelinach montażowych czy plastikowych nadkolach – od tego macie prasę drukowaną lub witrynę producenta.

JAZDA. Jeżdżąc samochodem wyposażonym w tak doskonałą skrzynię biegów (aż strach pomyśleć, co potrafi ponoć jeszcze lepsza SMG!) naprawdę wiedza o mocy silnika do niczego się nie przydaje. Do tej pory nie sprawdziłem, ile koni to BMW 530i ma, przysięgam. Bo to informacja kompletnie zbędna.
Najważniejsze było to, że skrzynia reagowała szybciej niż jesteście to sobie w stanie wyobrazić. Jeśli macie pokrętło do regulacji siły nawiewu, ustawcie je na pozycji IV i potem jednym błyskawicznym ruchem przerzućcie na pozycję II. No, to ta skrzynia z czwórki na dwójkę redukuje jeszcze szybciej. W praktyce wygląda to tak: jedziesz za kimś leniwie w korku i nagle dostrzegasz lukę na lewym pasie; wciskasz gaz centymetr głębiej i… wskazówka obrotomierza nie nadąża za silnikiem; 4 nanosekundy po wciśnięciu gazu skrzynia zrzuciła dwa biegi a prędkość wzrosła o 40 km/h i jedyne, co bezwzględnie powinieneś teraz zrobić, to… awaryjnie hamować. Naprawdę miałem kilka takich akcji, że podczas zbyt agresywnego wciskania się w lukę na szybszym pasie cały wyświetlacz systemu iDrive przeskakiwał w tryb czujników parkowania i pokazywał wokół przodu auta krwiście czerwoną poświatę… byłem 8 nanometrów od stłuczki.
Uwierzcie mi, że mając taką skrzynię wszelkie inne parametry silnika są bez znaczenia. Ta skrzynia spokojnie potrafiłaby nawet z dychawicznej wersji 516i (gdyby takowa istniała) wykrzesać więcej wigoru i brutalnej siły niż wy jesteście w stanie wydobyć ze swoich wypasionych 2-litrowych aut ze skrzynią manualną. Nie macie szans, nawet jeśli Vervą lub V-Powerem bak zalejecie.
Ale nie, nie stałem się fanem skrzyń automatycznych. Ta w BMW to absolutna czołówka – pierwsze lub drugie miejsce na świecie, w niej każdy się zakocha. Ale reszta automatów dostępnych w typowych autach to konstrukcje spoza pierwszej dziesiątki – wyją, wachlują biegami bez celu i robią wszystko, by kierowcy odechciało się gwałtownych manewrów.
3 litry. 6 cylindrów. W rzędzie. Benzyna. Dane techniczne i osiągi? Mając taką skrzynię – who cares?! Oczywiście, że to BMW nie było jakoś przesadnie szybkie spod świateł (o czym w następnym akapicie), ale dzięki skrzyni dynamiczniejsza od niego była chyba tylko mucha. Założę się, że gdybym toczył się powoli po parkingu i nagle zauważył wielką gazetę próbującą zgnieść mi dach, jednym ruchem prawej nogi przeniósłbym się w okolice Szczyrku. I to w chwili, gdy ta wielka gazeta demolowałaby parking, po którym jeszcze przed chwilą się toczyłem.
Nie oszukujmy się jednak – 3 benzynowe litry nawet w połączeniu z tak doskonałą skrzynią nie są w stanie z ciężkiego auta uczynić mistrza na ćwierć mili. Stanąłem ja przedwczoraj jako pierwszy na światłach na środkowym pasie. Obok mnie po lewej zatrzymał się skuter – ten z tych trochę większych. Kierowała nim mama a między nią a kierownicą siedziała córka w przeogromnym kasku. Przycisk „Sport”, żółte, zielone i gaz w podłogę. Inne auta malały we wstecznym lusterku, a skuter spokojnie bzyczał mi pod drzwiami. Iść łeb w łeb z większym skuterem to też nieźle – pomyślałem sobie dokładnie w chwili, gdy mama spojrzała na mnie z irytacją. Bardzo chciałem uniesionymi brwiami zapytać, o co jej z ta irytacją chodzi, lecz wtedy skuter mignął na pomarańczowo, wyprzedził mnie i przecinając całą trójpasmową jezdnię przeskoczył przede mnie na prawy pas i spokojnie skręcił w osiedle. Łyknął mnie jak młody pelikan rybę – a wszystko to przy zupełnie niezmienionym poziomie bzyczenia. Szybkość i dynamika to pojęcia bardzo względne…

ŚRODEK. Chyba nie ma takiego zdjęcia, na którym wnętrze BMW wyglądałoby jakoś nadzwyczajnie. Ale uwierzcie mi, że wystarczy w nim zasiąść, by się zakochać. Materiały, spasowanie, ergonomia i system iDrive – wszystko to tworzy atmosferę nie spotykaną nigdzie indziej.
Od dziś, ilekroć gdzieś przeczytam o skomplikowanej obsłudze systemu iDrive lub jego nielogiczności – bladym świtem udam się do redakcji, by im pod drzwi koński łeb podrzucić. Bo iDrive jest genialny! Kurewsko genialny, jeśli można tak rzecz. Logiczny, przebogaty i bajecznie łatwy w obsłudze. Zerknijcie na te kilka fotek. Obczajcie mnogość ustawień – to robi wrażenie na każdym. Czas świecenia się świateł po wyjściu z auta – z dokładnością co do sekundy. Ilość mignięć kierunkowskazu po jednokrotnym kliknięciu dźwignią – 3, 2 a może tradycyjnie jedno? Sposób zachowania się fotela na zakrętach – 3 stopnie dynamicznego podpierania. Wyświetlanie informacji na przedniej szybie – kilka opcji, każda super przydatna. Funkcje przycisków na kierownicy – modyfikowalne wedle uznania. Nawigacja, komputer pokładowy, radio – oddzielnie czy wszystko razem, decyzja należy do ciebie. Genialne!
Model, którym jeździłem miał dodatkowo fotel wielokonturowy. Nie mam zielonego pojęcia, co to znaczy. Najważniejsze, że można go było np. złamać w połowie oparcia i przysunąć do zgarbionych pleców. Najważniejsze, że można go było opuścić znacznie poniżej podłogi auta – siedziało się gites, ale mało to było praktyczne, bo wjeżdżając w kałuże chlapałem sobie na tyłek. Najważniejsze, że elektrycznie można było sobie przedłużyć siedzisko. I otulić kark miękkim jak aksamit skórzanym podgłówkiem. Że nie wspomnę o elektrycznej regulacji boczków – mogłeś jechać na wysiedzianej kanapie klubowej lub w dopasowanym jak pianka płetwonurka kubełku. No i masaż… to jest dopiero atrakcja!

BAJERY.
- iDrive sam w sobie jest bajerem nie z tej ziemi, ale już go pobieżnie opisałem.
- Bajerem są fotele, którym statycznie możesz ustawić zakres trzymania bocznego, a które podczas zakrętów będą cię (w 3 różnych trybach) odpowiednio mocniej podtrzymywać.
- Bajerem jest HUD, bez którego tym autem ciężko jeździć – używałem go ciągle od momentu, gdy nieopatrznie na osiedlowej dróżce przekroczyłem 100 km/h. Mając włączony HUD widzisz prędkość, wskazania nawigacji czy np. info o niezamierzonym przekraczaniu pasa ruchu. Acha – i znaki drogowe rozpoznaje.
- Bajerem są drzwi, które same się domykają. Frajda to wielka – wystarczy lekko zbliżyć je do auta by same się zamknęły. Nie macie nawet pojęcia, jak erotycznie wtedy klumkają!
- Bajerem jest opcja „Sport” w skrzyni biegów – i nie chodzi tu o jakieś wchodzenia na wyższe obroty czy szybsze redukcje – najfajniejsze jest uaktywnienie „Active Steering” w układzie kierowniczym – kurcze, ta wielka limuzyna prowadzi się wtedy jak gokart.
- Bajerem jest kluczyk, który tak naprawdę można mieć cały czas w kieszeni. Ten, kto nigdy się z czymś takim nie spróbował, nie ma pojęcia, jak cholernie jest to wygodne. Podchodzisz do auta, łapiesz za klamkę, wsiadasz, naciskasz przycisk „Start” i odjeżdżasz. Żadnego klikania, wkładania, przekręcania. Psychika siadała mi wieczorami, gdy parkowałem pod domem. Bo jak, mając przy sobie ten kluczyk, sprawdzić czy ultra cichy zamek centralny rzeczywiście zamknął auto, gdy się od niego oddaliłem. Podchodzisz by sprawdzić, łapiesz za klamkę i… jest otwarte. Ech, te lęki… starej daty jestem.
- Bajerem jest bagażnik otwierany i zamykany z pilota. Niby nic, ale zawsze mnie ten spektakl zachwycał. Naciskasz i się zamyka. A gdy tylko klapa leciutko dotknie karoserii, w akcję wkraczają domykacze te samo co w drzwiach – i z erotycznym klumknięciem ją dociskają.
- Bajerem są skrętne lampy – nie żadne tam wieśniackie halogeny, co się włączają bez powodu na każdym zakręcie w mieście, ale prawdziwe biksenony doświetlające zakręty. Wystarczy raz wyskoczyć z takimi lampami gdzieś poza miasto, by wszelkie inne światła uważać za niegodne nawet Trabanta. Jak one świeciły, no ja pierdolę!
- Bajerem jest to, co ten samochód wyprawia z twoimi zmysłami. Podchodzisz do niego z nieśmiałością – jest wielki, biały i patrzy na ciebie jakoś tak, jakbyś na niego nie zasługiwał. Wsiadasz i wita cię erotycznym klumknięciem drzwi, komunikatem dot. czegoś tam, pytaniem o cel podróży, plumkaniem z prośbą o zapięcie pasów, masażem i dopasowaniem fotela i kierownicy (bo przy wysiadaniu kierownica oczywiście odjeżdża a fotel lekko się unosi, wypychając cię niejako z auta) – on cię po prostu onieśmiela. Jedziesz nim gdzieś po mieście i czujesz się dziwnie – szkoda ci go do takiej jazdy, bo skrzynia reaguje za szybko, układ kierowniczy jest zbyt bezpośredni a silnik przy miejskich prędkościach astmatycznie posapuje. Jeżdżąc nim po mieście masz wrażenie, że jest nie tu, gdzie powinien. Masz wrażenie, że jest wielki, nieporęczny i jakiś taki klamotowaty. Ale wystarczy złapać kawałem pustej drogi, by zmalał, skurczył się i opiął cię fotelami. Wtedy staje się w sam raz. Spoglądasz za siebie i nadal widzisz wielkie auto – kanapę dla prezesa, bagażnik dla rodziny. Spoglądasz na drogę i wciskasz gaz – i nagle czujesz, że cały tył gdzieś przepadł – samochód zaczyna ważyć 800 kilo, skręcać jak maluch i zaczynasz się zastanawiać, bo kiego grzyba ktoś w tak malutkim i zwinnym wozie zamontował tak zaawansowane czujniki parkowania?!
- Ale wiecie co jest największym bajerem? W życiu byście nie powiedzieli! Sam się sobie dziwię, ale cóż… do dziś mnie to szokuje. Otóż przyciski radia (te z cyferkami) są niby zwykłe, plastikowe… ale wystarczy dotknąć wybrany opuszkiem palca, by na wyświetlaczu iDrive pojawiła się podpowiedź z nazwą stacji radiowej ukrytą pod tym przyciskiem. Dotykasz, decydujesz i wciskasz. Jak to działa, pojęcia nie mam? Macie coś takiego w swoich wypasionych Alpine’ach albo Blaupunktach? Wątpię. A BMW serii 5 ma to w standardzie. Bajer Super Star!
- – - – - – - – - – - – - – - – - – - – -
To już dwa lata… 730 dni piszę Wam, co myśleć o motoryzacji i jakie mieć zdanie w najważniejszych moto-kwestiach. Ciekaw jestem, jak Wy świętowaliście drugą rocznicę mojego bloga… bo ja w fotelu beemki. Ale nie myślcie sobie, że opisałem to wszystko po to, by Wam czymś zaimponować. Nie, nie jestem przecież aż taki (tutaj pełna galeria zdjęć ;-)…
… ale gula Wam skoczyła co? I husdebos?! E?
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

Okrągła rocznica. Brawo i najlepszego. A formuła testu naprawdę mi się podoba. Zero pierdzielenia o osiągach i ubierania w słowa tabelek z danymi. Oby więcej i częściej!
Godnie swietowalem drga roczniece… 800 km w poltorej doby, wycieczka po slowackich Tatrach Wysokich, pocalowanie klamki w Jaskini Wolnosci oraz kapiel w gorocych zrodlach… I to wszystko na pokladzie siedemdziesiecio piecio konnej Astry Caravan, z czterema osobami na pokladzie. w przyszlym roku bede swietowal pelnoletnosc Astry (chociaz mam nadzieje, ze bedzie to robil kolejny wlasciciel :) )
I zeby nie bylo, tak, chwale sie :)
P.S. Swietny tekst.
Z okazji drugich urodzin tego bloga życzę sobie i wszystkim innym Czytelnikom, żebyśmy jeszcze długo mogli cieszyć się czytaniem interesujących tekstów utalentowanego autora. Tylko proszę bez przekleństw – Blogomotive, piszesz na świetnym poziomie i trzymaj klasę.
@Kulfi: 800 km w półtorej doby to daje jakieś 22 km/h. Naprawdę uważasz, że jest się czym chwalić ;-)
@Lagunault: Przekleństwa są dla ludzi, to taka emfaza. Nic nie poradzę, że czasami mi się wypsną… Bo ja klnę jak każdy celebryta.
no no, Kamil Durczok polskiej blogosfery nam tu wyrasta widze ;)
a tekst najlepszy od, niestety, dlugiego czasu. mam nadzieje ze ta zwyzka formy zagosci na dluzej, a ja wroce do porannego czytania przy kawie :)
Blogo, aż tak ciepło było, że w sandałach i w krótkich spodenkach jeździsz? ;D
http://picasaweb.google.pl/blogomotive/TestBMW530iE60#5307982770089473234
@Pete: Dobre, dobre ;) Nie wiem co odpowiedzieć. Może ktoś mnie wesprze jakąś ciętą ripostą?!
@Pete: Spie#dalaj.
Chmmm… oklepane, lecz nad wyraz celne ;)
Gratulacje 2 lata to kawalek czasu
2 lata to dużo? A czymże one są przy prędkości światła…?
2 lata to dużo. Mi dopiero stuknęło 6 miesięcy :/
powodzenia w dalszym pisaniu
Gratulacje :-) Znam uczucia towarzyszące temu BMW… I oby nie brakło weny i czasu na dogadzanie nam lekturą. W tym czasie obśliniałem swoją “nową” 626 4WS całkiem niedaleko i też większość zdjęć z pułapu chodnika, brak statywu ;-)
=> http://fotoo.pl/zdjecia/files/2009-03/d4937ebc.jpg
Widzę że jesteś fanem BMW.
Wejdź na fanbmw.pl i poszukaj, zaproś swoich znajomych albo znajdź nowych.
Do dyspozycji masz czat, BLOG, forum, albumy na Twoje zdjęcia, video i muzykę!
[...] siedzi się niżej. Subiektywnie o wiele, wiele niżej. Wiem co mówię, bo zwykłą piątką się najeździłem i mimo starań nie udało mi się tak zglebić fotela jak w piątce GT już w 6 sekund po zajęciu [...]
[...] aktualne BMW serii 5. Nie muszę Wam chyba przypominać tych dni, w których miałem przyjemność (tak – przyjemność! zero zbędnej kokieterii) białym BMW [...]
[...] patrzę na te wnętrza inaczej, niż Wy. Ja z BMW Polska żyję naprawdę dobrze (pamiętacie tą ślubną akcję?) i często na ich imprezach jestem. I na każdej mam aparat. I na każdej poczuwam się do [...]