#150 Żenujący Prima Aprilis

Pamiętacie DJ Sznurka? Nie wątpię! Dziś do Was powróci. W poniższym tekście. Dla mnie powrócił dnia 1 kwietnia, ale dopiero dziś podniosłem się psychicznie po tamtych wydarzeniach. A zaczęło się od tego, że zabrałem go spod domu, by wspólnie na 2 dni polecieć sobie służbowo do Szwecji…
- …ę jeździ Focusem? – spytał DJ Sznurek. Miał taki zwyczaj, że zawsze zaczynał mówić za wcześnie, a tym razem połowę pytania wypowiedział jeszcze zanim otworzył drzwi do auta.
- Bardzo OK – odrzekłem zgodnie z prawdą i ruszyłem w kierunku lotniska.
- Żartujesz?
- Nie, naprawdę! Nowiutki, pachnący i jeszcze bez naklejek. Czego chcieć więcej?
- Ale fotele ponoć niewygodne. I schowków mało.
- Ponoć niewygodne, ale jakoś tak od razu się wstrzeliłem w pozycję i nawet mam trochę gangsta, co nie? – spytałem, kuląc się za środkowym słupkiem. DJ Sznurek nie załapał. – Schowków faktycznie mało. Tylko ten przed pasażerem zamykany, ale co z tego, skoro nic schować tam nie można, bo się przy zamykaniu w zawiasy wcina. Szkoda, że te koło skrzyni biegów nie są jakoś zasuwane, bo nie mam gdzie schować ani tej słuchawki blutut ani ładowa… – nie dokończyłem, bo najwidoczniej znudzony mą recenzją DJ Sznurek przerwał mi w pół zdania:
- Coś ci w tylnym zawieszeniu mocno stuka? Nie słyszysz?
- Nie.
- Prima Aprilis! – zawołał rozradowany jak dziecko i z miną zwycięzcy rozparł się w fotelu.
Myślałem, że to będzie na tyle. Że już wystrzelił obowiązkowy „żarcik” i do końca dnia mam spokój. Znam się jednak na ludziach tak samo jak na samochodach. Czyli wcale.
- Tu w moich drzwiach coś trzeszczy.
- Gdzie?
- Prima Aprilis!
- Pomóc ci ręcznym na rondzie?
- Nie, nie…
- Prima Aprilis.
- Panie celniku, mój kolega – o ten tam, za mną – chyba coś szmugluje.
- Ten tam?
- Prima Aprilis!
Ten “żart” okazał się dla służb ochrony lotniska na tyle zabawny, że postawiono mnie na środku (tuż koło bramek wykrywających metale) z rękami na boki i gruby pan o twarzy niczym cyferblat starego budzika obmacał mnie po całości. Trochę się boję tego, co za chwilę napiszę, ale… te jego rękawice, takie zimne, śliskie i wszędobylskie to… ach… w niektórych miejscach naprawdę miło się robiło. Ciekawostka – ten gość posługując się wyłącznie swym dotykiem wykrył guziki w rozporku od ukrytych pod spodniami bokserek i kazał je sobie ukazać. Pro-fes-jo-na-list-ta!
- Skrzydło się urywa!
Słaby żart. Ale zero reakcji z mojej strony nie oznaczało zerowej reakcji niektórych pasażerów.
- Prima Aprilis!
- Tych wibracji jeszcze przed chwilą nie było. Obawiam się, że to defekt podwozia.
Reakcje: ja – zero, współpasażerowie – dwie, ale dość intensywne.
- Prima Aprilis!
- Stój! Samochód! Prima Aprilis!
Ten żart (nota bene wypowiadany jednym ciągiem bez oczekiwania na moją reakcję) w ciągu tego męczącego 1 kwietnia usłyszałem wielokrotnie. Początkowo, przechodząc przez przejście dla pieszych faktycznie się wzdrygałem, później jednak zrozumiałem, że nic mi nie grozi. Możecie wierzyć lub nie, ale nim zbliżyliśmy się do przejścia na jakieś 10 kroków, już przed nim stały samochody w uprzejmym oczekiwaniu na nasze nadejście. Mało tego – niektórzy kierowcy zachęcali nas do przejścia miłymi gestami. Niektórzy nawet, by zbytnio nas nie stresować, gasili na czas naszego przechodzenia po zebrze silniki.

Lund to miasteczko uniwersyteckie. Nie pamiętam dokładnie cyfr i mogę się pomylić nawet o rząd wielkości, ale chyba na 25 000 mieszkańców przypada jakieś 60 000 studentów. I wszyscy oni jeżdżą tylko i wyłącznie rowerami. Niepisana zasada tycząca się bycia uprzywilejowanym w tamtejszym ruchu miejskim ustawia ważność jego uczestników w następujący sposób:
1. rower,
2. pieszy,
3. samochodów.
Dlatego też, o ile opisany powyżej „żart” typu: ”Uważaj! Samochód!” dość szybko przestał mnie stresować, to o tyle zawołanie:
- Uważaj! Rower!
żartem już nie było i naprawdę wymagało błyskawicznych reakcji. Nie zrozumcie mnie źle – szwedzcy studenci nie jeżdżą ani jakoś specjalnie szybko, ani tym bardziej nieprzewidywalnie. Oni po prostu jeżdżą wszędzie i non stop – a przyzwyczajeni do swojego niepisanego pierwszeństwa, jedyne ustępstwo na jakie idą widząc na swej drodze kogokolwiek lub cokolwiek – to ciche i niepozorne dzwonienie.
Ding. Ding. Ding.
Wiem, że brzmi to niepozornie, ale uwierzcie mi – kilka dni w Lund i zamiast tych ding-ding słyszycie „Godzilla! Godzilla!”. Nie da się nie uciekać…
Nie chce mi się przytaczać Wam wszystkich primaaprilisowych „żartów” DJ Sznurka, ale uwierzcie mi, że wydalił ich z siebie w ten jeden dzień coś około 85. I nie robił mu żadnej różnicy fakt, czy mówił je po polsku tylko do mnie, czy po angielsku reprezentując nasz (również Wasz) naród przed ludźmi z połowy Europy. Śmiechu było co niemiara…
Lot powrotny (następnego dnia – 2. kwietnia) minął nam o dziwo dość dobrze. Primo – bo 1 kwietnia już minął i potrzeba „żartowania” opuściła mojego towarzysza. Oraz secundo – bo w przeciwieństwie do podróży „tam”, teraz dostaliśmy za darmo kanapki, winko i napoje bez ograniczeń. Plus cuksy na odetkanie uszu. Plus prawie wszystkie gazety – czyściutkie i aktualne. Plus mokra chusteczka na otarcie rąk. Kto by się spodziewał, że nasz rodzimy LOT zachowa się tak ładnie. Lecąc „tam” SAS-em, w odpowiedzi na pytanie do serwującej przekąski stewardesy:
- Is it free of charge?
otrzymaliśmy tylko słodki uśmiech i jakiś niezrozumiały, lecz zapewne poniżający nas (i Was) jako nację, komentarz w języku szwedzkim.
Mój nowiutki Ford Focus (na razie spokojnie może uchodzić za mój, potem jak pojawią się na nim naklejki, będzie zdecydowanie bardziej czyjś) stał sobie zaparkowany samopas przystanek od lotniska. Z daleka wyglądało, że wszystko jest OK, ale DJ Sznurek dotarł do niego jako pierwszy i…
- Ja pierdzielę! Z przodu masz flaka!
Zmęczony lotem, odwodniony po problemach żołądkowych spowodowanych szwedzkim McDonald’sem, załamałem się w ułamku sekundy.
- Prima Aaaa… ! – zakrzyknął DJ Sznurem, lecz głos uwiązł mu w gardle wraz z moją pięścią. Bardzo dawno temu biłem się po raz ostatni i nie przypominam sobie, bym wtedy czerpał z tego jakąś większą przyjemność, ale frajda, jaką dało mi zglanowanie kolegi dnia 2 kwietnia nie może się z niczym równać. Wyzwoliło to we mnie więcej endorfiny niż hot dog na Statoilu. Dacie wiarę?
PS. Wiem, że to trochę po czasie, ale chętnie „pośmieję” się z „żartów”, które Wy zrobiliście (bądź Wam zrobiono) w ten żenujący dzień 1 kwietnia. Czytelnicy – do pióra!
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

U mnie w robocie standardem było: “Zostawiłeś wóz na światłach”. Do dziś się śmieję… Ech, umiera dowcip w narodzie.
Strzeliło 150! Gratulacje ;)
Eee… pikuś. Sztuczne ognie wystrzelę przy poście nr 1000. Jeśli utrzymam aktualną częstotliwość, szukajcie rozbłysków na niebie już… 19 kwietnia 2026 roku ;(
najbardziej uroczy byl kolega z pracy, ktory wychodzac rzucil “no to do piątku”, a w odpowiedzi na zdziwione miny usmiechnal sie i rzekl “prima aprilis”