#152 Fotel prezesa

Lubię jeździć samochodem. Zawsze. No, może prawie zawsze, bo „syndrom dnia po”, szczególnie gdy owe „po” odnosi się do wczorajszej wizyty w Makdonaldzie, skutecznie może przyjemność z jazdy odebrać (znacie to pewnie lepiej niż ja – bieguneczka, zatwardzono czy w łagodnej wersji wiatry-nie-do-powstrzymania). Ale ogólnie – uwielbiam jeździć po mieście. A wyjazdy w trasę to wręcz ubóstwiam. Oczywiście pod warunkiem, że jadę sam!
Kiedyś się tego wstydziłem, ale od jakiegoś czasu przyznaję się bez wahania – jestem tchórzliwym pasażerem. Jeśli ktoś jedzie inaczej niż ja zwykłem jeździć, czyli opóźnia hamowanie lub niepotrzebnie wyskakuje na czołówkę – gniotę nogami podłogę w poszukiwaniu hamulca. I naprawdę nie potrzeba mi tu jakiś ekstremalnych sytuacji typu łykanie jeszcze jednego TIRa na zakręcie w prawo czy twarda jazda pod prąd z nadzieją, że ci z przeciwka spękają i złapią pobocze. Wystarczy mi zwykła jazda w sznurze aut, ale o metr za blisko zderzaka tego z przodu. Wystarczy mi zwykłe wyprzedzanie w momencie, gdy na horyzoncie widać cokolwiek, choćby traktor, który dotrze do nas za mniej niż dwie minuty. Wystarczy mi niedbałe trzymanie kierownicy i zbyt długie manipulowanie radiem. Gdy ktoś popełnia te błędy – świruję. Nie, żebym od razu wysiadał i plując przekleństwami grzał na piechtę w zaorane pole, ale czuję się nieswojo, staję się opryskliwy i skreślam kierowcę z listy moich akceptowalnych kompanów podróży.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że irytują i stresują mnie zachowania, które sam często uskuteczniam. Zdarza mi się spychać ludzi na pobocze (oczywiście nie dosłownie!) w sytuacjach wyprzedzania. Zdarza mi się niedbale trzymać kierownice (w zasadzie, to bardzo rzadko zdarza mi się trzymać ją odpowiednio). Zdarza mi się majstrować przy radiu (w zasadzie, czynie to prawie cały czas, bo w trasie głównie szukam czegoś innego niż Maryja, Zet lub RMF). Zdarza mi się później niż zwykle hamować. Zdarza mi się wyprzedzać w momencie, w którym niekoniecznie powinienem. Ale, jak to mówią: „co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie” – gdy mnie wieziesz, to jedź płynnie, bezpiecznie i elegancko.
Odkąd zawodowo obracam się w kręgu ludzi posiadających auta służbowe – każdy dalszy wyjazd jest zawsze pretekstem do malwersacji. Wiadomo – trasa 300km w rozliczeniu zmienia się zawsze w 340km. Znam mistrzów, którzy bez cienia żenady robią z tego pół tysiąca i w uzasadnieniu (oczywiście tylko wtedy, gdy ktoś o to zapyta) podają konieczność powrotu z połowy trasy do domu po zapomniane dokumenty.
Nikt, kto ma auto służbowe i ściśle określony limit kilometrów „prywatnych”, nie ma ochoty w dalszą trasę być wiezionym. Każdy chce swoim autem kilometry trzaskać. A że ja zawsze jestem w niedoczasie, to nawet mi pasuje, że ktoś prowadzi – wtedy spokojnie nadrabiam zaległości z laptopem na kolanach. Sęk w tym, że spośród 25 osób, z którymi czasami muszę gdzieś pojechać, tylko 2 darzę zaufaniem. Reszta to wariaci, szosowi debile. Gdyby tylko mogli, stawialiby swoje służbówki na tylnych kołach i trąc wydechem o asfalt grzaliby lewym pasem pod prąd.
Znalazłem jednak sposób, by jakoś taką podróż przetrwać. Fotel prezesa – miejsce totalnie bezstresowe. Siedzę sobie z tyłu za pasażerem i patrzę tylko w moje boczne okienko. Widok wyprzedzanych aut nudzi mi się już po kwadransie i wtedy, w zależności od niedoczasu, albo pasjans na telefonie, albo zaległe umowy, maile czy prezentacje na laptopie. A kolega debil za kółkiem pociska sobie spokojnie po swojemu – spycha długimi, chowa się na lakier i tnie przez wioski paczką-trzydzieści. A ja… cóż, czego oczy nie widzą, tego w galotach nie ma.
Piszę o tym, bo lada dzień mam z mistrzem typu „Wyprzedzę. Zdążę. Chyba na pewno… Spierdalaj na pobocze, chuju!” jechać jego autem do Tomaszowa Lubelskiego. To nawet nie jest daleko – to jest wręcz „w pizdu”… Już jestem mocno szpakowaty, ale to nawet mi się podoba, bo dodaje mi powagi. Ale z tej trasy wrócę pewnie siwy – a to już tak fajne nie będzie. Przecież siwi, łysi i rudzi budzą litość…
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

Kielona sobie strzel przed podróżą, ale takiego porządnego. A potem na drugą nóżkę. A potem strzemiennego. A potem rozchodniaka. A potem browarka na utrwalenie. I prześpisz trasę jak niemowlę. Zero stresu ;)
Mam bardzo podobnie. Najpewniej człowiek czuje się jak kontroluje sam auto.
“szukam czegoś innego niż Maryja, Zet lub RMF”
nie masz autostrojenia przez RDS?