#153 Styl jazdy


Styl jazdy

Ogólnie jeżdżę dobrze – bezpiecznie, nienerwowo i inteligentnie. Czasami nawet ekonomicznie, choć od kiedy wożę się służbówkami, ekologia i ilość spalanego paliwa mnie wali. Zauważyłem jednak, że nie mam jednego stylu jazdy. Mam ich kilka… 5 dokładnie.

SAMOTNY JEŹDZIEC
Najbardziej lubię jeździć samemu – wtedy nie dość, że nie muszę się zatrzymywać na odsączanie pasażerów, to nie muszę również dbać o płynność jazdy. Jestem tylko ja, samochód, kawa i hot dogi. Przyspieszam, hamuję, skręcam – jak mi się podoba. Samemu jeżdżę szybko. Oczywiście zawsze w granicach rozsądku, ale jednak piekielnie szybko. Nie staram się za wszelką cenę być mistrzem, ale zawsze jakoś tak wychodzi, że na 300-kilometrowej trasie wyprzedzą mnie może ze 3 samochody (z 90-procentowym prawdopodobieństwem będzie to biały Ford Transit, biały Citroen Berlingo oraz czarne Mondeo kombi). Mimo pędu i brawury, mam wrażenie, że samotna jazda jest najbezpieczniejsza. Będąc Panem na drodze, który nie musi co chwilę zerkać we wsteczne lusterko (bo to ja wyprzedzam, więc niech inni zerkają), mam poczucie panowania nad tłumem, a moje reakcje są pewne i trafne. Choć jak sobie po powrocie do domu oglądam nagrane na telefon filmiki z wyprzedzania TIRa mając 210 km/h na liczniku to czasami się zastanawiam, czy przypadkiem nie zgubiłem gdzieś w trasie życiowych priorytetów.

ACHTUNG! KINDER IM AUTO!
Podróż z Margolcią jest wyzwaniem samym w sobie. Jeśli uśnie – spinam się, by w płynnym stylu pokonać jak największy dystans. Gdy się obudzi lub w ogóle nie zamierza spać – skupiam się na wynajdywaniu odpowiedzi na pytania w stylu „Czy zabawki też pójdą z nami do Nieba?” (swoja drogą – śmierć i niebo to idealne tematy na podróż autem), odnajdywaniu wiecznie wypadających jej z rąk przytulaków i poszukiwaniu przyzwoitych stacji na „Siusiu!” lub „Pić!”. Paradoksalnie – mam wrażenie, że mając dziecko na pokładzie jeżdżę najmniej bezpiecznie. Wiele o tym myślałem i szczerze mówiąc, nie wiem jak temu zaradzić. Jakoś tak jest, ze nawet jeśli oprócz mnie w aucie jest Ryba, babcia, dziadek czy wujostwo – Margolcia zawsze ma pytania do mnie. A z nią jest tak, że nie ma to tamto – zapytała tatę, to tata ma odpowiedzieć. Choćbym akurat miał w ustach całego hot doga ze Statoila i pół opakowania M&M-sów (co wbrew pozorom zdarza się dość często), muszę w pół sekundy przełknąć i odpowiedzieć. Bo inaczej aferka. A tego w aucie staram się unikać… nawet kosztem zerkania (bo o normalnym patrzeniu to z Margolotem mowy nie ma) na drogę.

PRZEWÓZ OSÓB
Jadąc z kimś – kimkolwiek – zawsze jeżdżę mega płynnie. Mam coś takiego, że każde szarpnięcie, zbyt mocne hamowanie czy poprawienie zakrętu w trakcie łuku sprawia, że czuję się przed pasażerem głupio. Gnam wolniej, niż gdybym jechał samemu, ale o wiele szybciej niż z Margolotem na pokładzie. Wyprzedzam, przekraczam ograniczenia, zwalniam przed radarami i zmieniam biegi – ale zawsze płynnie, przewidywalnie i tak, by jadącemu obok komuś nigdy głowa nie dygnęła. Nie wiem, czy to jeszcze jest w normie, czy już czas przyjmować leki. Ciekawe jest to, iż mimo pewnego napięcia powodowanego przez przymus płynności, jazda taka mnie nie męczy. Powiem więcej – ona mi daje mnóstwo satysfakcji. Najwięcej wtedy, gdy pasażer zamiast wymiotować i omdlewać przy każdym wyskoku na przeciwległy pas ruchu stwierdza, iż świetnie mu się ze mną jeździ.

WIECZORNE ZAKUPY
Samotny, wieczorny wyjazd do Reala lub Tesco to moje ulubione, acz kompletnie bezrefleksyjne chwile spędzone w aucie. Tylko w takich przypadkach denerwuje mnie długi czas nagrzewania się diesli – bo od razu chciałbym dać w palnik i piszczeć na zakrętach. Ale nie jestem głupkiem – zawsze daję się autu obudzić. Lecz gdy tylko wskazówka temperatury cieczy chłodzącej drgnie o milimetr – skręcam koła i piszczę aż do trójki. Z każdych świateł wykręcam katalogowe czasy 0-100 km/h. Każdy zakręt biorę na pisku. Każdą redukcję robię z międzygazem. Każdy napotkany na drodze kierowca jest mi rywalem. Wyżywam się. Gdyby nie te krótkie, wieczorne przejazdy z domu do hipermarketu (bo droga powrotna jest już jechana na emeryta – nie warto szaleć, gdy w bagażniku pełno serków, jogurtów i pomidorów w „ekologicznych” reklamówkach za 30gr sztuka), nie miałbym pojęcia, co to ogranicznik obrotów, jak zapiszczeć z trójki i dlaczego zakręt na ręcznym na świetnym asfalcie wymaga lekkiego rozbujania auta.

EMERYT PO ZAWALE
Tak jeżdżę tylko w dwóch przepadkach – gdy się nie wyspałem i w chwilach zmęczenia… czyli zawsze rano i zawsze w drodze powrotnej z pracy. W praktyce: w tym stylu pokonuję 80% mojego rocznego przebiegu. Wiecie jak poruszają się emeryci w Ciechocinku? Na narciarza biegowego – szur, szur, szur kapciami po posadzce. Ja co prawda nie szuram, ale zmiana biegu zajmuje mi kwadrans, kierunkowskaz wrzucam dwa skrzyżowania wcześniej a podczas każdego oczekiwania na zielone światło zasypiam.


 

W tym wszystkim ciekawe jest to, że najbezpieczniej podróżuję samemu w trasie – mimo tego, że akurat wtedy jadę najszybciej i czasami najbardziej ryzykownie. Najmniej bezpieczne dla mnie style jazdy to ten z Margolcią na pokładzie (co jest dość przerażające), oraz ten w drodze do/z pracy (co jest dość oczywiste, bo w każdej chwili mogę zasnąć).

Chmmm… ale zgoła odmiennie to wygląda z punktu widzenia innych kierowców. Zapewne jeżdżąc w trasie czasami ich straszę, gdy moje prawe lusterko delikatnie trąca jego lewe podczas wyprzedzania. Zapewne jeżdżąc z Margolcią permanentnie ich przerażam, gdy wyprzedzając mnie w mieście widzą, jak przy 80 km/h skręcony o 180 stopni szukam czegoś na tylnej kanapie. Zapewne jadąc wieczorem po zakupy rykiem silnika (o ile diesel potrafi ryczeć) i piskiem opon sprawiam, że ich domowe psy i koty moczą się bezwiednie na salonowe meble. Zapewne wracając zmęczony po pracy irytuję ich późnym ruszaniem na zielonym i jazdą z włączonym kierunkowskazem. Tak – chyba tylko wożąc kogoś (ale nie Margolcię) w oczach innych jestem dobrym kierowcą…


 

Oczywiście gdy mnie ktoś spyta: „A jak ty w ogóle, Blogo, radzisz sobie za kółkiem?”, bez wahania odpowiem (jak w pierwszym zdaniu tego postu), że bezpiecznie, nienerwowo i inteligentnie. Tymczasem to gówno prawda.

Wiem, że robię źle. Wiem, co powinienem zmienić.
I co z tym dalej będzie? Nico. Przęsełko. Imadełko. Jajco.
:(




Wpis opublikowany dnia 15.04.2009
Kategoria: [Bezpieczeństwo], [Rozważania] | Tagi: , , ,
Subskrybuj kanał RSS lub otrzymuj info o nowych wpisach mailem.



Liczba komentarzy: 6

  1. lagunault ( April 15th, 2009 17:57 )

    Hm.. Tak się zastanawiam.. “Samotny jeździec” znajduje się wśród czterech stylów jazdy zajmujących tylko 20% Twojego przebiegu, więc szanse są dość małe.. Z drugiej strony nie spoglądasz wtedy we wsteczne lusterko i wyprzedzasz tiry z prędkością 210 km/h, co zwiększa szanse..
    Oszacowałem przewspaniałym modelem ekonometrycznym, że jeszcze w tym roku wystąpisz w tvn turbo! :D Mają tam taki fajny program ;)

  2. bbkamil ( April 15th, 2009 23:51 )

    To teraz Blogo dzwoń szybko do Martyny, bo jak już masz wystąpić w TVN Turbo to chyba lepiej w Automaniaku.

  3. lagunault ( April 16th, 2009 09:15 )

    Martyny już od dawna nie widziałem w tvn turbo. Być może w ogóle tam już nie pracuje, bo jest teraz redaktor naczelną National Geographic Polska. “Automaniaka” prowadzi Prokop :P

  4. Darek ( April 16th, 2009 09:54 )

    Ciekaw jestem czy Pan, Panie Blogomotive, również zauważa, że w dłuższych trasach często na koniec wynik jest podobny. Jeździmy w róźnych częściach Polski i mnie częściej wyprzedzają białe Mercedesy Sprinter (nazwa wymusza) i służbowe Passaty, ale już nie białe. Do miast docelowych jednak często docieram tuż za. I więcej styl jazdy zależy od auta, którym akurat jadę, ale styl też nie jest jedyny i ten sam.

  5. Albanium ( April 18th, 2009 20:11 )

    Uwaga, komentarz nie na temat:

    Drogi Blogo i wszyscy inni zmotoryzowani – car show w Łodzi a Manufakturze… 45 Mustangów… w tym te z ’66 roku… łzy w oczach, dreszcze, mówię Wam, to lepsze niż ….. zapraszam, cudowna sprawa :)

  6. lordqra ( July 9th, 2009 11:44 )

    hejka! to chyba mój pierwszy czy drugi wpis :D ale do czego zmierzam. mam tak samo! oprócz “achtung kinder in auto!” z prostego powodu – póki co, braku dziecka.

    reszta jota w jotę :D pozdrawiam! i już o 15 poszuram do domu :D



Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!









Polecam: Części do aut amerykańskich