#154 Jak przez mgłę (1/4)

AutoKreacja 2009

Pękała mi głowa, mięśnie kurczyły się w agonii a żołądek wypełniała siarka. Czułem się tak, jakby ten ból towarzyszył mi od zawsze. Byłem wykończony. Wszystko pulsowało – skroń, jelita, język wyschnięty na wiór. I właśnie w chwili tąpnięcia, gdy ból stał się nie do zniesienia a głowa czekała tylko na impuls do eksplozji…
– Wstawaj misiu. Wiem, ze wczoraj popiłeś, ale sobotnie odkurzanie samo się nie zrobi. No już!

Wszystko co Wam tu opowiem wydarzyło się 17 kwietnia, w piątkowy wieczór. Wieczór, który z przyczyn (o których potem) pamiętam jak przez mgłę. Bez problemu jednak przywołuję sobie w pamięci piątkowy poranek, gdy to wziąłem urlop na żądanie by godnie przygotować się do wieczornej imprezy – kolejnej edycji AutoKreacji. Cały dzień się stroiłem, dobierałem koszulki do butów i paski do zegarka – zawsze świruję, gdy na zaproszeniu jest jak byk napisane: cocktail dress code. E tam – zawsze świruję, gdy na zaproszeniu jest jakikolwiek dress code, bo nigdy nie wiem, czy sztruksiki, consy i t-shirt mieszczą się w ogólnie przyjętej normie.

Przez cały piątek nic nie jadłem – bo i po co, skoro na tego typu VIP-owskich imprezach zawsze jest jedzenia bez liku. Te podgrzewane platery z rybą po grecku, kurczakiem curry i zapiekanymi ziemniaczkami… chmmm… kanapeczki, oliwki, chipsy… Iść na taka imprezę z pełnym brzuchem to czysta głupota.

Do Fortu Legionów na Zakroczymskiej wpadłem przed czasem jak po ogień. W brzuchu tak strasznie mi burczało, że nawet sesja fotograficzna typu „red carpet” niespecjalnie mnie bawiła. Zapozowałem raz i drugi, i już byłem w środku węsząc jak pies za jedzeniem. Mimo dość wczesnej pory ludzi było sporo, a swobodne poszukiwania utrudniały mi dziesiątki aut poprzykrywanych błyszczącymi płachtami. To miał być wieczór premier, ale szczerze mówiąc – miałem to gdzieś. Jedyna premiera, jaka przychodziła mi wówczas na myśl nazywała się „Sałatka Chicken Premiere”… Zaburczałem i ruszyłem na dalsze poszukiwania jedzenia…

Wypiłem Lavazzę, Metaxę, Wyborową i… nie znalazłem nic do jedzenie. Do burczenia doszły mi zawroty głowy – tak to jest, jak pije się na pusty brzuch.


 

O! – zawołałem w myślach – Ktoś zostawił chipsy!
Podkradłem się do grupki ludzi siedzących na miękkich sofach „salonu” She. Spod poły marynarki jednego z gości wystawało błyszczące opakowanie Chrunchipsów X-cutów – moich ulubionych! Niewiele myśląc, podszedłem doń pewnym krokiem i po prostu je wziąłem. Odwróciłem się na pięcie i nie reagując na groźne nawoływania, otworzyłem opakowanie i niczym koń z obrokiem – włożyłem do środka całą twarz. Boże, ależ byłem głodny!

I wtedy dostałem swój pierwszy tego wieczora cios. W plecy. Chyba z kopa. Poleciałem w przód, a będąca w torbie z chipsami twarz wbiła się głębiej. Teraz, to już w torebce miałem całą głowę. Prawdę mówić, chipsy już się kończyły i gdyby nie ten kopniak, nie dałbym rady wyciągnąć tych resztek upchniętych w rogach opakowania. A tak, dzięki sile bezwładności, same wpadły mi do gardła a ja… wpadłem na coś twardego.

I wtedy się zaczęło – krzyki, śmiechy i błyski fleszy. Miotałem się bezładnie wśród ludzi mając przed oczyma tylko wnętrze pustej torebki po chipsach. Ktoś krzyczał, że zrujnowałem premierę. Ktoś inny, że to da się wyklepać. A jakaś pani, że nie dostanę honorarium i w ogóle to mogę spieprzać. Zatrzymałem się i odetchnąłem pełnym soli powietrzem z wnętrza torebki po chipsach. Namacałem ręką jakiś słup, i oparłszy się o niego plecami chwyciłem oburącz torebkę.
– Pssss…. – zeszła mi z głowy z donośnym psykiem.

Rozejrzałem się wokoło i co się okazało? Że kopnięty w plecy wpadłem na wjeżdżające właśnie w tłum BMW Z4. Prapremierowe. Do Polski przyjechało na 45 minut przed imprezą. Pierwszy i jedyny egzemplarz w kraju… a już lekko bity z dyńki.


 

– Niezły pokaz – ktoś klepnął mnie w ramię. Obejrzałem się, a tam stał Znajomy PR-owiec – Taki spontaniczny i niezapowiedziany, ale niezły.
– Jaki pokaz?
– Ten w masce.
– A… TEN pokaz…
– Kiedy zdążył pan to z ludźmi z BMW uzgodnić?
– A to… – zamyśliłem się – chyba… A wiem Pan, że nie pamiętam…

Co było potem? Jak przez mgłę widzę siebie flirtującego z japońską hostessą, leżącego z brzuchem na wierzchu na masce Audi A5 carbio i wtulonego w malutkie felgi Renault Megane. Ale o tym później, zdecydowanie później… teraz muszę się napić czegoś chłodnego… Mam nadzieję, że w lodówce jest chłodny kefir. Nie po to się z Rybą żeniłem, żeby w chwilach tak trudnych jak ta, kefiru w lodówce nie było…

c.d.n.

1 Comment

  1. Nie byłem na wielu moto-premierach, ale na tych co byłem też zawsze natykałem się na wywoskowane furki na kołach od deskorolki. Felgi potrafią wy-pimp-ować auto o 3 klasy wzwyż! Jak można na ekskluzywne pokazy puszczać współczesny wóz na 15-tach…?

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *