#166 Auto Arystokracja 2009 (1/3)

Ależ ten czas leci – to już dwa tygodnie minęły od Auto Arystokracji! Zastanawiałem się, czym zwłokę w relacji wytłumaczyć. Może powinienem ściemnić, że mnie ktoś pobił i dopiero wyszedłem ze szpitala? A może to ja kogoś pobiłem i dopiero wyszedłem z więzienia? A może byłem w śpiączce? Albo mnie porwano? Nie, to nie ma sensu – dość już tu na blogu ponawijałem Wam makaronu na uszy. Opiszę wszystko jak było naprawdę – bez ściemy, koloryzowania i zbędnego samouwielbienia. A zacznę od…
…zacznę od wyjaśnienia przyczyny takiej zwłoki w relacji. Mianowicie – zarobiony jestem. Wkrótce się dowiecie czym. Ale wszystko w swoim czasie.
- Wychodzisz już? – spytała Ryba.
- Yhy. Zadzwonię, ale pewnie zostaniemy ze Stopsem do końca – wtedy najprzyjemniej można sobie furki pooglądać – wszyscy albo już wyszli, albo drinknięci ledwo czają o co cho.
Gdy zamykałem drzwi, usłyszałem Rybę. Coś ku mnie wołała. Odkluczyłem i dobiegła do mnie końcówka polecenia:
- …mawiałam ze Stopsem. Weź mu katanę. Tą od babci.
„Nie wiem, po co Stopsowi moja katana, a już na pewno nie mam jej od babci, ale mnie może się przydać” – pomyślałem i przytroczyłem sobie do paska dzieło Hattoriego Hanzo, które dostałem kiedyś przy okazji organizacji premiery Kill Billa.
Impreza, jak już pewnie wiecie z licznych relacji opublikowanych niezwłocznie, a nie z taką obsuwą jak ta moja, miała miejsce w dawnym budynku KC. Strasznie lało – i dzięki temu mogłem w strugach deszczu ukryć łzy nostalgii, które napłynęły mi do oczu na wspomnienie młodzieńczych lat, gdy na tych partyjnych murkach ćwiczyłem slide’y a na 4 schodkach kick-flipy.
- Widziałeś to – zaskoczył mnie Stops, który cichaczem podkradł się od tyłu – Najlepsze auto zostawili na deszczu.
Spojrzałem w kierunku, który wskazywał. No – miał rację – tuż przed elegancko rozświetlonym wejściem połyskując w deszczu stało Maserati GranTurismo. Mój absolutny numer 1 w garażu marzeń. Co tu będę pisał – zobaczcie sami:

Miszcz świata! A WY jak uważacie?
Nie muszę chyba pisać, że kliknąłem w pierwszą opcję. Kliknąłem kilka razy, bo sondy nie zblokowałem ani po cookies, ani po IP bym mógł wieczorami budować przewagę jedynej słusznej odpowiedzi.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
W podcieniach partyjnego gmachu słychać było głównie krople deszczu rozbijające się o marmurowe chodniki. Przed rozświetlonym wejściem tłoczyli się goście, lecz ich głosy skutecznie tłumił deszcz. Dwóch z nich nie bacząc na wstrętną aurę chodziło wokół Maserati i robiło mu zdjęcia. Jeden z nich miał aparat z osprzętem za grubo ponad 200 000 zł, ale to nie na nim skupiał się wzrok ukrytego w ciemności wojownika. On patrzył na tego drugiego, który z idiotycznym aparatem typu „małpka” udawał wielkiego artystę i w poszukiwaniu idealnej perspektywy przybierał żenujące pozy z wypiętym dupskiem i przyklękiem wprost w kałuży. Ilekroć się schylał, spod płaszcza wyłaniał się… (nie, nie żaden rowek, chcielibyście!)… japoński miecz. Ilekroć się wyłaniał, tylekroć zamaskowany wojownik wzdychał cicho i szczekliwym głosem recytował:
- Hattori! ZoomZoom! Hayabusa!
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Aleś sprzętu nabrał! – doceniłem profesjonalizm Stopsa chowając do tylnej kieszeni moją małpkę – Wejdźmy, bo przemokłem.
Od razu na wejściu zaatakowała nas Hostessa z wazonem:
- Mogę prosić o wizytówkę?
Bez słowa sięgnąłem mokrą ręką do kieszeni i szybkim ruchem wrzuciłem wizytówk… „ę”? Niestety nie, wrzuciłem „i”. Krople deszczu na dłoni zlepiły mi je w spory plik i wszystkie, tak na oko ze dwadzieścia, poleciały do wazonu. Pani nie patrzyła zajęta innym gościem, a ja afery przecież z tego też robić nie chciałem. Odwróciłem się i poszedłem w kierunku szatni. Rozpiąłem płaszcz i zamarłem – byłem pod nim goły…
Hehe – niedoczekanie Wasze! Znam wyniki ankiety i wiem, że liczyliście na mą nagość (a szczególnie na fotki w HD), ale obiecałem wszak nie ściemniać, więc sorry-gregory, ale opowieści o goliźnie przełóżmy na kiedy idziej.
Rozpiąłem płaszcz i zamarłem, bo zdałem sobie sprawę, że ciężko będzie z kataną prześlizgnąć się koło ochroniarzy. Bo niby co im powiem, że po co mi ona? Że zamierzam w Panamerze sepuku sobie trzasnąć?
- Przepraszam, ale z mieczem nie można – złapał mnie za ramię ochroniarz, typowy eLCeDek, co najmniej 42 cale w barach.
- To nie miecz, to… – chciałem powiedzieć, że katana, ale w sukurs przyszedł mi Stops.
- To statyw – powiedział – Monopod.
- Mono co?
- Pod.
Ochroniarz spojrzał „pod”, ale że nie za bardzo wiedział „pod co”, więc się zawiesił, co pozwoliło nam go minąć i wmieszać się w tłum eleganckich gości.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Czarny wojownik szedł przez środek dziedzińca pełnego ludzi. Nikt go nie widział, nikt go nie słyszał. Nawet krople deszczu go omijały – tak silne i złowrogie miał Manitou. Wszedł niezauważony nawet przez superczujną hostessę z wazonem i zatrzymał się przed szatnią. Zdjął wierzchnią pelerynę (nota bene – po co ją brał, skoro deszcz go i tak omijał?) i podał ją szatniarzowi, który zupełnie na ten gest nie zareagował – stał i nadal patrzył się przed siebie. Wojownik chrząknął po japońsku i potrząsnął trzymanym w ręku odzieniem. Szatniarz nadal go nie dostrzegał. Wojownik rozejrzał się dokoła i upewniwszy się, że nikt spośród setki stojących obok niego osób go nie widzi, dobył miecza… i szatniarz upadł. Tak kończą ci, którzy ignorują wojownika.
Otarł swą katanę z krwi i… pacnął się otwartą dłonią w zasłonięte opaską czoło.
- No jasne – szepnął po japońsku – przecież nie mógł mnie widzieć. Jestem ninja.
Odwrócił się na pięcie i niezauważony minął ochroniarza, który wciąż patrzył “pod”…
Cdn.
Nawigacja dla zagubionych:
To jest część 1 | Część 2 | Część 3 | Kilka ciekawostek na koniec
A tutaj projekt:photomotive, czyli mnóstwo zdjęć w lepszej jakości.
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

Maserati jedzie czosnkiem.
Widzę, że moja czosnkowa odpowiedź w sondzie sprzed dwóch dekad nadal robi furorę ;)
Pozdr
@Skup: Absolutnie masz rację! Wpadnij tu dziś (sobota) wieczorem – będę miał dla Ciebie niespodziankę… ;)
[...] napisałem – tak i zrobiłem. Skub – officjalny dyblog dla Ciebie! Za humorystyczne “czosnkiem [...]
Oficjalne podziękowania zamieściłem pod Dyblogiem, ale i tutaj jeszcze raz nie omieszkam wyrazić swej wdzięczności dla szanownego imć Autora.
Jesteś pewien, że to na zdjęciu to maserati?
Ciemno i niewiele widać, ale dałbym sobie “102″ z nicka uciąć, że to kia shuma.
nie żebym się czepiał, bo rozumiem, jakie emocje żywicie wobec tych bryczek, ale marki i modele pisze się z małej :-).
nie bez powodu.
jakby pisać je z dużej nie można by z nich ułożyć skrabla :-)
http://www.sjp.pl/maserati
Kto by pomyślał, że jedna literka może tak wiele zmienić ;)
maserati – samochód marki Maserati.
Brzmi to debilnie. To już prędzej quattroporte to samochód marki Maserati. A Maserati to marka a nie samochód, więc zawsze z dużej litery! Nikt mie tu (i to na rasowym blogu motoryzacyjnym) nie będzie umniejszał wagi pierwszych literek marek samochodowych! Na stos z twórcą sjp.pl!
danone – serek marki Danone. Głupie :D
Maserati Gran Turismo to bez wątpienia jeden z najwspanialszych aut klasy GT. Włosi wiedzą jak budować piękne auta, a Maserati wie jak robić to z wysublimowanym smakiem. Maserati ma styl, ma dumę i jest szlachetne (a nie udaje że takie jest), choć dzisiejsze auta są mniej urocze od aut z lat 60 – 70. Więcej o samochodach z tych lat można przeczytać na:
http://motopassion.blog.onet.pl/
Zapraszam i czekam na wasze uwagi:)
nie da się ukryć, nowe Polo to to nie jest ;]