#177 Genewa 2010 w weekend (2/3)

Podtytuł: pojazdy kategorii „MISZCZ”.
1660 km z Warszawy do Genewy to nie przelewki. Na szczęście droga prowadziła przez niemieckie autostrady, na których – wiadomo – można 114 koni puścić cwałem.
Zatankowałem do pełna jeszcze w Polsce – nie miałem na wyjazd franków szwajcarskich, bo wszystkie wykupili moi znajomi, co się z kredytami przez najbliższe kilkadziesiąt lat będą męczyć. Niestety chęć zatankowania naszła mnie znienacka i wybrałem stację Waldex W.Nowak Imp-Ex Sp. z o.o. gdzieś przy granicy. Kurz na klamce i dystrybutor na kłódkę powinny wzbudzić moje wątpliwości, ale przecież jechałem na Motor Show w Genewie i benzyna bulgotała mi w żyłach. Pan Waldek, jak mniemam, odkluczył dystrybutor i zalał mi Almerę do pełna. Zapłaciłem i odjechałem. 35 minut później byłem już na niemieckiej autostradzie i gnałem jak wiatr.
Czwórka, obrotomierz w okolicach 3600 rpm, 106 km/h na szafie ale auto jakby nie mogło dalej. Redukuję na trójkę, obroty skaczą do 4700 ale zwalniam. Co do cholery?! Piątka i dalej pełen palnik. Minutę później przekraczam 110 km/h. 111 km/h. 112 km/h. O, jest trochę z górki… 118 km/h. Tak! Złoty dwadzieścia! Obroty około 3500, gaz w podłodze, silnik czasami prycha. No – taką jazdę to ja rozumiem! Niemiecka autostrada, japońskie auto i polska benzyna – żyć nie umierać.
W końcu wjechałem do Szwajcarii. W międzyczasie musiałem niestety zatankować na jakimś Shellu czy Statoilu i wszystko się zrypało – samochód stał się narowisty i niebezpieczny – rozpędzał się pod górkę, kręcił powyżej 4000 rpm i gdy się zapomniałem, pędził w granicach 185 km/h. Co za diabelskie paliwo w tym Reichu mają?! Nie dziwię się, że takie drogi robią – z tym paliwem na naszych wszyscy by się pozabijali.
- Fiu fiu fiu-fiu-fiu. Fiu fiu fiu-fiu-fiu – odezwała się moja Nokia gwizdałką z Kill Billa. Spojrzałem na wyświetlacz – “numer prywatny”. Nie odbieram, mam zasady.
Po chwili to samo: „Fiu fiu fiu-fiu-fiu” i znów prywatny. Nie ma bata, nie ugnę się.
Minutę później dzwoni Ryba:
- No i co się wydurniasz? – spytała charakterystycznym dla siebie ciepłym tonem.
- E?
- Dodzwonić się do ciebie nie można.
- To ty, Ryba, dzwoniłaś? Ale z jakiego numeru?
- Nie ja, on.
- Kto?
- Następnym razem odbierz, to się przekonasz.
- Ale powiesz mi kto to?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo nie. Ale wiem, jak się utrzymuje pacanów w niewiedzy.
- No jak?
- Potem ci powiem.
I się rozłączyła.
Gdy mijałem Zurich Nokia znów się rozgwizdała. I znów „numer prywatny”. Odebrałem, bo tak kazała Ryba. Dla niej łamię zasady. Tylko dla niej.
- Halo?
- Pan Rafał?
- Tak.
- Witam, nazywam się Krzysztof Irys i dzwonię do Pana z zaproszeniem do 5-gwiazdkowego hotelu na wyjątkową prezentację wyjątkowej pościeli z włókien…
- Wyjątkowo Panu dziękuję.
Rozłączyłem się. Rybę chyba na starość pogięło!
Chwilę później Nokia znów zagwizdała numerem prywatnym, i chwilę później mój kciuk to odrzucił. Raz mogę złamać zasady. Raz. Mam kręgosłup. Mam.
Wejście na teren tegorocznego Motor Show było jakby bardziej strzeżone niż w latach poprzednich – wszędzie rośli ochroniarze i hostessy wnikliwie sprawdzające bilety i zaproszenia… których ja nie miałem. Musicie wiedzieć, że rok temu mocno narozrabiałem (nie warto o tym mówić, może kiedyś…) i dostałem dożywotni zakaz wstępu. Więc gdy nadeszła moja kolej, postanowiłem zagrać trochę inaczej niż zwykle i podać się za kogoś innego – kogoś większego i poczytniejszego.
- Sir, can I have your invitation, please?
- Unfortunately I don’t have one.
- So, what media do you represent?
Tu właśnie nadszedł czas na ściemę:
- Moto.Interia.pl
- What? – hostessa zaśmiała się pod nosem.
- Eeee… Motoryzacja.Onet.pl? – spytałem niepewnie.
Hostessa poczuła się swobodniej i szczery, nieskrywany uśmiech zagościł na jej licu.
- Moto.WP.pl? Autokult? Autocentrum? – strzelałem z pamięci wszystko co znałem. Hostessa tymczasem bez skrępowania chichotała jak najęta, w przerwach obficie prychając.
- Autokrata? – wyszeptałem niepewnie rzutem na taśmę.
Do hostessy dołączyło 3 rosłych ochroniarzy i cała czwórka pękała już ze śmiechu. Całkiem fajnie, tylko że ja nadal stałem przed wejściem. A taki dobry był ten plan, taki dobry…
- Blogomotive – powiedziałem w końcu przegranym tonem. Rozbrykane towarzystwo zamilkło w ułamku sekundy. Ochroniarze wrócili na swoje pozycje, hostessa ukradkiem zerknęła na swoją listę, bez słowa wręczyła mi identyfikator i uprzejmym gestem zaprosiła do środka. Zdziwiony przypiąłem ID i ruszyłem przed siebie. Przechodząc koło wielkiego lustra zerknąłem w nie by sprawdzić, jak się prezentuję. Wyglądałem jak zwykle bosko. Wzrok mój jednak zwrócił identyfikator, a w zasadzie znajdujący się na nim napis:
![]()
Pogięło ich w tej Szwajcarii? O co chodzi? Jakaś symbolika iluminatów czy co?

Nie podoba mi się Punto po liftingu (a w zasadzie Grande Punto, które teraz zwie się Grande Punto Evo – chyba ich porąbało!) – uważam, że straciło czystość linii i przód, dzięki któremu mogło uchodzić za małe Maserati. Teraz może uchodzić za… Punto po liftingu. Ale nie ma się co dziwić – Fiat słynie z nieudanych liftingów – wystarczy wspomnieć poprzednie Punto (dostało zdziwione wielkie światła w zamian za rewelacyjnie wyglądające wąskie projektorowe – kto wie, czy nie były one najczęściej wykorzystywanymi światłami we wszystkich nietypowych tuningach – kiedyś widziałem je przełożone nawet do ślicznego Peugeota 406 Coupe).
Jednak ten Abarth jest miszczem. Za malowanie, rewelacyjne fotele we wnętrzu (tu ich nie widać, ale siedziałem w poprzedniku i te pewnie nie są gorsze) i ogólnie za profil. Ten Punciak udowadnia, że Włosi są mistrzami małych aut.


Irytuje mnie, że nowe Alfy dostają przód po MiTo. Wiem, wiem – MiTo dostała przód po 8C Competizione, ale na miły Bóg – czy ktoś z Was widział to auto kiedyś na żywo? Wątpię. (A ja w nim siedziałem, a ja w nim siedziałem… zygu zygu!) Więc dla mas nowy design Alf wywodzi się od MiTo. A to chała. Wizerunek powinien schodzić z góry, niejako łaskawie spływać z modeli topowych na te gorsze, a nie odwrotnie. Abstrahując od tego, co jest ładniejesz a co brzydsze – moim zdaniem wszystkie Alfy powinny mieć światła w stylu 159-tki. A teraz jest tak, że już wkrótce pojawi się następca 159-tki z wielkimi wybałuszonymi gałami w stylu MiTo.
Ale wracając do Guilietty… cóż za piękność! Przód mniej ładny (i nie tylko z w/w powodu) – jest jakiś taki obły jak mydło – wiecie, takie z wciśniętym w nie magnesem, podwieszone na specjalnej magnesowej łapce. Ohyzda, co nie? Ale tył – właśnie tak chciałbym by wyglądał mój następny samochód. Lecz broń Boże – oby tylko nie był Włoski.


Coś wspaniałego – ręczna robota, doładowane V8 i kewlarowo-karbonowy monocoque. Klasę wyżej od Rollsa, dwie klasy wyżej od Bentley’a. Nawet nie chcę wnikać, kto to produkuje (być może Chińczycy, ale pal licho). Czymś takim powinni wozić się zylionerzy tego świata. Auta w takim właśnie stylu w pół sekundy uświadamiają nam, jak wieśniackie są Bentleye i Rollsy, że nie wspomnę o Maybachach.


Nie wierzę, że jakikolwiek element stylistyczny tego wozu znajdzie się kiedykolwiek w autach Hyundaia. I szczerze mówiąc – brzydki jest ten concept jak noc. Ale jest w kategorii „miszcz”, bo doceniam zabawę płaszczyznami, śmieszny nieregularny grill w przednim zderzaku, dziwne pierwsze słupki (te zwężenia na przedniej szybie) i tył, który jako żywo przypomina łeb rekina. Świetny koncepcyjny design – ciekawy, nietypowy, niewdrażalny. Esencja takich targów.



Tak powinny wyglądać auta koncepcyjne – powinny swą innością zwalać z nóg. Mam gdzieś concepty o których ich autorzy mówią „wersja produkcyjna będzie niemalże w 100% identyczna”. Skoro tak, to jaki to concept? Wszak to model przedprodukcyjny! Concept ma zadziwiać. Ma powodować, że jedyna odpowiedź na pytanie „I oni chcą to produkować?” brzmi „No way!”.
Czerń jest rewelacyjna. Tył egzotyczny. Profil fajnie futurystyczny (mi się właśnie taka napompowana obłość kojarzy z autami z odległej przyszłości). Mimo, że nie jest to mistrzostwo świata w kategorii proporcji, piękna i stylu – uważam ten wóz za absolutną rewelację.
Gwiżdżący motyw z Kill Billa oznajmił nadchodzące połączenie od Ryby. Oczywiście odebrałem.
- Znów nie odebrałeś! – odezwała się kobieta-pretensja.
- Przecież właśnie odebrałem.
- Od niego nie odebrałeś. Dzwonił i powiedział, że nie odebrałeś. Komu mam wierzyć?
- Mi. Mężowi. No przecież!
- Tiaaa… – zakpiła mi w żywe ucho – Powiedział, że zaraz zadzwoni. Weź to odbierz i się nie wygłupiaj, dobrze?
- Obra, obra…
- No, to pa.
- A jak Mar… – rozłączyła się. – …golcia?
Z uwięzłym w sieci GSM pytaniem udałem się zwiedzać dalej.

Powiem tylko tyle – wielkie łał! Coś wspaniałego. Przemawia do mnie design. Przemawia ta nutka arystokracji związana z marką. Szczerze mówiąc, gdybym kiedyś o niej nie przeczytał, nie miałbym zielonego pojęcia, że była. Ale w brzmieniu tej nazwy jest coś królewskiego. Coś arystokratycznego. Coś hedonistycznego. Absolutne „chcęto”!


Lubię Nissany, bo sam mam Nissana, i dlatego bardzo tej marce kibicuję. Chwaliłem już kiedyś model QashQai, nie mogę nie pochwalić tego. Ale nie tylko przez sympatię dla marki – Juke jest po prostu świetny. Wydaje mi się, że właśnie teraz Nissan przeżywa swój absolutny rozkwit. Niepokoi mnie trochę fakt, że jest zarządzany przez Renault – może nie tyle niepokoi, co smuci, że sobie kiedyś tam nie Japończycy nie poradzili. Ale faktem jest, że nigdy jeszcze Nissany nie wyglądały tak wspaniale, jak teraz zaczynają wyglądać. Juke będzie najbardziej rozpoznawalnym autem na rynku. I wcale nie widzę w nim zbieżności stylistycznej z Ssang Yong Actyon! ;)

Dwa słowa: tylne drzwi. Tego oczekuję od nowoczesnych aut – innowacji, parcia pod prąd i stylu. Panowie – niezależnie od tego, gdzie teraz jesteście – wstańcie i zróbcie meksykańską falę! No dalej! Za taką odwagę Oplowi się należy!

Absolutnie nigdy nie podobał mi się Cayenne, ale umieszczam go w kategorii „Miszcz” za to, że wreszcie naprawili wszelkie błędy poprzednika. Wreszcie ten luksusowy czołg ma światła warte swojej ceny. Wreszcie pozbyli się tych idiotycznych (mega, turbo, hiper idiotycznych) chromowanych słupków drzwiowych psujących i tak kiepski profil boczny. Wreszcie wnętrze jest godne Porsche (tak, tak – projekt prosto z genialnej Panamery!). Nadal nie wygląda dobrze. Ale wreszcie widać, za co się tyle kasy płaci.


Nie, nie urzeka mnie jakoś bardzo, ale doceniam elegancki styl, jakość, design i liczę na to, że w środku będzie tak jak w S80 – elegancko, dystyngowanie i jednocześnie super wygodnie i luźno. Volvo bez wątpienia ma jedne z lepszych lat swojego życia. Przy tych autach widać, jak bardzo Saab na przestrzeni ostatnich 10 lat dawał dupy po całości.
- Fiu fiu fiu-fiu-fiu – zagwizdał numer prywatny. Odebrałem. Bo Ryba kazała.
- Blogo? – spytał głos należący do mężczyzny, lecz na bank niezbyt wysokiego.
- Tak – odrzekłem oschle nie wiedząc z kim rozmawiam.
- Dzięki Bogu. Ponoć w Szwajcarii jesteś?
- Tak.
- Świetnie się składa. Słuchaj, bo mam problem. Koniecznie chciałbym się z Tobą spotkać, ale nie bardzo mogę. To znaczy mogę, ale pod pewnymi warunkami. Rozumiesz?
- Tak – odrzekłem automatycznie, gdyż bardziej niż rozmową zajęty byłem podziwianiem ślicznego coupe. Ciekawe, co to za marka?
- No właśnie. Czy możesz do mnie wpaść?
- Tak – odrzekłem bez namysłu, zachodząc auto od przodu. Aaa… Cadillac. Piękny.
- No to świetnie. To co, za godzinę, OK?
- Tak – rzuciłem w słuchawkę skupiając się na wydostaniu mojego Canona typ „małpa” z tylnej kieszeni spodni. W tym czasie nieznajomy się rozłączył.

To chyba jedyny amerykański wóz, który nie nawiązuje wyglądem do swoich wspaniałych przodków tylko jest w 100% nowoczesnym projektem – a mimo wszystko go chcę. Ten zdumiewająco pękaty profil, malutkie okna, potężny silnik, dwudrzwiowe nadwozie – malina! Lubię styl przedniej atrapy Cadillaców – jest dystyngowany i unikalny. Lubię tylne światła – również ciężko takie gdzieś znaleźć (podobne ma Lancia, ale tylko podobne). Jeśli wnętrze jest takie samo jak w sedanie – będzie to absolutny mistrz USA. Gdybym był czarnym raperem, już dawno bym go zamówił i olał Bentley’e i Merce.

Nie mam pytań. Wygląda dobrze, jeździ pewnie rewelacyjnie. Ale… właśnie, jednak mam dwa pytania. Czy aby czasem nie byłoby lepiej, gdyby to była Toyota (bo mimo wszystko ma jakieś tam konotacje z F1 i rajdami) oraz czy czasem Nissan GT-R nie jest jednak lepszy. Pal licho – fajne auto. Cieszę się, że włosi wreszcie mają konkurentów.

Tak naprawdę to zawsze chciałem ten wóz zjechać – głównie za beznadziejny profil, idiotyczne okienka w drzwiach, nijakie wnętrze, głupi tył i kompletnie pozbawiony agresji przód. Jednak kiedyś zupełne niechcący obejrzałem filmik, jak Jay Leno się nim woził… i wszystko stało się jasne. Ten samochód wcale nie ma się podobać – ona ma po prostu nawiązywać. I nawiązuje idealnie. Jego poprzednik (300SL Gulwing – tak się chyba zwał, nie chce mi się google’ować) też nie należał do ładnych. W sumie, to poza drzwiami niczym mi nie imponował. Podobnie jak ten. Więc wszystko gra – w 100% nawiązuje.


No i już mamy jasność – Nissan zaplanował ofensywę po całości. Nie tylko modele terenowe i SUV, ale również kompakty mają wkrótce podbić świat. Ten Leaf to na razie concept napędzany prądem, ale obstawiam, ze podobnie będzie wyglądał następca Tiidy (więc i również mojej Almery). I wtedy spokojnie będę mógł się zastanowić, czy nie wymienić auta na nowszy model. Lubię takie projekty ubogie w detale – bo jeśli się podobają, jest to tylko i wyłącznie zasługa ich stylu, a nie pierduł pod postacią wielkich wlotów, ukrytych klamek i reflektorów z ośmioma projektorami.
Numer prywatny znów zmusił moją Nokię do gwizdania. Odebrałem, by się Ryba więcej na mnie nie złościła.
- Hej, Blogo, daleko jesteś?
- No w Genewie.
- Nadal w Genewie? Przecież jesteśmy umówieni za 5 minut? – mężczyzna zdawał się być mocno podirytowany.
- Za pięć minut? Gdzie?
- U mnie. No niby niedaleko, ale… przecież potwierdziłeś. To z tobą rozmawiałem godzinę temu, prawda?
Szybki flashback uzmysłowił mi, że facet ma rację. Tak – to ze mną rozmawiał. Tak – potwierdziłem spotkanie. Tylko, do diabła, kim że on jest?
„Głupio zapytać po tak długiej rozmowie” – pomyślałem i z braku innego pomysłu się rozłączyłem.

Fajny concept, trochę nawet szalony. Zobaczcie – nikt tu się nie patyczkuje z tym, że klapa od silnika za mała i nie ma mowy o naprawach, że brak tylnej szyby, że rozstaw osi jak w Maluchu. Who cares – to jest concept. Powiem tak – gdybym był japońskim milionerem i kupił sobie kiedyś jakieś Ferrari – od razu bym je oddał do Sbarro, by zamiast ładnej, acz nudnej karoserii z Maranello położyli mi coś w ich stylu. Nawet bym się nie pytał co to będzie – chciałbym, by mnie zaskoczyli. Na bank mają potencjał – o czym przekonacie się również pod koniec tego wpisu.

Jestem fanem Tata Nano. Nigdy go nie kupię, ale uważam, że powinniśmy w Polsce mieć auto za kilka tysięcy złotych. Olać jakość wykonania. Olać bezpieczeństwo. Nikt kiedyś tymi tematami się przy Maluchach nie interesował. Teraz nam się we łbach poprzewracało – jak coś ma 3 gwiazdki w testach NCAP to dupa – śmierć przy podjeżdżaniu pod krawężnik pewna. Ja pierdzielę – niewieściejemy.

Brakowało mi czegoś takiego u Toyoty, bo jakoś nie mogę się przekonać do obecnej wersji modelu Celica – jest zbyt kanciasta i zbyt damska. Ten concept ma jedną zasadniczą wadę – za bardzo jest podobny do Nissana 370Z. Ale poza tym – czekam na niego z niecierpliwością. Uważam, że Toyota zasługuje na ładne i dobre sportowe coupe w cenie średnio wypasionego Avensisa. Oby tak było.

Na ogół brechtam z takich japońskich dziwolągów miejskich, ale w tym coś jest fajnego. Wygląda trochę jak stylistyczne rozwinięcie Smarta. Jeśli auta przyszłości mają tak wyglądać, wiele przeciwko temu nie mam. Sam nie kupię, Rybie nie kupię (bo prawka nie ma), ale już Margolci mogę się dorzucać do raty kredytu.
Lekko zmęczony łażeniem zaszedłem do strefy dla VIP’ów. Zaszedłem tak z głupia frant licząc, że mnie wpuszczą przez nieuwagę… lecz mnie nie wpuścili. Rosły ochroniarz spojrzał na mój identyfikator, pokiwał przecząco głową i wskazał biegnące na górę schody. Udałem się tam z duszą na ramieniu – spodziewałem się małego, gorącego pokoju przesłuchań – wiecie: stół, dwa krzesła (wszystko na stałe dokręcone do podłogi) i absolutny brak kamer. Tymczasem na szycie schodów czekała urocza hostessa, która ujęła mnie pod ramię i zaprowadziła na ogromną, skórzaną kanapę. Sala zwała się „TOP VIP” i serwowano tu wszystko, o czym człowiek może sobie zamarzyć. Sama półka z winami (każde w cenie mojej Almery) zajmowała dobre 8 metrów. Grupa pięknych i skąpo odzianych Tajek czekała tylko na moje skinienie, oblizując wagi i wzrokiem wskazując na drzwi z tabliczką „Private room”. Skinąłem na jedną z nich, a ona podeszła kołysząc biodrami i odsłaniając czerwoną bieliznę.
- Could I have one latte with extra milk, please? And I’ll drink here, not there – rzekłem wskazując ruchem głowy na ów prywatny pokój. Odeszła zdziwiona.
Wyjąłem telefon i z pamięci wykręciłem numer do Ryby. Musze kiedyś ją w końcu wpisać w speed dial…
- Tak?
- Ty, Ryba, powiedz mi co to za koleś do mnie wydzwania?
- Ale co?
- No wydzwania, spotkać się chce, nalega. Jak mu tak zależy, niech tu do mnie przyjedzie. Jak go nie wpuszczą, ja do niego wyjdę przed bramę. Ale nie po to tu przyjechałem, by się po jego domu szlajać.
- Misiu, pogięło cię?
- No jak ma interes, to niech ruszy tyłek i tu przyjedzie.
- Ale ty w ogóle wiesz, co ty mówisz?
- A nie wiem? – spytałem lekko zbity z tropu.
- Jak ma przyjechać? Ma wyjść z domu i przyjechać? Ot tak?
- Dokładnie. A co to, kurna, skomplikowane?
- Nie, no pewnie. Sobie wyjdzie, wsiądzie w auto i do ciebie przyjedzie. Oczywiście, a jak! – rzekła Ryba z ironią tak wielką jak, dajmy na to, mój talent literacki.
- Ale co? Że nie może? Ja mogę, a on nie może, tak?! – powoli również się irytowałem.
- Nie. On nie może. Nie. Może. W domu siedzi i nie może.
- Ha, pewnie! Nie może. Góra do niego przyjdzie, tak?! Jeśli jeszcze raz zadzwoni, będę go tytułował per Mahomet.
- Wiesz co, Misiek, ty się przestań pultać, wsiadaj do auta i do niego jedź. A jak zadzwoni, to mów mu Roman. Po prostu Roman.
- Roman? Jaki Roman?! A bo to jednemu psu na imię Bure…. – głos mi uwiązł w gardle. A to, jak pewnie wiecie, na ogół oznacza, że główny bohater powieści skumał bazę, skleił intrygę i jorgnął o co biega.
No i co – zaskoczeni jesteście tym, że to dziś wrzuciłem na bloga? Wiem, że miało być we wtorek z rana, ale jak sobie złożyłem fakty do kupy (Wy + dzień kobiet + samotność + dół) stało się dla mnie jasne, że albo dziś albo wcale. Ciąg dalszy bez zmian, w środę z rana – będzie o kilkunastu pojazdach kategorii „SYFAX”. Jednak na koniec tej części zostawiłem dla Was dwie najprawdziwsze perełki:

Esencja concept carów. Absolutne szaleństwo. Tak! Powinny! Wyglądać! Auta! Koncepcyjne! Ciekawi mnie tylko, czy w komputerze pokładowym można ustawić maksymalną wysokość do jakiej podnoszą się drzwi, by niechcący z garażu nie przebić się do pokoju dziecka.



Oł jes! Koncept nad konceptami! Porównywalny z omawianym wcześniej Bertone – tym z drzwiami podnoszonymi na 9 metrów w górę. Wszystko jest tu bez sensu i właśnie dlatego będzie mi się dzisiaj śnił. Marzę o takim Matchboxie – by móc nim jeździć po biurku, warczeć i driftem laptopa objeżdżać. To są właściwe auta na salony samochodowe, a nie jakieś pierdzące bioetanolem czy iskrzące prądem onanizatory dla lobby ekologicznego!
Nawigacja dla zagubionych:
1/3 | to jest cz.2 | 3/3 | epilog
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

Fiacik, Mercedes i Toyota rządzą.
Pozdrów Romana
Oj widzę, że nie tylko Wojewódzki korzysta z tekstów z basha. Powinieneś się wstydzić. I za to, że spóźnię się na zajęcia pisząc ten bezsensowny komentarz też.
Ściemniasz. Hostessy ponoć nie były wcale urodziwe;]
@bbkamil: To ja Kubie pokazałem Basha. Jutro mam szkolenie dla ekipy Majewskiego. W kolejce czeka Janusz Palikot oraz Krzysztof Ibisz. Już niebawem wszyscy showmani jechać będą Bashem. O, muszę kończyć – dzwoni Tymochowicz. Zupełnie zapomniałem, że jemu też miałem szkolenie z interku jakieś zrobić.
No to teraz pojechałeś, miało nie być wpisu, ja za 40min mam być w robocie i się spóźnie przez ten wpis, wsiadasz do windy, a tam schody ;)
wpis superancki, ciekawe co szef na to ;)
Mój Medyceuszu złoty! Ten wpis to micha miodu w mojej beczce dziegciu po całodniowych zjebkach za niezłożenie życzeń komu cza.
Duży plus za Bertone Concept Car. Masz to cudo w większej rozdziałce? Bo po internecie spacerują jedynie jego młodsi, nie tak pięknie oskrzydleni bracia (z rodzaju tych).
Cudowne :)
Rozmowy z Rybą są esencją telefonicznych rozmów małżeńskich (wiem z autopsji), natomiast ostatni akapit, zwłaszcza fragment o driftowaniu po biurku i objeżdżaniu laptopa jest wprost “niewyjęty”. A już szczytem geniuszu reporterskiego jest uwaga “pierdzące bioetanolem czy iskrzące prądem onanizatory dla lobby ekologicznego!” – to jest szczera prawda i podpisuję się pod nią wszelkimi kończynami!
No dobra po przeczytaniu wpisu mogę się zabrać za prace, tylko jak tu się z podłogi podnieść :D
A ja sie pytam gdzie jest 918 ;(
Jesteś Clarksonem polskiego blogownictwa :D
Chociaż stary, musisz być naprawdę ostro porypany ze swym uwielbieniem dla Nissana, przeraziłeś mnie tymi propozycjami spod znaku tej marki!
Niby o gustach się nie dyskutuję ale “szit!” jak tak będą wyglądały samochody to ja skaczę do szamba!
No Matee, ocierasz się o bana. To Clarkson jest mną angielskiego telewizornictwa, OK do jasnej cholery?! No na razie zgoda i sztama, ale nie myl się już tak więcej. Z poważaniem, Pan Admin.
Nie ma czegoś takiego jak Bertone Concept Car :-) Cza się przerzucić na dobrej jakości źródła, gdyż jest to: Bertone Alfa Romeo Pandion. Koło takiej nazwy się nie przechodzi obojętnie. Ale zapewne w Genewie byłeś bardzo rozkojarzony i przeszedłeś, bo na drugiej zakładce miałeś czat.onet z Romanem i Domanem nt. zbieżnej wersji wydarzeń ;-)
@żuwik: Poprawię to Bertone, masz rację. Lata lecą, oczy już nie te. A odnoście drugiej części Twojego komentarza – sam jesteś chat na Onecie! ;)
Abarth Punto Evo:
Alfa Romeo Guilietta: Widziałem 8C Competizione i cieszę się, że Alfa idzie w jego ślady, bo 159 nie lubię.
Opel Meriva: Te drzwi niestety to żadna innowacja :) A teraz wyobrażmy, że zajeżdzamy całą rodziną pod wiejksi supermarket, wciskamy się pomiędzy równo zaparkowane auta i …No właśnie, jak wyciśnie się keirowca, to pasażer z tyłu musi czekać, bo akurat keirowca stoi tam, gdzie my chcemy wyjśc. A wracamy to co? W zwykłym aucie kierowca przechodzi do przodu, ty do tyłu, równocześnie otwieracie drzwi i się wlizgujecie. A tu? A tu d****.Stoisz i czekasz jak keirowca się zapakuje, przechodzisz na sam przód, otwierasz i wciskasz się przodem, po czym musisz się odwrócić. No lub odwrócić się, a nastepnei się wślizgiwać.
@Darek: Bardzo słuszna uwaga odnośnie tych przeciwnie otwieranych drzwi! Nie wpadłem na to…