#177 Genewa 2010 w weekend (epilog)


Wracaliśmy do Polski. Doman prowadził Almerę, ja sobie drzemałem na fotelu pasażera. Fajnie jeździ się po niemieckich autostradach, ale mieliśmy pewien problem – skończył się nam płyn do spryskiwaczy i przez pomyłkę zalaliśmy zbiorniczek letnim, który w oka mgnieniu zamarzł. I teraz cała wyrzucana spod kół innych aut słona breja zamarzała w fantazyjnych wzorach na przedniej szybie. Wycieraczki nie dawały rady – dochodziły do połowy i groźnie warczały stojąc w miejscu. W marcu jak w garncu – nam na czas powrotu akurat trafiła się zima. Cholernie mroźna!

Obudziłem się i rozejrzałem wokoło.
- Gdzie jesteśmy? – spytałem.
- Jakieś 200 do granicy. 9 godzin jadę, może się zmienimy? Oczy mi wysiadają przez to błoto na szybie.
Faktycznie – niewiele było widać. Jakieś zarysy, ogólny blur. Cud, że trafialiśmy a asfalt.

- Roman, a ty jak się czujesz? – spytałem odwracając się w kierunku tylnej kanapy. Była pusta. Spojrzałem na Domana, Doman spojrzał na mnie. Przy wtórze pierdzącego ABSu zaparkowaliśmy bokiem na poboczu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

- Trzymasz? – krzyknąłem do Domana, który z drugiej strony auta próbował unieść szafę.
- Tak! Teraz! Na trzy! Raz, dwa i trzyyyyyy!
Szarpnęliśmy ją w górę i delikatnie zdjęliśmy z dachu Nissana. Małymi kroczkami, asekurując jej boki i drzwi przenieśliśmy ja tuż koło barierki i delikatnie postawiliśmy na ziemi. Spojrzałem na Domana, Doman spojrzał na mnie.
- Ty otwórz – powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- Gulp – przełknąłem głośno ślinę i złapałem za klamki…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

- Czy mają tu Państwo jacuzzi? – spytałem niewinnie, gibiąc się na boki w taki sposób, by zasłonić swoim ciałem stojącego przy wejściu Domana, który… ale nie uprzedzajmy faktów.
- Tak, oczywiście, mamy jacuzzi. Ale polecam również saunę.
- O, to może właśnie z sauny skorzystamy – powiedziałem, zapłaciłem dla niepoznaki za 3 osoby i wróciłem do Domana.
- Załatwiłeś? – spytał.
- Tak.
- A powiedziałeś co i jak?
- Nie. Zrobimy to na przypał. Bierz go z lewej, ja z prawej i jakoś go wniesiemy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

- Spróbuj go tu posadzić. Jak będzie tak stał i się zacznie ogrzewać, to jak nic rypnie na łeb. Na siedząco jest szansa, że się rozhibernuje bez dodatkowych szkód – powiedziałem, a Doman zdecydowanym ruchem złamał Romana w pól. Coś chrupnęło, ale nie zwróciłem na to uwagi – wielokrotnie już dziś coś w zamarzniętym Romanie chrupało.

Tymczasem… to chrupnęło w Domanie. Stał obok usadzonego na drewnianej ławie Romana zgięty w pół i cichutko sapał.
- Ty, co jest? – spytałem.
- Oj, jakby mnie kto kijem jakim…
- No ale co jest?
- Nie mogę się wyprostować. Może to dysk… cholera wiem…
- Dysk-srysk! – powiedziałem zły. Jeszcze nam tego brakowało! – Miałeś się kurna Voltarenem nasmarować przed akcją, prawda?!
- Miałem, ale pomyślałem sobie, że podjeżdżając miętą nie będę wiarygodny jako happeningowiec.
Musiałem mu przyznać rację. Wziąłem go pod ramię i drobnymi kroczkami wyszliśmy z kabiny. Nim zamknęliśmy za sobą drzwi zostawiając Romana samego w środku, ustawiłem temperaturę na 140 stopni i obficie polałem kamienie wodą. Niech się Roman spokojnie rozmrozi – wrócimy po niego za godzinę…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

- Czy on długo u nas zostanie? – spytała Ryba patrząc na pogrążonego w drgawkach Romana siedzącego na łóżku w naszej sypialni.
- A bo a wiem? Skąd mam wiedzieć, jak długo się dochodzi do siebie po hibernacji? Poza tym, on tak po prostu nie może siebie do tej Szwajcarii wrócić, bo wyjechał nielegalnie. Będzie chryja.
- No tak. A długo był w tej hibernacji?
- No tak z 8-9 godzin…
- Niemało…

Podszedłem do Romana i spojrzałem mu z bliska w oczy.
- Roman, słyszysz mnie?! Roman! – zapytałem, jednocześnie podtrzymując mu głowę tak, by mimo drgawek mógł na mnie patrzeć.
- Taaa..aa.aaa..aaa..kkkkkkkkk… – odrzekł dygocząc.
- Połóż się, przykryjemy cię i do jutra będzie OK. Wygrzejesz się, wyśpisz i będzie dobrze.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nazajutrz obudziły nas hałasy dobiegające z salonu. Wstaliśmy i ostrożnie uchyliliśmy drzwi. Roman stał koło wyłączonego telewizora i szarpał go, jakby chciał zrzucić z szafki.
- Co robisz, Roman? – spytałem niepewnie.
- Jeść mi się chce.
- No i?
- I nie mogę lodówki otworzyć.
- Lodówki?! Roman, to jest telewizor!
Spojrzał na nas zdziwiony.
- Tele… co? – spytał z rozbrajającą szczerością.
- Telewizor. Roman, kurde, bez jaj. Telewizora nie rozpoznajesz? Ty nie poznajesz?!
- Ja…?
- Ty.
- Eee… nie.
- Nie chcesz mi chyba powiedzieć… – niepewnie spojrzałem na Rybę. Chmmm, to możliwe – słyszałem o przypadkach, gdy ludzie tracili pamięć. Czyżbyśmy właśnie tego byli świadkami?

- Roman, wiesz który mamy rok? – spytałem.
- Eee… jaki rok? – Roman popatrzył na nas zdziwiony, a w jego oczach widać było lekkie przerażenie. Rozejrzał się niepewnie po pokoju, podrapał po głowie, pomyślał przez chwilę i nagle, ku naszej uciesze, przybrał spokojny i pewny siebie wyraz twarzy. Spojrzał na nas bez niepokoju, a myśmy odetchnęli.
- No i? – ponowiłem pytanie o rok.
- No i jak się tą lodówkę otwiera? – spytał z uśmiechem, jak gdyby całej porannej rozmowy nie było.

Ryba nie wytrzymała. Podeszła nerwowo do stolika i chwyciła leżącego tam pilota.
- Roman, to nie jest żadna lodówka. To telewizor. Zobacz! – krzyknęła i włączyła obraz, który pojawił się nagle, a wraz z nim dźwięk. Roman przerażony odskoczył w tył, potknął się o krawędź fotela i potylicą przygrzał w rant stolika. Powietrze uciekające przy upadku na dywan z jego płuc musnęło struny głosowe, które zadźwięczały czymś na kształt “Ałć…”. Potem wszystko umilkło.

- Ja pikole! – powiedziała Ryba, nogą przesunęła Romana i usiadła na fotelu przed telewizorem. Akurat leciał “Hibertanus” z Louisem De Funes. Bawiliśmy się przy nim świetnie – nawet się nie spostrzegliśmy, jak minęły 2 godziny. Słońce zbliżało się do zenitu, wiatr przeganiał po niebie zimowe chmury a Margolcia szalała z kotem po mieszkaniu. Tylko Roman leżał nieruchomo w omdleniu…

Koniec.

Nawigacja dla zagubionych:
1/3 | 2/3 | 3/3 | to jest epilog




Wpis opublikowany dnia 11.03.2010
Kategoria: Wydarzenia | Tagi: , ,
Subskrybuj kanał RSS lub otrzymuj info o nowych wpisach mailem.



Liczba komentarzy: 4

  1. Kanapon ( March 11th, 2010 17:34 )

    Wiedziałem, że mnie nie zawiedziesz! Teraz będziesz miał jakieś CBŚ na głowie, może nawet Interpol… ja pitole, Rafał, w co Ty się wpakowałeś? A ten Roman to chociaż żyje? Bp jak żyje to może trzeba zrobić deal z amerykanami i wymienić go na Edwarda Mazura. Może nawet w takiej sytuacji dostaniesz jakąś nagrodę od Rubensa Barrichello albo LechKacza…
    Powodzenia, bo będzie Ci potrzebne.

  2. lagunault ( March 12th, 2010 00:36 )

    Jak nie żyje, to też można zrobić deal z Amerykanami. Może będą nawet bardziej happy.

  3. Kanapon ( July 12th, 2010 15:11 )

    Blogo, uważaj teraz. Szwajcarzy zorientowali się, że wykradłeś im Polańskiego, więc publicznie opowiedzieli, że go wypuszczają. Ale nie można wykluczyć, że będą szukać na Tobie zemsty. http://www.twitlonger.com/show/2fblme

  4. Blogomotive ( July 12th, 2010 16:36 )

    @Kanapon: Gwardia szwajcarska z tego co wiem, to na co dzień jest dość zajęta. Kogo za mną poślą? Bankowca ze scyzorykiem? Luzik, nie pękam.



Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!









Polecam: Części do aut amerykańskich