#178(3) Focus na zastępstwie

Dziś o Fordzie Focusie – bardzo przyjemny i ludzki (rzekłbym) tekst, który zajął 3. miejsce w konkursie „6 aut na 3. urodziny bloga”. Lubię opowieści (tę napisał krzychoo), w których tezy i opinie ewoluują. Sami zobaczcie, jak się to miło czyta.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Drodzy czytelnicy, w ramach stałego cyklu „samochody zastępcze” (stałego, gdyż autor, jak każdy szanujący się alfista, 2 tygodnie na miesiąc spędza w serwisie, w międzyczasie poruszając się „pożyczakami”) pod nóż idzie Ford Focus drugiej generacji. Ford dostarczony został do testów przez program asistąs największego, najstarszego i najdroższego ubezpieczyciela w pięknym kraju nad Wisłą.

Testowany egzemplarz wyprodukowany został w roku pańskim 2009, na liczniku miał niewiele ponad 20.000 km, a napędzał go niesamowity, benzynowy silnik 1.6 DuraTec generujący obłędną moc 100 KM. Jeśli zaś chodzi o wyposażenie, była to wersja niby „Trend” charakteryzująca się takim bajerem jak elektryczne wszystko z przodu (no, z tym wszystko, to przesadziłem, tylko szyby i lustra w prądzie), komputerem pokładowym, oraz brakiem prawego przedniego kołpaka (ale to już customizacja wypożyczalni). Generalnie gdyby nie kolor (nie wiem w sumie jaki był, chyba taki szaroniebieski metalik) byłaby to idealna fura repa. Jako, że repem nigdy nie byłem, natychmiast po odebraniu kluczyków wczułem się w rolę i rączo wyruszyłem drogą krajową nr 7 do Krakowa (skoro nie napisałem skąd, to wiadomo, że z Default City *).

To znaczy wyruszyłbym. Niestety znienacka zaatakowała mnie depresja. Po zajęciu miejsca w środku, ustawieniu fotela i kierownicy (duży zakres regulacji, plusik dla księgowych, którzy nie stwierdzili, że zakres mniejszy o 5 cm w każdą stronę spowodowałby oszczędność 3,47 EUR na egzemplarzu, pozwalając zwiększyć rentowność produkcji o miliardpinćset) zacząłem się rozglądać i obmacywać wnętrze. Smutek bijący od czarnych, brzydkich plastików, żałość srebrnych nibyaluminiowych wstawek rodem z najtańszego modelu miniwieży na promocjach w Tesco, tapicerka z tkaniny (a jakże! czarnej!) w dotyku przypominającej fotele z Jelcza M120… To wszystko spowodowało, że z piersi mej wyrwał się szloch a przez głowę zaczęły przelatywać myśli samobójcze. Wziąłem się jednak w garść, wszakże antycypowałem konkurs na Blogomotive.pl i wiedziałem, że muszę dziś pokonać 300 km, aby napisać tę recenzję.

Aby zagłuszyć jęczące w głębi duszy myśli złe i czarne, nastawiłem radio (z odtwarzaczem MP3) na stację nadającą wesołą i skoczną muzykę i powoli ruszyłem z miejsca. Wrażenia ruszania z miejsca są mało odkrywcze, bowiem opisywanie pracy sprzęgła w całkiem nowym samochodzie jest lekko bez sensu. Nawet, jeśli ten samochód zrobił 20 tysięcy kilometrów w wypożyczalni. Ma działać, ma pracować lekko i tak właśnie było. Kręcenie się z prędkościami przepisowymi po osiedlowych uliczkach wiele cech pojazdu również nie ujawnia – tyle, że zawieszenie nie stuka na dziurach ani progach zwalniających, plastiki też nie trzeszczą, a słupki „A” są trochę za grube i nieco przeszkadzają w obserwacji drogi przy robieniu klasycznych dziewięćdziesiątek na skrzyżowaniach.

W miarę jak oswajałem się z samochodem, a osiedla, bloki z kawalerkami na kredyt, galerie handlowe i inne produkty wielkomiejskiej cywilizacji pozostawały za moimi plecami, stawałem się co raz bardziej gotowy do sprawdzenia, co ten samochód naprawdę potrafi. Mając świadomość, że auto waży ponad 1,2 tony, a generator mocy pod maską wyrabia równe 100 KM, nie spodziewałem się właściwie niczego. I okazało się być to słuszną taktyką. Nie jedzie. Nie ma czym. Do setki podobno rozpędza się w 11.9 sekundy. Być może. Ja miałem wrażenie, że trwa to 11.9 minuty, ale przecież zmysły potrafią nas niejednokrotnie oszukiwać – wiadomo, jak się człowiek nudzi, to czas płynie wolniej. Wyprzedzenie czegokolwiek na trasie, wymaga oczywiście pomachania lewarkiem (chwalić Boga, skrzynia pracuje całkiem przyjemnie i precyzyjnie), aczkolwiek zbyt wysokie kręcenie silnika nie ma specjalnego sensu. Na wysokich obrotach wzrasta głównie hałas, a i do wchodzenia na obroty ten silnik nie ma ochoty (taki rym, na rozluźnienie atmosfery). A propos hałas – Duratec charakteryzuje się dość nieprzyjemnym lekko klekoczącym dźwiękiem. Nie żeby hałasował jak Mercedes „beczka” 200D, ale jest w tym dźwięku coś wyjątkowo niefajnego.

No i tutaj Focus już u mnie przegrał. Wiadomo, nowo poznanych ludzi oceniamy wg psychologów w ciągu iluśtam sekund i jak już ich znielubimy, to kaplica. To samo stało się ze mną i z Focusem. Zobaczyłem, posłuchałem, przejechałem kawałek i już wiedziałem „nie chcę takiego”. Teraz Ford mógł tylko walczyć, żeby nie przegrać do zera.

Na koła nawijały się kolejne kilometry, w radiu leciały jakieś bzdury, pogoda była podła, a do mnie powoli docierało, że jak się na początku zdenerwowałem, tak poziom mojej irytacji nie rośnie! Zacząłem dochodzenie – w końcu auto jest beznadziejne, więc powinienem się nakręcać i po dojechaniu na miejsce zrobić losowo wybranej osobie awanturę, albo wszcząć bójkę w przydrożnym barze. Po głębszym zastanowieniu odkryłem w czym rzecz. Po prostu nic mi w tym samochodzie nie przeszkadzało. Fotel był wygodny (choć regulacja lędźwiowa byłaby mile widziana), wnętrze dobrze wyciszone (o ile nie żyłowało się DuraTeca), auto po prostu jechało i jechało.

Ponieważ nie może być tak, że jak czegoś nie lubię, to może sobie to coś, ot tak, przestać mnie denerwować, postanowiłem zadać Focusowi ostateczny cios. Skoro jest taki nudny i powolny, kombinowałem, to zjadę sobie na krętą pustą drogę i tam wyjdą z niego wszystkie najgorsze cechy. I tu proszę Państwa, niespodzianka! Oczywiście tylko dla tych, którzy nie czytają testów w „Auto-Kuli Ziemskiej” i innych periodykach. Focus prowadzi się doskonale. Jest bardzo stabilny, nie przechyla się nadmiernie, ma niemal neutralną (jak na przednionapędówkę) charakterystykę i pozwala przejeżdżać zakręty z zaskakująco wysokimi prędkościami. Na zaśnieżonych partiach nie polatamy sobie jednak bokami, bo ESP dość skutecznie hamuje takie zapędy. Na szczęście interweniuje stosunkowo późno. Na pochwały zasługują również hamulce – może nie tyle ich skuteczność, bo przyrządami pomiarowymi nie dysponuję więc co komu po moim gadaniu, ale bardzo fajny skok pedału, pozwalający na precyzyjne dozowanie siły hamowania. Nie to co np. w Renówkach, gdzie po lekkim naciśnięciu oczy wypadają z orbit. ABS też nie ma ochoty włączać się zbyt wcześnie i chwała mu za to. Doskonały (na tle współczesnej konkurencji) jest również układ kierowniczy. Przełożenie ma oczywiście standardowe, bo żaden z Focus hot-hatch, natomiast wspomaganie jest dobrane świetnie, przez co mamy doskonałe wyczucie tego co dzieje się z przednimi kołami, jak również reakcje na ruch kierownicą wydają się być błyskawiczne. Żadnego wrażenia nienaturalności, żadnego kretyńskiego skokowego usztywniania w zależności od prędkości, żadnych funkcji „city” – po prostu wszystko jest tak jak ma być. Ciekawym tylko, czy elektrohydrauliczne wspomaganie występujące z większymi silnikami nie psuje tych wrażeń. W każdym razie testowany Focus w ostatniej chwili uratował swój honor i sprawił, że spojrzałem na niego dużo łaskawszym okiem.

I jaki werdykt? Dziwnie nierówny to samochód. Z dziwnymi patentami, typu system Ford Easy Fuel (czyli oszczędność 2,78 EUR na korku wlewu paliwa) czy maską otwieraną kluczykiem. Ale tego się nie ma co czepiać – to są po prostu fordowskie cechy i tak ma być. Nierówność polega na tym, że nudne do bólu nadwozie (moim zdaniem Focus II jest sporym krokiem wstecz w stosunku do poprzednika), beznadziejnie smutne i (wiem powtarzam się) nudne wnętrze, oraz silnik godny pilarki spalinowej połączono z doskonałym układem jezdnym, kierowniczym i hamulcowym. Teoretycznie, te trzy ostatnie cechy powinny wystarczyć by sprawić kierowcy frajdę. Niestety – nie wystarczą. I co teraz? Wyjścia są dwa – albo kupić Focusa ST, albo przewalić zawias, kiere i hamulunek Focusa do budy Fiata Grande Punto, dosztukować jakiś fajny silnik i cieszyć się ładnym, dobrze prowadzącym się i szybkim samochodem. Ja bym tak zrobił.

*) Wwa.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dla jasności – powyższy tekst (by krzychoo wprost z ForzaItalia) zdobył 3. nagrodę (Jaguar S-Type) w konkursie „6 aut na 3. urodziny bloga”. Zdjęcia z netu, bo autor skupił się na odczuwaniu, nie na fotografowaniu.

Fajnie i przyjemnie napisane, prawda? Tak lekko i bez napinki…

7 komentarzy

  1. No widzisz, ja wymyślałem całe 3 minuty i 27 sekund, Ty po prostu ukradłeś. I teraz Ty masz Jag’a, ja mam demotywadybloga. I gwarancję poxipolu, że jakiś-tam-Rafał-z-bloga się starał, ale mu nie wyszło (interpretacja dowolna). Nie oszukujmy się, bez tej błyskotliwej aluzji Sz. P. Ryba przeszłaby obojętnie koło tego tekstu, tak jak codziennie przechodzi obojętnie koło setek Focusów. O! Ale mi się fajnie pomalkontentowało.

    A tekst wporzo ;-) i utwierdza mnie w przekonaniu, że absolutnieniechcętego :-) Pzdr!

  2. Dzięki krzychoo, mój Ty imienniku :), za dobry i ciekawy opis focusa. Teraz wiem, że nie jestem odosobniony w swoich odczuciach na temat wnętrza tego auta. Nie jeździłem focusem II (siedziałem, ale mi się nie podobał) i już wiem, że jeździł nie będę :) Co robiłeś w najbardziej zacofanym z dużych miast Polski? W moim rodzinnym Krakowie?

  3. Dzięki za miłe słowa.
    @Kanapon: w Krakowie, tak szerzej patrząc, to się na przykład urodziłem. A tego konkretnego dnia to zdaje się przetaczałem Alfę z komisu do serwisu (zepsuła się od stania w miejscu :)).

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *