#179 Czy auto ma duszę?

Czytając ostatnie teksty (te Wasze, gościnne, konkursowe) zacząłem zastanawiać się, czy auto rzeczywiście może mieć duszę? Usiadłem na fotelu Pana Domu, wsparłem twarz na dłoni i zasępiłem oblicze. I już 4 sekundy później wszystko było jasne…
Czy zatem auto ma duszę? Otóż ma, ale nabytą. Bo nie ma czegoś takiego jak auto z duszą – że sobie stoi, jest niczyje i ma duszę. To chwyt literacki. W dodatku dość słaby.
Bo duszę auto zyskuje z czasem – jak nim pojeździsz, jak je poznasz, jak mu zaufasz – wtedy dzięki Tobie w nią obrasta. Ale już kolejny właściciel kupuje od Ciebie auto jej pozbawione. Kupuje po prostu przedmiot. Nieważne, jak bardzo go zachwalasz i jak barwnie o jego duszy opowiadasz – dla niego jest to tylko przedmiot. Przedmiot, który oczywiście może rokować i kiedyś duszę zyskać – ale tylko wtedy, jeśli on – nowy właściciel – będzie chciał i potrafił tą duszę w aucie wypracować.
Bo dusza samochodu, moi drodzy, przypisana jest do jego właściciela. To on ją tworzy. Rodzi. On tą duszą auto naznacza. Bo samochód sam w sobie jest nieźle zmontowaną, zaskakująco niezawodną kupą różnych metali i tworzyw. I niczym więcej.

Przez krótki czas jeździłem służbową Corsą. Wiecie – taką białą, dymiącą padaką. Ale cóż to był za wariat. Tak – zdecydowanie to poobijane z zewnątrz i brudne w środku auto miało duszę wariata. A wszystko przez to, że przyjemnie nisko się w niej siedziało a dieslowski silnik (na papierze 75 koni z common-rail) czynił z niej naprawdę dynamicznego mieszczucha.
Kolega, który teraz jeździ wspomnianą Corsą, określa ją mianem wsiocha. Dla kolegi nie liczy się niezły silnik i pozycja za kierownicą – dla niego liczy się to, jak w tym aucie widzą go kumple. Dla niego liczy się brak prestiżu i wiek auta (przeszło 5 lat). Czy Corsa ma zatem duszę? Ma – moim zdaniem duszę wariata. Kolega twierdzi, że chłopa małorolnego.

Potem dość długo miałem służbowego Focusa. Wiecie – taki srebrny, dymiący kompakt. I mimo tego, że 115-konny silnik zachowywał się tak, jakby miał tych koni z 200, samochód miał w moim mniemaniu duszę frajera. Pewnie, że potrafił pojechać szybko, wejść dynamicznie w zakręt i komfortowo przewieźć rodzinę, ale… ale czułem się w nim kiepsko. Za wysoko siedziałem, bolały mnie plecy od fotela i w związku z kilkoma awariami nie mogłem mu zaufać. Tak, ten Focus był frajerem. Wydawało mu się, że wiele może (bo ma dynamiczny silniki i świetne zawieszenie), ale jak przychodziło co do czego, to albo się psuł albo raczył mnie poczuciem siedzenia przy kuchennym stole. A najgorsze w nim było to, że charakter silnika wymagał ciągłej jazdy z wykorzystaniem pełnej dynamiki. Nie dało się nim jechać powoli i majestatycznie, bo wtedy wlókł się na końcu peletonu. A delikatne dodanie gazu od razu aktywowało turbinę i Focus dymiąc na czarno gnał dziko przed siebie. Normalnie jak frajer – zero obycia w towarzystwie, stonowania i taktu – zawsze tylko ekstrema.
Kolega, który teraz jeździ wspomnianym Focusem, nabawił się już zmarszczek mimicznych od ciągłego śmiechu. Tak bardzo się jara tym autem, że ciągle by tylko jeździł i jeździł. Najlepsze czasy od 0 do 100 km/h wyciska na zimnej turbinie. Po 4-godzinnej podróży gasi silnik już w chwili, gdy auto wtacza się na miejsce parkingowe. Traktuje Focusa jak encyklopedyczny rep, bo twierdzi, że to auto jest istnym wariatem – szybkim, dynamicznym i zdolnym łyknąć TIRa na ślimaku po wewnętrznej. Czy Focus ma zatem duszę? Ma – lecz moim zdaniem duszę frajera. Kolega jednak twierdzi, że czystej krwi sportowca.

Później przez jakiś czas jeździłem służbowym Mondeo. Wiecie – taki czarny, ciężki i dymiący samochód managera. Ale pomimo tego, że naprawdę świetnie się prowadził i miał niczego sobie silnik – miał on dusze emeryta. Był za duży, by się dynamicznie w zakrętach nim tłuc. Wyposażony był w automat, więc wpływ na kulturę i dynamikę jazdy miałem minimalny. A skórzane fotele sprawiały, że wiecznie wychodziłem z niego zapocony. Nienawidziłem go szczerze, bo zawsze gdy wysiadałem z niego z przylepioną do pleców koszulą czułem się jak emeryt z chorobą wieńcową. No i nijak nie szło nim fajnie pojechać, bo robił wszystko, by mnie od tego odwieźć – był za duży, automat głównie zajmował się wysprzęglaniem i warczeniem a spocone plecy ślizgały się w fotelu na boki.
Kolega, który jeździ teraz tym Mondeo, zaczął lepiej się ubierać, dbać o paznokcie i kupił trymer do przycinania wąsów. Bo dla niego ten duży Ford jest czystej krwi arystokratą. Tu nasze odczucia są trochę podobne – można przecież spotkać arystokratę emeryta. Nie ulega jednak wątpliwości, że ja naprawdę nie lubiłem tym Mondeo nigdzie dalej się wypuszczać, podczas gdy kolegi nie można z niego wysadzić. Pewnie dlatego, że przylepił się do skórzanej tapicerki…

No i na koniec wspomnę o mojej nówce sztuce salonowej Almerze. Dziś ma już 9 kalendarzowych lat, ale drzemie w niej dusza luzaka. Prawdziwego luzaka. Gdy trzeba – wozi rodzinę i nikt nie narzeka na komfort. Gdy trzeba – piszczy w zakrętach i większość aut zostawia z tyłu na zielonym. Gdy trzeba, bez problemu utrzymuje w trasie 160 km/h bez żadnych oznak wysiłku i drżenia kierownicy. Nie psuje się. Nie zawodzi. Jak trzeba, jedzie spokojnie w tłumie. Jak trzeba – dzięki naprawdę doskonałemu silnikowi benzynowemu 1,8 (niektórzy z Was wiedzą, o czym mówię: zmienne fazy rozrządu NVCS, 97% momentu już przy 2800 obrotów – normalnie jak w dieslu) nie ma problemów, by odskoczyć prawie wszystkim. Jest luzakiem. Wiele może, ale nie zawsze musi to okazywać. Uwielbiam auta o takich cechach, bo dopasowują się do nastroju kierowcy.
Ktoś, kto kiedyś Almerę ode mnie kupi, na bank nie odnajdzie w niej duszy luzaka. Ja byłem przy narodzinach wszystkich skrzypnięć i trzasków. Ja wiem dokładnie kiedy tylny silentblock zaczął popiskiwać i wiem, co szeleści w przednim słupku. Przyszły nabywca wszystko to potraktuje jak charakterystyczne dla wieku auta bolączki i zapewne po kilku dniach jazdy uzna, że kupił samochód z duszą urzędnika biurowego – dostatecznie dobry, w miarę nieźle utrzymany i kompletnie nijaki. No, chyba że Almera trafi do szczawia ze świeżym prawem jazdy i bogatym ojcem – wtedy dostanie niskie kapciochy, buczący wydech i subwoofer do bagażnika – i wtedy na bank w oczach nowego właściciela zyska duszę lansera i lepu na dziewuchy. Czego w sumie chyba jej życzę.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Wiem, że wiesz jaką duszę ma Twoje auto. Ale zastanawiałeś się, jaką mieć będzie, gdy je wreszcie ktoś od Ciebie kupi?
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

Ma. I ta dusza przechodzi miedzy kolejnymi autami :)
Pierwszy wóz (1.9 powered by LPG) był “piwoszem przed tv”. A może tylko go tak traktowałem? Miękko, wygodnie, leniwie. Fajnie wyłożony moment obrotowy- taczałem się 2-3tys. obrotów już wtedy odczuwając miłe parcie pluszowego fotela na plecy. Bez efektownych pisków i zapuszczania strzałki obrotomierza w prawo. Anonimowość na szosie.
Obecnie od roku jeździ nim brat – i obserwując tą jazdę widzę, że mój piwosz wpadł w złe towarzystwo. Że poszedł na siłownię w czyjejś piwnicy i zmienił się w “wiejskiego kozaka”. Bo teraz piszczy. Wyje. Znaczy teren gumą. Dzieli miasto na odcinki o długości 1/4 mili. Buja się od basów. Testosteronem bucha z rury a błękitnymi reflektorami zagląda innym w lusterka i syczy spod maski “sssspieprzaj na pobocze”.
Przypomina się reklama: “Lays. Bo każdy człowiek ma dwa oblicza”
Mój pierwszy – Ford Escort 1.6 16v kombi – miał duszę cierpiętnika. Jęczał, trzeszczał, ale robił co mu kazałem. Czasem kazałem mu za dużo, a on robił co mógł, żeby mnie zadowolić. Byłem dla niego dobry, a on mi się odwdzięczył nie puszczając mnie z torbami i dając się sprzedać za dobrą cenę (znacznie wyższą niż “średnia rynkowa”). Gdybyż tylko nie był takim zapyzialcem, zero charakteru – to może dostałby dożywocie. Nowemu właścicielowi podoba się to, że nie rzuca się w oczy i jeździ.
(…)
Mój obecny – Volvo V40 2.0T – wciąż jest dla mnie nieodkrytą tajemnicą. Pozwala mi skorzystać ze swoich możliwości, ale nigdy do końca. Co chwilę straszy mnie czymś, żeby zaraz się roześmiać “żartowałem!”. I ciągle – choć minęło już 4 miesiące odkąd jest “mój” – uczę się go, na tyle na ile pozwala się poznać. Nie wiem, czy go kiedykolwiek sprzedam, ma zbyt wiele oznak “samochodu z moich marzeń”.
a mój Passat ma duszę wiernego psiaka, przyjaciela rodziny. Na spacer pojedzie chętnie, spokojnie, bez emocji, pobiegać z nim też można. Nigdy nie zawodzi.
A ostatnio nawet mi go ukradli ale okopał się i czekał na mnie ;)
[...] Czy auto ma dusz?? : BLOGOMOTIVE – rasowy blog motoryzacyjny [...]
a moja laguna? jak to w życiu, wcześniej była zaniedbanym suczka, pod ciężką ręką właściciela żabojada.. aż trafiła do mnie: wykapana, wyszczotkowana, wykarmiona, po wielu wizytach u weterynarza. wcześniej pozbawiona wielu elementów wyposażenia najwierniejszego pieska – doczekała się – dostała wszystko czego jej wcześniej brakowało.
a gdy wracam do domu, jak co dzień, po kilkudziesięciu/set kilometrach, jak porozmawiam z nią przez chwile, zanim wyjdę (serce ostudzić trzeba) – żegna się ze mną swoimi pięknymi szklącymi się oczętami i mówi – jutro raniutko też tu będę czekać na ciebie!
mm.. a mój pierwszy pojazd “Citroen XM? 1991 r. 2.1 TD na wypasie ;) On miał na wszystkich wy***bane :)
Był pewny siebie. Plynął sobie w spokoju po drodze ( na swoim hydrozawieszeniu ) i nie przeszkadzało mu, że wyprzedzają go karki w stjuningowanych golfach, calibrach i różnej maści BMW, bo wiedział, że jak taki delikwent wpadnie w dużą polską dziurę, to od razu zgubi zderzak albo kawałek zawieszenia, a on sobie przepłynie po tej dziurze jak gdyby nigdy nic i będzie patrzył na takich z góry :) Poza tym wszystkie auta zazdrościły mu szpanowaniem na światłach możliwością regulacji prześwitu :).. Zawieszenie w dół, po chwili kopary wszystkich dookoła opadały również ;)
Eh.. ależ mi go brak.. :(
jednym z samochodów taty był takowy xm, ale w 3.0 silniku. tak. masz racje. ten samochód był zaj..ebiscie pewny siebie. :D
XM zdecydowanie mieści się w czołówce mojej listy “the best of dwie ostatnie dekady”.
Mój pierwszy dupowóz to był Opel Rekord 2.0 gaźnik, kombi, biały, rocznika nie pamiętam (chyba 1985), ale jeździłem nim w latach 1993 – 1994. Kupiony od pewnego niemiecka emeryta, który zrobił nim cale 20.000 km!!! Był to ostatni model Rekorda, po ostatnich liftingach. Silnik w benzynie dawał 100KM i bujało się w nim bardzo przyjemnie… potem jeździłem złotym rekordem kombi 2.2i 115KM,z automatem i różnymi bajerami typu centralny zamek, el. szyby, szyberdach, alusy, klima i co tam fabryka dała. W 1994 roku to był wypas… ale szybko zamieniłem na czarnego perłowego 5-cio drzwiowego Nissana Patrola 2.8 TD (baujahr 1993). Też 115KM, ale jakże mocniejsze! Choć sam Nissan ważył prawie tonę więcej od wspomnianego Rekorda…
Dziś mam tylko wspomnienia z tamtych czasów, 15 kg więcej na osi, kilka słabych zdjęć zrobionych idiot-kamerą i swoją Wanienkę :)
Moja Laguna to druga najfajniejsza laska w okolicy! ;)
Duszę zyskuje, jak się popsuje…
–
http://lewympasem.pl/
[...] http://www.blogomotive.pl/index.php/2010/03/23/czy-auto-ma-dusze/ [...]