#185 Po co komu hybryda? (2/2)

Nim wyruszyliśmy testować hybrydowe BMW X6, na stół wjechały platery pełne sushi. Nie mam wielkiej praktyki w używaniu pałeczek i niestety jedyne, co udało mi się w nie schwycić, przypominało odnóże ośmiornicy.

Choć bardziej prawdopodobne było to, że to odnóże schwyciło się moich pałeczek. Tak czy siak – skoro je miałem (lub ono miało mnie), nie wypadało nie zjeść – szczególnie, że wszyscy w napięciu na to czekali. Przełknąłem ślinę i włożyłem odnóże do ust. I to był błąd. Nie to, że je włożyłem, ale że wcześniej przełknąłem ślinę pozbywając się z ust nadmiaru wilgoci. Gdyby była, odnóże ześlizgnęłoby mi się do gardła i po sprawie. A tak przywarło przyssawką do wewnętrznej strony lewego policzka i ani myślało dać się przełknąć. Zamknąłem usta by nie wyjść na wieśniaka i szklanymi już z obrzydzenia i miotających mną odruchów wymiotnych oczami spojrzałem wokoło próbując się uśmiechnąć.

Nikt uśmiechu nie odwzajemnił. Nikt również wzroku ode mnie oderwać nie chciał. Cóż było robić… zatkałem usta dłonią i wybiegłem do toalety. Potem dowiedziałem się od Dagny, że odgłosy, które wydawałem, a które niezbyt dobrze tłumiła nowoczesna architektura wnętrza, niespecjalnie umilały innym posiłek. Koniec końców po imprezie każdy dziennikarz dostał swoją porcję zapakowaną na wynos. Bo jakoś mało zjedzono po moim incydencie.

Usiadłem z tyłu – nie byłem jeszcze gotowy na jazdę. Policzek mnie od środka piekł a gardło palił kwas żołądkowy. Nie ma co wchodzić w szczegóły – każdy z Was kiedyś wymiotował o pustym żołądku, więc wiecie, że nie jest to łatwe.

Obok kolegi z Manager Magazine (kolega jest z tych fajnych dziennikarzy) siedział człowiek z BMW, taki opiekun. Ponoć kiedyś się zdarzyło, że podczas podobnej imprezy dwóch redaktorów skoczyło do centrum załatwić swoje sprawy – obstawiam, ze podjechali do sklepu wędkarskiego po białe robaki lub do pralni po szare spodnie garniturowe noszone absolutnie zawsze i do wszystkiego. I od tamtego czasu BMW nie puszcza pisamków bez opiekuna.

Siedziałem z tyłu, bawiłem się moją częścią systemu iDrive i nawet nie wiem kiedy zaparkowaliśmy na lotniskowym Cargo. Tu wysiedliśmy, by chwilę odpocząć, wymienić opinie i zmienić się przy kółku. Opinii nie wymieniłem, bo nie było z kim – wszyscy tradycyjnie gadali o byle czym przechwalając się, kto, gdzie i kiedy jakim autem jedzie. Typowe. I mocno bucowate. Bo przecież ja, gdybym miał co 4 dni inne auto pod domem, na pewno nikomu bym się tym nie chwalił… na 100%…

Ślady gum na powyższej fotce nie pochodzą od X6. Po pierwsze są za wąskie, a po drugie chyba nie ma takiej siły, by X6 spaliło laczka. Ono potrafi całą moc przekazać nawet na 1 koło, więc w razie niebezpieczeństwa zabuksowania przez jakieś koło, trzy pozostałe szybko je odwiodą od tego rwąc auto w przód. Może to i dobrze – pisk tak szerokich opon pewnie brzmiałby jak syrena okrętowa. Co pisk to zawał niewinnego przechodnia.

Ustawiłem sobie fotel i tu tradycyjny mały zonk. Naprawdę nie rozumiem, po co produkuje się tak wielkie i wysokie auta, by nie móc w nich poczuć tej kubatury? Wystarczyłoby umieścić fotel 10 cm niżej (a naprawdę jest to możliwe) by mieć nad głową tyle przestrzeni co na dworcu kolejowym. Ale nie – ktoś wyliczył, że idealna widoczność jest wtedy, gdy kierowca trze grzywą o podsufitkę. I tym samym czar wielkiego auta pryska – czujesz się w nim jak w Seicento. Tylko znacznie szerszym. No i znacznie szybszym.

Poczekałem na swoją kolej i włączyłem się w konwój. Wszyscy na pełnym ogniu, ja delikatnie na elektryce. I cały czas tak jechałem – na elektryce najdłużej jak to tylko możliwe. I mimo włączonej klimy – z otwartym oknem. Dlaczego? Bo jazda na elektryce jest cicha, cichuteńka. Wierzcie mi, że uczucie jest niesamowite. Nie chodzi już nawet o to, że obrotomierz leży i silnik nie warczy – chodzi o dźwięk toczących się opon, który na ogół zagłuszany jest przez odgłos silnika lub wydechu.

Dochodziła 14:00 i droga z lotniska do centrum była kompletnie zakorkowana. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek tak cieszył się powodu korka. Ileż frajdy w takiej sytuacji dała mi hybryda!

Wystarczyło poczekać, aż po prawej zrówna się ze mną taksówkarz. Koniecznie taki, który wywalony jest do połowy przez okno, bo oszczędza na klimatyzacji. Jak już koło mnie stał, wtedy ja gwałtownie (acz bez przesady, by się silnik spalinowy nie włączył) ruszałem i od razu gwałtownie hamowałem. Jako, że wszystko to działo się bezdźwięcznie, pierwsze co robił taksówkarz to sprawdzał, czy mi ktoś w tyłek nie wjechał – że niby stąd ten mój skok bez ryku silnika.

Albo gdy on patrzył przed siebie (ale nie miałem wątpliwości, że kątem oka na bank kleił granatowe X6, każdy facet by je kleił) powoli, bardzo powoli ruszałem. Wtedy on nerwowo wciskał hamulec i przez wsteczne lusterko lukał, czy temu z tyłu nie wjechał w maskę – bo wydawało mu się, że się zsuwa. Wiecie – akcja typu „pociąg-peron” – gdy siedzisz w pociągu czasami nie wiadomo czy to pociąg ruszył, czy peron się cofa.

A najfajniej było, gdy stałem pierwszy na czerwonym świetle. Przechodzi przede mną chłopak (student taki) a ja gwałtownie myk – pół metra do przodu. A chłopak już susem w bok i się patrzy przestraszony. Sprawdza uszy, ale nie – tym razem nie miał słuchawek. Więc co do cholery?!

Emeryt człapie. Człapie i człapie. Takie jego prawo – ma zielone. Więc ja delikatnie się do niego dotaczam. Tak z bokowca, pod jego biodro. Emeryt zaczyna się chwiać i rozrzuca ręce, jakby tracił równowagę. Wiecie o co chodzi – jak się na karuzeli przesadzi, to potem ma się wrażenie, że się ziemia tak jakoś z boku przybliża i… leżysz. Ja mu się bezgłośnie przybliżyłem. Nie poległ dzięki wielkiej masce i jeszcze większym nerkom na niej. Ale guzikiem od płaszcza się w ich użebrowaniach zahaczył. Już chciałem jechać dalej by sprawdzić, czy emeryt na masce ma wpływ na dynamikę auta, ale opiekun od BMW kategorycznie zabronił i wysiadł go uwolnić. Niestety akurat wtedy zmieniło się nam światło na zielone i z tego co zauważyłem we wstecznym lusterku, naszego opiekuna przygarnęło srebrne X6 jadące w konwoju za nami.

A potem, jak już zostaliśmy sami i korek trochę zelżał, podskoczyliśmy do McDrive’a, sprawdziliśmy odejście na prostej (głowy nie dam, ale do 100 km/h ten kolos rozpędzał się tak: start-raz-dwa-trzy-cztery-pięć-i-pół) i ten chwalony system przekazywania mocy z koła na koło. Co tu dużo pisać – auto jest doskonałe a w wersji ActiveHybrid dodatkowo ma to coś co sprawia, że jest największym gadżetem świata… nie biorąc oczywiście pod uwagę śmieciarki, o której w dzieciństwie marzyłem (zakładam, że nie ma wśród Was chyba nikogo, kto nie chciał jeździć po osiedlu na tej półeczce z tyłu).

A teraz tradycyjnie już zróbcie sobie kawę, oczyśćcie umysł i poprawnie majty w spodniach – za chwilę podzielę się z Wami głębszymi przemyśleniami nt. aut hybrydowych, a to z Waszej strony wymaga skupienia.

Gotowi?
Kawa jest?
Majciochy poprawione, nie piją?
A zatem…

Hybryda, w sposób jaki ją rozumie i promuje Toyota (będę trzymał się tej marki, ale tyczy się to również wielu innych) to jakiś kompletny absurd i hipokryzja. Ten ekologiczny Prius, nim trafi do Kalifornii, płynie przez kilkanaście dni statkiem z Japonii. Podczas tej morskiej podróży każde auto zadłuża się ekologicznie na 5 lat. Rozumiecie – 5 lat! Możecie przez 4 lata i 11 miesięcy wozić się swoimi benzyniakami i dieslami po mieście i zanieczyścicie środowisko mniej, niż Prius do godziny „zero”, czyli do chwili, w której wreszcie jakiś opalony emeryt go w Kalifornii kupi. Jeśli będzie ten emeryt (lub inna Cameron Diaz) jeździł zgodnie z zaleceniami – być może w trakcie 10 lat użytkowania auta ten dług spłaci i wszystko wyjdzie na zero.
EEEEEEEEEEEEEE! Stop! Nic nie wyjdzie na zero. Po 10 latach ostrożnej jazdy z gazem ledwie muskanym Prius zrówna się z moją Almerą, która zimą pali w mieście 11 na sto. Ekologia, my ass!

A może o to w tym wszystkim chodzi, by taki Prius nauczył ludzi jeździć delikatnie i zgodnie z zasadami eco-drivingu? Wątpię. Po pierwsze Eco-driving nie jest niczym więcej jak marketingowym opisem rzeczy oczywistych i wszystkim znanych – ale jak pojawiła się na to zachodnia nazwa i kilka szkół uczących „techniki”, wszyscy krzyknęli „Wow!” i złapali zajawkę. Aż dziw bierze, że nikt jeszcze nie sprzedaje naklejek „Achtung, Eco-Driver im Auto” – rok temu zrobiłyby furorę, dziś jakby trochę o tym ciszej. Naprawdę nie trzeba mieć hybrydy, by jeździć ekonomicznie. I jeszcze jedno – przypomnijcie mi proszę, ile średnio Prius spala? Chyba coś koło 5 litrów. No proszę Was – i to ma być wynik ekologiczny?!

A po drugie Prius ma słabiutki silniczek benzynowy, jeszcze słabszy elektryczny i architekturę wnętrza rodem z Kii c’eed – siedzisz za wysoko, wszystko jest za nisko, przy hamowaniu wydaje ci się, że wylecisz przez przednią szybę. To wszystko nie sprzyja temu, by w tym aucie delektować się jazdą. W nie trzeba wsiąść, dojechać na miejsce i szybko wysiąść. A chęć jak najszybszego wyjścia z auta nie mobilizuje do spokojnego cruisingu.

A kwestia żywotności baterii? BMW mówi, że starczą one na całe życie auta, czyli… na 10 lat (sic!). Dobre, prawda? Po 10. latach to w Polsce auta dopiero wchodzą w okres dojrzałości – pojawiają się im pierwsze rdzawe wypryski trądzikowe. 25 lat – to jest wynik. Ale nadal do końca polskiego życia daleko. Co zatem z taką hybrydą ma zrobić jej właściciel, który po 9-latach zmuszania się nią do jazdy (przecież trzeba dług ekologiczny spłacić) wreszcie postanowi ją sprzedać licząc na to, że ktoś będzie ją chciał na ten jej ostatni rok życia kupić? Ano nic – bo jej nie sprzeda. Kto z Was kupiłby używaną hybrydę? Wystarczająco dużo problemów sprawiają inne „ekologiczne” nowinki – filtry cząstek stałych (są na szczęście warsztaty specjalizujące się w ich odłączaniu bez szkody dla silnika i elektroniki), systemy Start-Stop (te na szczęście samemu można dezaktywować póki jeszcze z rozrusznika nie zostały strzępy) czy bezpośredni wtrysk paliwa (zatankujesz nieopatrznie to swoje FSI na stacji Marex lub inny Robex i do warsztatu jedziesz na lawecie – a naprawa przewyższa o jedną trzecią wartość „bezwypadkowej” Skody okazyjnie kupionej w komisie pod Zieloną Górą). Nikt o tym nie mówi. Nikt nie wie, co się stanie z baterią. Nikt nie pisze, co się stanie z autem, jak bateria wysiądzie. Czy można ją dokupić? Czy będzie tańsza niż wartość 10-letniego auta według tabel EuroTax? Wątpię.

Jakie zatem auto jest prawdziwą i niezakłamaną hybrydą? To łatwe – jest nią BMW X6 ActiveHybrid. Wiem, wiem co sobie myślicie. BMW zaprasza mnie na swoje prezentacje i jazdy więc wykazując się brakiem moralnego charakteru i dziennikarskiego kręgosłupa cukruję im teraz ile wlezie. Być może, w sumie po to piszę bloga, by od czasu do czasu czymś się przejechać ;)

Prawda jednak jest taka, że w przypadku X6 ActiveHybrid nikt nie mówi o mniejszym spalaniu (tak na marginesie powiem Wam, bo się o to zapytałem dla jaj – wiecie o ile mniej pali hybrydowe X6 w porównaniu do jakiejś tam innej wersji benzynowej? O 15%. Czyli w cyklu mieszanym pali… 18 litrów na 100 km ;) Nikt nie mówi o ekologii. Nikt nie mówi o środowisku. Bo nikt na temat tego auta nie rozpowszechnia kłamstw (co ma moim zdaniem miejsce w przypadku Priusa i jemu podobnych… lada dzień rozpocznie się kolejny żenujący spektakl ratowania Ziemi przy pomocy Hondy CR-Z). BMW stworzyło tą hybrydę dla frajdy. Bo dzięki dodatkowemu silnikowi elektrycznemu to X6 ma nieziemskiego kopa, cichutko toczy się w korku i pozawala bawić się w „jazdę na prąd”.

Jestem tym autem zauroczony. Poza ewidentnym błędem w ergonomii (za wysoka pozycja za kółkiem) nie wyobrażam sobie, bym kiedykolwiek mógł kupić X6 w innej wersji. Uwierzcie mi – tak wykonaną i jeżdżącą hybrydę każdy z Was łyknąłby szybciej, niż młody pelikan łyka rybę.

X6 ActiveHybrid od standardowej X-szóstki różni się felgami (są jak wiatraczki – odciągają powietrze z hamulców – ciekawe po co, skoro się ich nie używa – i co równie ciekawe, tak samo jak w McLarenie SLR występują w wersji dla lewych i prawych kół), trochę innym zderzakiem z przodu i etykietkami z tyłu i po bokach. Umówmy się zatem, że ilekroć zobaczymy na mieście kogoś w standardowej X-szóstce, podbiegniemy i z bliska pokażemy mu “Z jak ZONK” – bo kupił złą wersję:

Wiecie już, jak brzmi odpowiedź na tytułowe pytanie?
Po co komu hybryda?
Dla frajdy!

Wsparcie dla zagubionych: część 1, to jest część 2

5 komentarzy

  1. No i właśnie dlatego hasłem BMW jest “radość z jazdy”

    Przepiękne auto – zrobiłem sobie symulację na konfiguratorze BMW.pl i wyszły mi jakieś drobne… 550 000 PLN za X6 ActiveHybrid to jakieś grosze – ma ktoś pożyczyć?? :)

    Podobno w BDG mają mieć niedługo do jazd testowych tą X6tkę – już zagaiłem do kumpla, żeby o mnie pamiętał jak przyjdzie.

  2. bardzo fajny tekst napisał autor ze 100 razy lepsze od suchych snobistycznych wiadomości z gazet. choć nie lubie suvów i uważam że wszystkie suvy i crosovery trzeba zabić mi się akurat podoba stylistyka x6.
    Uważam że człowiek nie ma frajdy z jazdy naciskając tylko dwa pedały w aucie czyli gaz i hamujec gdyż czasmi lubie sie pobawić w eko driving czy przewidujac zachowania innych kierowców na drodze.
    Jednym zdaniem fajny tekst.A jeżeli ktoś chce być ekologiczny to niech nie kupuje nowej hybrydy tylko pojeździ starą bryką trochę dłużej bo jest to ekologiczniejsze od kupowania aut które w akumulatorach maja wiecej świństw ;)

  3. Hybryda dla frajdy? Nigdy w życiu! Przejeżdżanie cichaczem po stopach przechodniów na pasach nudzi się po tygodniu. Tymczasem koncertów jakie potrafią dać ośmio-, a nawet sześciocylindrowe motory benzynowe BMW słuchać można na okrągło, regulując jedynie ich “forte-fortessimo” pedałem gazu. I pod warunkiem, że pracują pod maskami modeli takich jak seria 3 czy 5. W X6 czy X5 jakikolwiek motor o mocy powyżej 300 KM jest przeznaczony dla ludzi, którym nie brakuje kasy, za to brakuje klasy. Ci sami ludzie w knajpie zamawiają sushi (bo to modne i tak wypada), po czym pod stołem przyprawiają je musztardą i majonezem. Inaczej nie przeszłoby im przez gardło ;-)

  4. Eee, X6 z gazem w podłodze gada wyśmienicie. Może nie tak fajnie jak 7 AH, ani X6 M (wydechy robią swoje), ale bulgot wywołuje na twarzy kierowcy szeroki uśmiech.

    Poza tym w porównaniu do Priusa hamulce BMW dają prawdziwe czucie, a – jak pisze Blogo – silnik elektryczny daje tu przede wszystkim power. Ale 14 l/100 km w W-wie da się uzyskać :-)

    Fajny tekst, Rafale. I słuszny (również w poprzedniej części ;-) Zastanawiam się, czy gdzieś tam się widzieliśmy. Trzymaj się, ja jak zwykle mam świetny zapłon ;-)

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *