#188 Zlot Gwiaździsty (1/3)

Cześć Blogo! Wiem, że życie celebryty to niełatwa sprawa – nieustanne bankiety, prezentacje najnowszych modeli Bentleya, Audi i Daewoo. Błyszczący lakier, hostessy, szampan, te sprawy. W związku z powyższym chciałem zaproponować odwiedzenie imprezy, na której tego nie będzie” – napisał do mnie krzychoo (właściciel 1+1 dyblogów i zdobywca Jaguara za opowieść o Focusie) a ja pomyślałem sobie, że może już czas zrobić wyjątek. Wyjątek od blichtru, łaknących mnie hostess i szefów wielkich koncernów zapraszających mnie na lampkę wina. Tylko czy relację z takiej imprezy ktokolwiek z Was zechce przeczytać?

– Gdzie idziesz? – spytała Ryba przyłapując mnie przy drzwiach, gdy w sobotni poranek ukradkiem starałem się wyjść z domu.
– No… kolega napisał, że jest zlot… – trochę się plątałem.
– Kolega czy koleżanka?
– No… czytelnik. Że na Bemowie są stare Alfy i nie tylko…
– I tak zamierzasz pójść? – spytała wskazując po prostu na mnie.
– A co?
– Się wylaszczyłeś, no no…
– Eee… t-t-to tylko ta bluza do ciebie, spodnie przecież stare…
– Ej, chonotu! – krzyknęła nagle przyglądając się mojej twarzy. – Coś ty sobie zrobił z brodą?!
– No bo drapała mnie…
– I tak zamierzasz pójść?
– No.
– I wąsy w ustach Ci nie przeszkadzają?
– No w sumie nie bardzo… chyba nie…
– No to skoro tak, to możesz iść.
– Ale że jak? – kompletnie zgubiłem się w jej logice.
– No z taką brodą to na bank na spotkanie z jakimś gościem idziesz. Do dziewczyny byś tak nie wyszedł…

Zamknąłem drzwi i podszedłem do windy. Spojrzałem na swoje odbicie w błyszczącym panelu z guzikami – rzeczywiście coś mi się omsknęło – gdzieś się i symetria, i proporcje, i jakikolwiek kształt zagubił. Ale co tam – jestem facet, o wygląd dbam tyle co o czystość bielizny.

Warszawa w wakacyjne sobotnie przedpołudnie jest wspaniałym miejscem do jazdy – jest wyludniona i jadąc na jej drugi koniec można drogę dobierać nie ze względu na jej przejezdność i brak korków, a na jej jakość. Uwielbiam równe drogi – wtedy żadne stuki i hałasy nie zakłócają dźwięku silnika i wydechu. Wiem, że z ironią powiecie: „A co ci tam z tego 1,8 niby tak gada?”. Ale uwierzcie mi – gada. Sam nie wiem dlaczego – czy to przebieg robi swoje, czy od ponad 8 lat niewymieniany wydech, czy jakiś filtr się przetarł – jakby na to nie patrzeć, uwielbiam dźwięk silnika mojego Nissana powyżej 3500 obrotów. Więc jeździłem i warczałem. I w naprawdę doskonałym humorze dojechałem na Bemowo. A tam – Zlot Gwiaździsty trwał już w najlepsze…

Krzychoo w mailu pisał, że będzie się kręcił koło namiotu Forza Italia – i pomyślałem sobie, że a co, niech go zaszczyt kopnie i mnie spotka, niech ma o czym w domu opowiadać, niech choć jedno fajne wspomnienie z wakacji mu zostanie. Ale najpierw udałem się popatrzeć na próby sprawnościowe – takie jazdy po torze poślizgowym i takim zwykłym, pełnym pachołków, opon i lin.

I powiem Wam szczerze – im dłużej tam byłem, tym bardziej krzychoowi byłem wdzięczny, że mnie tu ściągnął. Normalnie do starej motoryzacji mam stosunek taki sam jak do starych telefonów, których przez swoje po-dziadkowe chomikowanie nigdy nie wyrzucam i nie sprzedaję – trzeba je głęboko schować, zapomnieć o nich, broń Boże nie używać a jak nieopatrznie wypadnie jakiś z szuflady przy gościach – zbyć to śmiechem i oddać Margolci do zabawy. Stare samochody są brzydkie. Stare samochody są gorsze. Stare samochody są po prostu… stare. Czym tu się podniecać?

Oczywiście jest kilka aut, które mimo wieku nadal robią kolosalne wrażenie, ale dla mnie – gościa, który jak mu nikt nie zagląda w monitor to zamiast Red Tuba włącza filmiki pokazujące choćby zegary Opla Astry – sama marka wystarczy, by się wzniecać. Ferrari, Lamborghini, Maserati – one po prostu bez względu na wiek budzą podziw. Ale Fiat 126p? Albo Warszawa? Czy nawet Alfa? Nysa? Jakiś Triumph? Proszę Was – podniecać się nimi to tak, jakby mieć zamrażalnik wypchany migdałowymi Magnumami i tęsknić za lodami Koral z Dodą na papierku. Tyle wspaniałych aut nas na co dzień otacza – po co tracić czas na te, których już nie produkują od kilku dekad?! Przecież nie dlatego z ich produkcji zrezygnowano, że były tak świetne, tak doskonałe i bezawaryjne, że ich dalsza produkcja narażałaby tylko firmę na straty związane z brakiem wpływów w serwisach i ASO. Te wozy nie są już produkowane, bo w którymś momencie inżynierowie zrozumieli, że prawie każdy ich element był wadliwy lub błędnie zaprojektowany i stworzyli następcę, potem kolejnego… i jeszcze jednego. Oni w ten sposób naprawiali swoje błędy. Więc dlaczego teraz ktokolwiek miałby jarać się autem, które nawet jego twórcy uznali za jedną wielką wadę produkcyjną?

Nie wiecie? Ja też nie wiedziałem.
Ale już wiem. I Wam to powiem.
Ale w czwartek z rana – w ostatnich akapitach trzeciej części tego opowiadania.
A tymczasem… let’s get back to action!

Próby sprawnościowe przebiegały z uroczą flegmą – większość kierowców oczywiście się sprężała, ale nie będę Was oszukiwał ani nikomu cukrował – ani Nysa, ani Maluch, ani nawet śliczny Triumph swoimi driftami nie sprawiają, że ktokolwiek może z otwartej buzi wypuścić ku ziemi silikonik. Ot – fajnie brzmią, nostalgicznie wyglądają i co niebywale ważne – prowokują rozmowy i śmichy-chichy.

Bo gdy uroczy Opel GT próbował wystartować bez zapiętej jedynki, to radości nie było końca. Bo gdy naprawdę fajnie driftująca Alfa (być może 75, ale głowy nie dam) w pewnym momencie wyjeżdża poza trasę i dobre 200m pocina z powrotem na wstecznym, to wtedy nikt nie myśli o rzeczowych komentarzach – wszyscy serdecznie się nabijają. A jak znowu wspaniale utrzymany brązowy Maluch na zakręcie wesoło klapie uchylanymi szybkami – nic, tylko się chichrać. A gdy wielki Ford ledwo mieści się w trasie przejazdu – toż to sama radość. A strażacka Nysa pełna imprezowiczów prawie zdejmująca opony z felg na każdym zakręcie to niby co – nie jest to powód do żartów? Albo zglebiony ponad miarę Ford Granada, który po doskonałym przejeździe tak bardzo opóźnia hamowanie na mecie, że o dobre 2 metry mija linię, która miała znaleźć się pomiędzy jego osiami – no ubaw po pachy.

Myślicie, że ironizuję? Otóż nie – naprawdę atmosfera była przednia! Co chwilę chłopaki ze strażackiej Nyski uchuchamiali ręczną syrenę alarmową, co chwilę gdzieś obok charakterystycznie „bląkając” przejeżdżała prawdziwa Syrena, co chwilę ktoś nie mógł zapalić a ktoś inny wyhamować.

Wtedy właśnie sobie zdałem sprawę, czym tak naprawdę jest motoryzacja i co w niej tak naprawdę można kochać. Ale wyprzedzam trochę plany – o tym m.in. mam Wam dopiero napisać pod koniec trzeciej części. W czwartek z rana, pamiętacie?

Chodziłem tak, robiłem zdjęcia i nagle, zupełnie nieoczekiwanie zobaczyłem swoje odbicie w szybie jakiegoś auta. I przykre wspomnienia związane z moją poranną rozmową z Rybą wróciły – mimo świetnej zabawy moja broda nadal była krzywo przystrzyżona, a kosmyk czarnych jak smoła włosów z wąsów (i chyba nie tylko z wąsów – pewnie jeden, góra dwa włosy wprost z nosa też w tym kosmyku były) nadal przy każdym otwarciu japy pakował mi się na zęby. I jak tu się krzychoowi na oczy pokazać? Wszyscy wiemy, jak ważne jest pierwsze wrażenie. Nie mogę sobie teraz, w tym wakacyjnym okresie ogórkowym, pozwolić na stratę choćby jednego czytelnika!

Lekko speszony, ale i zaskoczony tym, że mój zarost nie był tematem drwin podczas niedawnych rozmów, opuściłem teren jazd sprawnościowych i z opuszczoną głową udałem się w kierunku „zlotu właściwego”, czyli tam, gdzie wszystkie furki stały i się błyszczały, a ich właściciele lansowali się na leżaczkach nieopodal nich.

Po drodze zahaczyłem o trasę, po której normalnie ścigają się rajdówki podczas OS-u „Lotnisko Bemowo” w Rajdzie Warszawskim czy jak go tam zwą. Spójrzcie na wielkość tego żwirku – gdyby w moją stronę wyleciał wyrzucony spod kół jakiegoś WRC-eka, tylko manewr rodem z Matriksa mógłby mnie uratować. Wiecie – ten „bullet-time” z Neo mostkującym przed kulami.

Z daleka widziałem już namiot Forza Italia. Czy się do niego udałem, by onieśmielić swoją osobą krzychoo’a? No co Wy – z taką brodą i wąsami w gębie?!

C.d.n.

Wsparcie dla zagubionych: to jest część 1, część 2, część 3
Tutaj galeria zdjęć z imprezy

6 komentarzy

  1. Pingback: Koniec!
  2. Możesz dać głowę – to była Alfa 75. 3 litry, sześć garów i kierowca maksymalnie pozytywnie ześwirowany. :)
    Fajna relacja – z niecierpliwością czekam na następne części!

  3. Nie przeleciałem przez metę… zmieściłem się i taryfy nie zarobiłem :D.
    Fajna relacja… inna niż zwykle.
    Pozdrawiam
    Paweł Niemców

  4. @Sołtys: To kto miał taryfę na mecie? Pamiętam, jak chwalono twój przejazd – że miałbyś szansę na najlepszy czas, gdyby właśnie nie ta meta. Czy jednak mi się z kimś pomyliłeś? We łbie mi się od tego słońca mieszało…

  5. Łooo, takich co przelecieli metę to trochę było. Najlepszy czas w pewnym momencie miałaby stara Toyota Starlet, która szła jak wściekła, tylko właśnie. Na mecie też. No i +20 sekund za to. :(

  6. Ja dostałem taryfę po na lewym 90 (po przeciwległej stronie toru) ustrzeliłem oponę więc dostałem 5 sekund taryfy. Meta była na styk :D. A Metę przeleciał Darek Pająk starletką bo przy dohamowaniu na mecie wyskoczył mu tłoczek z tylnego lewego hamulca (sic!) i dostał niestety 20 sekund. Swoją drogą starletka była z 81ego więc nieklasyfikowana niestety. Załączam link do przejazdu niedzielnego (nieliczonego):
    http://www.youtube.com/watch?v=q4HB3ZioKuU&feature=search

    pozdrawiam
    Sołtys

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *