#188 Zlot Gwiaździsty (3/3)

Nadszedł czas na obiecaną katechezę. Dziś wreszcie powiem Wam, dlaczego stare auta są fajne i za co tak naprawdę kocha się samochody. Przeczytajcie i przyjmijcie mój punkt widzenia jak swój własny – będziecie wtedy fajniejsi i bardziej lubiani w towarzystwie, bo wreszcie będziecie mieć jakieś skrystalizowane poglądy. Na cokolwiek ;)

Mój Nissan jest relatywnie nowy – kupiłem go w warszawskim salonie, przez 8,5 roku pokonałem 152,000 km i jest tak cholernie bezawaryjny, że niestety nie miałem okazji niczego się przy nim nauczyć. A 30-letnie Porsche, Ferrari, Triumph, Alfa Romeo, Fiat, Lancia czy choćby BMW się psują. Bo muszą się psuć. Mój Nissan też za 20 lat będzie uruchamiał się tylko w lecie i to ledwo na 3 cylindrach.

Nie, nie wyczekuję tego ze zniecierpliwieniem. Nissana lubię takiego, jakim jest. Ale kto wie – jeśli zostanie ze mną na zawsze, to być może kiedyś (już jako drugi samochód) będzie ślicznym youngtimerem z tymi wszystkim uroczymi problemami technicznymi. Czemu nie?

Bo stare auta są charakterne i unikalne. Mój Nissan po prostu się uruchamia, gdy dodam gazu to przyspiesza, gdy zahamuję to zwalnia, a gdy nacisnę jakiś przycisk na desce rozdzielczej, to coś się dzieje.

Tymczasem youngtimery działają trochę inaczej. Każdy z osobna trzeba umieć uruchomić. Każdy trzeba dogrzać na postoju. Przed ruszeniem warto kilka razy podpompować obroty – nie tylko dlatego, że taki na przykład Triumph świetnie wtedy brzmi – on po prostu inaczej nie ruszy. Hamowanie trzeba planować. Biegi zmieniać trzeba umieć – nie wystarczy popchnąć, by weszła jedynka – trzeba lekko podgazować, sprzęgło wcisnąć prawie (to ważne – prawie!) do końca a dźwignię pchnąć prawie (!) do przodu, ale jakby lekko w lewo. Gdy po raz pierwszy wsiadłem w salonie do mojego Nissana, od razu umiałem nim jeździć. Starego auta trzeba się nauczyć.

Czy pamiętam swoje pierwsze ruszenie Nissanem? Ależ skąd! Czy zapamiętałbym swoje pierwsze ruszenie Alfą z 1973 roku? Oczywiście, że tak – do końca życia pamiętałbym, że powiodło się za 8 razem. I zapamiętałbym również te pierwsze 7 nieudanych prób.

Mój Nissan podczas postoju na luzie trzyma 900 obrotów, a jak dodam gazu, to obroty rosną – jakie to oczywiste, prawda? Tymczasem silnik starego samochodu żyje swoim życiem. Na wolnych obrotach nadyma się, krztusi i kaszle niczym generał Grevious. Gdy dodasz gazu – chwilę się zawaha. Czy potem wejdzie błyskawicznie na obroty? Ależ skąd – przy 2000 się zakrztusi, przy 2800 zakaszle, powyżej 3700 prychnie a przy 5200 zacznie trząść autem. O czym to świadczy? Czy jest zły? Czy jest zepsuty? Nie, on po prostu tak ma.

I wiecie co – dodawanie gazu w Nissanie sprawia mi taką frajdę, jak poranne zakładanie spodni – biorę je i zakładam – emocje sięgają zenitu, tłum szaleje, na scenę leci damska bielizna. W starszym aucie słuchasz silnika i uśmiechasz się pod nosem, gdy prychnie przy zbyt niskich obrotach (przecież zawsze prychał przy 3700) lub zapomni się zakrztusić (a zawsze to robił dokładnie przy 2000). Gdy Nissanem ruszam spod świateł myślę tylko o tym, czy na kolejnych załapię się na zieloną falę – bo co za frajda jest w ciągłym ruszaniu i hamowaniu? Gdybym jechał Datsunem – o, dajmy na to takim:

… zgłosiłbym do sejmu projekt ustawy zakazującej istnienia zielonej fali. Marzyłbym o tym, by hamować i ruszać. By słuchać silnika, dozować niedozowalne hamulce, zmieniać biegi ze zgrzytem, czuć wibracje i strzały przy każdym ujęciu gazu.

Nigdy na oczy nie widziałem współczesnej Mazdy albo Kii, która toczyłaby się wolno na jedynce. Nie dlatego, że dziś auta nie toczą się wolno na jedynce – a dlatego, że jest to widok tak samo pasjonujący jak codzienne oczekiwanie na windę – tego się po prostu nie zauważa.

Gdy tutaj na Zlocie Gwiaździstym mijały mnie różne samochody leniwie tocząc się na jedynce – stałem jak zahipnotyzowany. Dziś silniki pracują równo i głównie szumią. Kiedyś warczały, prychały i terkotały – a im lepsze auto, tym te dźwięki większy respekt budziły. Wierzcie mi – gdybyście obok siebie postawili dzisiejsze Lamborghini Gallardo (przypominam o poprawnej wymowie: lamborgini gajardo!) i 35-letnie BMW 635i tylko ktoś z Instytutu Głuchoniemych (ewentualnie Mandaryna) mógłby powiedzieć, że Lambo przy 1000 obrotów brzmi lepiej.

Mój Nissan jest niezawodny i bezawaryjny. Kocham go tak, jak my petrolhedzi kochamy samochody. Ale czy moje auto dzięki tym cechom sprawia, że rozpiera mnie duma? No średnio.

To trochę tak jak z dziećmi – 6-letnią Margolcię kocham nad życie. Ale czy rozpiera mnie duma, gdy ta dziewuszka zachowa się odpowiedzialnie i poprawnie? Bynajmniej – wtedy mnie to cieszy, po prostu cieszy. Lub wręcz jest to dla mnie normalne, bo tego od niej oczekuję. Ale duma mnie rozpiera, gdy córuś mnie czymś zaskoczy, gdy przywali mi ripostę wzorem wujka Staszka (choć oczywiście nie dokładnie słowo w słowo), gdy zrobi coś tak niespodziewanego, że gubię beret. Wtedy pękam z dumy – że na coś takiego wpadła, że to wymyśliła, że w absurdzie wyznaczyła nowe, nieznane mi granice.

Takie są youngtimery – są zaskakujące. I jeśli prawidłowo je odbierasz – ta ich nieprzewidywalność sprawiać Ci będzie nieziemską frajdę. Oczywiście to czasu, gdy na szybko będziesz chciał w przerwie reklamowej podskoczyć do nocnego – wtedy niespodziewany brak napięcia na siódmym cylindrze czy niemożliwa do utrafienia dwójka nijak Cię nie rozbawi. Ale kto powiedział, że 30-letnim autem trzeba jeździć na co dzień?

I jeszcze jedna rzecz, która sprawiła, że wręcz zachłysnąłem się urokiem starej motoryzacji i zlotów jej dedykowanych. Wiecie dobrze, że byłem na prawie każdej większej imprezie motoryzacyjnej w Europie. Widziałem auta, o których Wy czytacie w gazetach podczas porannej „zasiadanej toalety”. Widziałem Kubicę kręcącego bączki, ratowałem z opresji Romana Polańskiego, prawie bez kończyn jeździłem Ferrari, z kumplami topiłem w bagnach M-szóstkę a raz nawet z torebką od chipsów na głowie wgniotłem premierowego roadstera.

I teraz uwaga – zawsze po wyjściu z tego typu imprez wsiadałem do Nissana z kłębiącą się we mnie furią. Tyle się superkarów naoglądałem, że jedyne co chciałem to ruszyć z piskiem, kręcić po odcięcie i tasować tych wszystkich leniwych, wieczornych kierowców. I zawsze to robiłem. To cud, że wracając w takim stylu z tych imprez nadal żyję.

Tymczasem w sobotę było inaczej. Po 2-godzinnym pobycie na Zlocie Gwiaździstym wsiadłem do auta, wrzuciłem jedynkę i puściłem sprzęgło. Toczyłem się tak do chwili, gdy jadąca za mną Yariska z „L” na dachu nie wytrzymała i trąbnęła.

Jechałem powoli i wsłuchiwałem się w silnik, który… niestety nie chciał zakasłać ani prychnąć. Ale mi to nie przeszkadzało – wyobrażałem sobie, że siedzę teraz w Corvette i słucham jej bulgotu. Albo w malutkiej Alfie i czuję pod ręką wibracje skrzyni biegów. Albo w jakimś 40-letnim amerykańcu i bez końca bujam się po najechaniu na studzienkę.

Jestem mężczyzną i nie potrafię, tak samo jak każdy z Was, mówić ani pisać o uczuciach. Nie umiem nazwać tego, co teraz czuję, gdy przeglądam fotki z tej imprezy – naprawdę ta powyższa Corvette’a jest lepsza od współczesnej. Nie lepsza w sensie „lepsza”, ale lepsza w sensie fajniejsza. Do wczoraj, gdybym miał wybierać, wziąłbym nówkę. Dziś wziąłbym obie. Ale nową tylko jako benchmark – po to, by ta stara przy tej nowej wyglądała jeszcze lepiej.

Koniec.

Wsparcie dla zagubionych: część 1, część 2, to jest część 3.
Tutaj galeria zdjęć z imprezy

9 komentarzy

  1. No Misiu, nie wiedziałam, że z ciebie taki romantyk…..Szkoda, że się tak rozwijasz tylko przy samochodach.

  2. Pingback: Lektura na piątek
  3. Blogo, jak 24-letnią Alfą dojeżdżam do roboty (nie codziennie, trzeba autami rotować). Da się :).

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *