(m188) Tyrrell P34

Nie, jego cztery przednie koła wcale nie służyły temu, by zwiększyć zwrotność i przyczepność – tak przecież wówczas poszukiwaną. Otóż inżynier Tyrrella, niejaki Derek Gardner, zastosował 4 małe kółka w miejsce dwóch większych (standardowych) po to, by zmniejszyć powierzchnię czołową bolidu redukując tym samym opory powietrza podczas szybkiej jazdy. Wpadlibyście na to?
Kółka były osadzone na 10 calowych felgach (niby malutkie, ale współczesne F1 mają 13-tki, więc nawet przy Kii Picanto wstyd) i każde miało w środku miniaturową tarczę hamulcową. Ot, takie tyciutki, malutki srebrny krążki. Kto wie, czy nie stąd przypadkiem Philips zaczerpnął pomysł na płyty CD?
Tyrrell P34 wygrał swój pierwszy wyścig – Grand Prix Szwecji w 1976 roku. A potem było już tylko gorzej – objawiły się problemy z hamowaniem, aerodynamika jednak kulała a Good Year nie był w stanie rozwijać technologii tak małych opon, bo najzwyczajniej w świecie nie miał odpowiedniego zaplecza do ich testów – a budować się go te nie opłacało, bo reszta stawki miała z przodu normalne koła i ani myślała się wydurniać.

Ostatecznie Tyrrell przejeździł jeszcze cały sezon 1977, ale zwycięstwa już nie odniósł. Kilka razy finiszował na drugim miejscu, lecz z wyścigu na wyścig coraz bardziej odstawał od konkurencji.
Zwróćcie uwagę na jedną ciekawostkę. O ile 4 przednie skrętne koła się nie przyjęły w dzisiejszym F1, o tyle to malutkie okienko (pozwalające chyba zerkać na koła) można spokojnie uznać za dalekiego krewnego dzisiejszego kanału F.

Szkoda, że dziś w F1 nikt tak nie szaleje. Szkoda, że te wszystkie “rewolucyjne” zmiany konstrukcyjne są niewidoczne, nieistotne i głównie jarają inżynierów. Szkoda, że jakiś Red Bull nie wystawi trzykołowca. Szkoda, że Mercedes nie wytoczy z boksów czegoś, co się pochyla na zakrętach i staje w pionie przy hamowaniu. Szkoda, że to całe F1 jest takim zatwardziałym, piernikowym sportem. Ale to temat na większy wpis.
- – - – - – - – - – - – - – - – - – - – -
Ten wpis jest inspirowany lekturą “The Illustrated Encyclopedia of Extraordinary Automobiles” autorstwa Gilesa Chapmana. Książkę tą swego czasu przesłał mi goscinny, mój czytelnik i komentator.
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)

No to czekamy na wiekszy wpis…
Słitaśne te kółeczka ;-)
Cała prawda o F1.
Nuda, nuda, nuda, która pasjonować może tylko ludzi lubujących się w statystykach i zmian o 0,01 czegoś tam.
Gdy w ostatnim TopGear obejrzałem wspomnienie A.Senny to aż się łezka w oku zakręciła. Kiedyś to kierowcy mieli jaja. Ciągłe szukanie przyczepności, przelatywanie zakrętów poślizgiem, gdy nie dali rady przed nim wyhamować…
…aż żal, że kilka lat temu Schumi razem z Ferrari swoimi przejazdami w stylu Terminatora zabiłi ten sport.
I pomyśleć, że próbowałem to wówczas oglądać. Choć zwykle wyglądało to tak:
- Start. Schumi na Pole Position. 5 kółek, ciągle pierwszy, powieki opadają.
- Pierwsza pobudka około 30 okrążenia, a Schumi ciągle pierwszy.
- Czas na drugą wizytę w boksie, czyli druga pobudka, ale Terminator przez ostatnich ileś tam okrążęń (nigdy nie mogłem dojrzeć tych małych cyfr na górze ekranu, w końcu telewizory miały wówczas tylko 21 cali, no i te zaspane oczy) wyrobił taką przewagę, że mógłby spokojnie wyskoczyć do toalety i nie staciłby pozycji. A więc można nie przerywać na dłużej słodkiem drzemki…
- o koniec wyścigu, o Schumi No. 1.
I dziś wygląda tak samo tylko wszyscy się podniecają, że jedzie Kubica…i jest szósty, ósmy, trzeci, ósmy…