#201 Mio, samochody i inne drobiazgi (1/3)

Kiedyś przy okazji wpisu o innej nawigacji, trochę obśmiałem Mio. Bo nie ma co ukrywać – ich pierwsze modele sprzed dobrych 7 i więcej lat były słabe. Jak jest teraz? Ano się przekonamy, bo niedawno dostałem do testów nawigację samochodową Mio Moov S600. I wiecie co – normalnie ją przetestowałem. Niczym rasowy dziennikarz lub bloger technologiczny. Aż sam się sobie dziwię…

Nim przystąpiłem do pracy (bo takie testy to praca i nie ma to nic wspólnego z frajdą, którą sprawia zwykłe pisanie rzeczy wyssanych z palca) przejrzałem wiele testów różnych gadżetów przeprowadzonych przez blogi o nowych technologiach i innych typowo geekowskich duperelach. I zauważyłem, że wszelkie te testy spisane są w podziale na rozdziały – a każdy rozdział to kolejna strona, czyli „klik”. Nie wiem czemu – pewnie dla statystyk, zachowania pozorów profesjonalizmu a może dlatego, by łatwiej się to czytało. Nie wnikając zbyt głęboko w podstawy tej praktyki, postanowiłem zrobić podobnie. Sęk w tym, że nie miałem zielonego pojęcia, jaką treścią wypełnić typowe dla testów rozdziały „Opakowanie i zestaw”, „Wygląd zewnętrzny” czy „Funkcjonalność systemu”, by czytało się to przyjemnie i nie wiało pseudo-profesjonalnym żargonem.

Poza tym, ten blog jest głównie o samochodach więc uznałem, że na tytuły rozdziałów lepiej spojrzeć z tej właśnie perspektywy. A tak w ogóle, to Mio Moov S600 jest nawigacją samochodową, więc postanowiłem sprawdzić, jak się sprawuje w… samochodach.

Nissan Almera

W Nissanie nawigacja sprawowała się dobrze. Dzięki temu, że ten Nissan to mój Nissan i jestem już z nim obeznany, podczas testu mogłem skupić się na samej nawigacji. I wiecie co – Mio ma naprawdę ładny interface (filmy w trzeciej części testu).

Menu główne jest bardzo przyjemne a mapa przejrzysta i elegancko narysowana. Jest co prawda jeden mały feler w tym ładnym designie – wszystkie motywy map mają tak samo słabo widoczną ścieżkę jazdy – jest ona po prostu zielona, co w niektórych momentach (np. jazda po terenie mocno zalesionym) czyni ją trochę niewidoczną. Ale to drobiazg i tragedii nie ma – początkowo nie było mi łatwo, ale szybko się przyzwyczaiłem. A Rybie od początku się podobało, bo ona lubi pastelowo.

Opel Astra

W Oplu podłączyłem nawigację do Oplowej zapalniczki i oczekiwałem, że zjednoczy się z tym autem i będzie się sprawować trochę gorzej – wszak Opel jest gorszy od Nissana, to przecież wszyscy wiemy. A tu zaskoczenie – nawigacja w Astrze działała równie dobrze jak w Nissanie.

Jedna rzecz mnie trochę ubawiła – jeśli cel podróży leży dokładnie na końcu bardzo długiej prostej, Mio informuje Cię głosem i tekstem, iż „Dotarłeś do celu”, choć cel ten jest de facto jeszcze 7,7 km przed Tobą. Ale to drobiazg.

No i w Oplu się okazało, że mapy Mio mają niezłe pokrycie Polski. Wiem, wiem że AutoMapa ma lepsze, ale dla mnie to bez znaczenia – jeżdżę (jak większość z Was) głównymi drogami lub po dużych miastach – a tu pewnie różnica w pokryciu jest na poziomie znikomym, o ile w ogóle jest. A fakt, że któraś z map ma lepsza numerację ulic w Rykach Dolnych, mało mnie interesuje.

Toyota Yaris

W Toyocie nawigacja Mio po podłączeniu do zapalniczki również nie zachowała się stosownie do sytuacji i zamiast nawigować jak pierdoła (wszak Yarisy jeżdżą głownie z „L” na dachu) – sprawowała się dobrze.

Mało tego – okazało się, że ma w sobie jakiś rewelacyjny chip od satelit, bo fixa łapie migiem. I to nie jest żadna ściema – w porównaniu do TomToma, AutoMapy postawionej na jakimś Blow czy Nawigona na sprzęcie Trak – Mio jest natychmiastowe. Włączasz i nim dopniesz pod szybę, już ma ze 3 satelity złapane. Ale to nic przy tym, co wydarzyło się trzeciego dnia testów. Ale nie uprzedzajmy faktów.

W Yarisie siedzi się jak przy kuchennym stole, więc podczas jazdy łatwo jest bawić się menu. Po początkowej kaszance (wszystkiego się trzeba najpierw nauczyć), nie było źle. Choć muszę przyznać, że niektóre czynności (np. podgląd całej trasy, powrót do chwilowo “zapauzowanej” jazdy czy powrót do nawigowania po uprzedniej zmianie czegokolwiek w ustawieniach) raz udawało mi się wykonać, a raz nie. Tak, jest trochę bałaganu i chaosu w tym systemie, ale to drobiazg. No, może jeszcze sposób wyszukiwania POI nie jest do końca intuicyjny, ale to również drobiazg. W każdym bądź razie katedrę w Licheniu znalazłem bez problemu – a dla znacznej części Polaków to ważna spraw.

Volvo S80

Tu testy przebiegały zgoła inaczej, bo Volvo jest Domana, a ten jest paranoikiem jeśli chodzi o czystość przedniej szyby. Do tej pory nie wiedziałem, że można na kogoś z wściekłości napluć (wrzeszcząc przy tym: „I jak TY się teraz z TYM czujesz?!”) tylko dlatego, że bez pytania dolepił do szyby nawigację. Nie wiedziałem również, że czyszczenie tego niewidocznego łoju, jak to się wyraził Doman, może trwać kwadrans, i że niezbędne są do tego 3 różne szmatki: nanowłókna, mikrofibra i antistatic.

Ostatecznie Mio jechało koło skrzyni biegów i sprawowało się nie gorzej niż gdyby wisiało przy przedniej szybie. Niestety z tych nerwów zamiast wyszukiwać POI po słowie „badminton”, jak dureń wpisywałem „babinkton” i z nawigowania wyszły nici. Cóż, słabo sobie radzę w stresie. Szczególnie gdy przyczyna tego stresu siedzi obok za kierownicą i w każdej chwili może pół swojego auta (wraz ze mną) zostawić choćby na latarni.

Podsumowanie pierwszego dnia testów

  • Mio testowałem w 4 autach;
  • Odkryłem kilka irytujących drobiazgów;
  • By udobruchać Domana pozwoliłem mu w badmintona wygrać ze sobą 6:1.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dla zagubionych: to jest część 1 | cz.2 | cz.3
A tutaj galeria zdjęć w lepszej jakości.

6 komentarzy

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *