(m222) Benzyna za 5 zł

Psychologiczna bariera 5 zł… co to za bzdurny termin? Ja nie widzę różnicy pomiędzy benzyną kosztującą 4,89 zł za litr a tą kosztującą 5,02. Jak muszę zatankować, to po prostu tankuję. Samochód bez paliwa jest bezużyteczny.
5 lat temu po raz ostatni pojechałem zatankować na tzw. “taniej stacji”. Od tamtego czasu tankuję na najbliższej. Bo różnice w cenie benzyny są nieistotne. Przynajmniej dla mnie – miesięcznie wypalam maksymalnie 2 baki, czyli około 120 litrów Pb95. I to, czy za litr zapłacę o 15 groszy mniej lub więcej, naprawdę nie ma żadnego znaczenia. W skali miesiąca tankowanie tańszej benzyny daje w moim przypadku oszczędność 15 zł.
Wiecie co myślę o kwocie 15 zł? Jest jak splunąć. Nie dlatego, że na blogu zarabiam krocie i mam kasy jak lodu. Ja po prostu (pewnie jak każdy z Was) nie jestem w stanie tak zarządzać wydatkami, by te zaoszczędzone na benzynie moniaki pod koniec miesiąca wpłacić na lokatę. Kwota tej wielkości rozchodzi się w sposób niezauważalny – a to płyn do spryskiwaczy Tesco, a to choinka zapachowa, a to hod hot dog, a to skrobaczka do szyb.
Media mają kolejny temat – benzyna przekroczyła psychologiczną barierę 5 zł. Ale jak się głębiej zastanowić, przekaz ten adresowany jest do nikogo. Bo nawet nie do tych samych ludzi, którzy swego czasu pod Pałacem Prezydenckim bronili krzyża – nie do emerytów chowających swoje Corolki pod plandekami. Faktem jest, że oni tankują na Tesco lub Auchan. Ale nie dlatego, że te zaoszczędzone w skali miesiąca 2,35 zł (bo mało jeżdżą) ma dla nich jakieś znaczenie. Gdyby miało, nie byłoby ich stać na samochód. Oni oszczędzają na benzynie, bo to jest ich sposób spędzania wolnego czasu. Podróż na tanią stację, duma z bycia cwanym, zabawa z maszynką przyjmującą banknoty i pozwalającą wybrać dystrybutor. Takie małe codzienne radości.
Śmiem twierdzić, że tak naprawdę cena benzyny wszystkich kierowców kompletnie wali. Jeśli ich na nią nie stać, to znaczy że i tak już dawno sprzedali samochód, bo znacznie wcześniej nie było ich stać na chleb, a jazda na czczo jest słaba.
Jeśli masz samochód, po prostu go tankujesz. Możesz narzekać na ceny paliw, ale coś takiego jak “psychologiczna bariera” nie istnieje. Bo niby co? Powyżej 5 zł za litr nagle przestaniesz tankować? Albo zatankujesz mniej? I co wtedy zrobisz z samochodem? Dojedziesz nim do pracy “na pych”? A może dasz radę pod biuro dociągnąć na samym rozruszniku?
Ech te nasze media. Jak nie “psychologiczna bariera 5 zł” to “amatorzy białego szaleństwa”. Cieszcie się, że nie jestem dziennikarzem – nie dalibyście rady mnie wtedy czytać.
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!












RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)


Oczywista oczywistość, że to zamydlanie oczu. Łatwiej tak, niż to że zaraz przekroczymy (czy tam przekroczyliśmy) 3 zeta podatku na litrze. A jeździć jak zauważyłeś mogę binarnie: albo jadę (codziennie 120km) albo nie. Ni diabła nie mogę szmelcwagena zmusić żeby jechał na powietrzu, więc tankuję.
Co to jest “hod dog”?
;>
No bez kitu, nie mam pojęcia ;)
eee tam… w Białymstoku na jednym ze Statoili po 4,65 za pb95…
Haha, boski tekst. Zgadzam się w pełni, jaranie się barierą 5 czy ochnastu zł jest głupotą, ale też…
Staram się tankować z głową. Oczywiście, że nie jadę na drugi koniec miasta po tańszą benzynę, ale jeśli na mojej trasie przejazdu jest kilka stacji i znam w nich ceny (np. w Wawie czy Łodzi) to wybieram tę tańszą, ale markową.
No i nie zgadzam się z tym, że wali mnie cena benzyny. Owszem, nie przestaję korzystać z samochodu gdy zdrożeje, ale jednocześnie tęsknię za czasami gdy płaciłem 3,65 za litr. Ergo, nie mogę powiedzieć, że cena mnie wali.
No i jeśli mogę oszczędzić na benzynie 20 czy 30 zł (acz nie jest to mój priorytet) to super, bo za tę kasę kupię sobie książkę lub płytę.
w sumie to mnie zawsze śmieszyło jeżdżenie od stacji do stacji żeby było 2grosze taniej, ale też tęsknię za czasami kiedy paliwo było po czypiendziesiąt. No ale tankuje bo muszę, czy będzie po 4zł czy po 6, i tak jeździć muszę.
Be ze du ra nie bariera. A najlepiej jak będzie po okrągłe 10. Łatwo by się koszty jazdy liczyło.
No alee czy to jest 4.89 czy 5 zł, to i tak nadal drogo, c’niee?
Cholernie drogo, z tym nie dyskutuję. Irytuje mnie tylko ta “psychobariera”.
BTW: ponoć najdroższa benzyna jest w Wwie i Płocku. Wwę rozumiem, ale dlaczego orlenowski Płock??
oj Blogo… muszę Cię pochwalić bo bardzo przemyślany tekst… Wyszedł mła, 1 klasa. Szkoda że tak mało osób tak myśli lub chce myśleć. A jak ktoś chce jezdzic szczędnie, to niech sobie kupi skuter albo VW Lupo 1.2 TDI. On pali średnio 3,7L/100km.
Jest tez opcja transportu publicznego… np. PKP. Mają taką fajną promocję – “2x dłuższy przejazd w tej samej cenie. Oferta limitowana. Zobacz czy i Tobie się uda wejść do przedziału i zająć miejscówkę”.
Sory, alę wole zimnego diesla 5PLN za Litr niż poranny smórd w spóżnionym i tez zimnym tramwaju czy autobusie…
Niedawno robiłem przegląd gazet/papierów/ulotek motoryzacyjnych… i odkopałem paragon z tankowania PB95 z 1995roku… gdzie litr benzynki kosztował ile? kto zgadnie…?
tak…. około 1,7PLN… za litr dziewięć piątki… ale piękne czasy
@kk – wcale nie piękne, bo jeszcze wtedy prawka nie miałem! :-)
Trzeba było wtedy kupić całą cysternę i dziś miałbyś jakieś 35 tysięcy zysku :)
@Blogo
Co do cen to Wawa nie jest taka zła. Drożej jest w wielu mniejszych miejscowościach, gdzie brakuje konkurencji. Najtaniej gdzie byłem to Śląsk wypada, ale i w Łodzi nie jest źle (ok 10 gr różnicy).
Jeszce co do cen. Na mojej trasie praca-dom różnice dochodzą do 25 groszy na litrze (5%). Nie jest to już takie byle co…
Ja najbardziej lubię tankować na “dobrych” stacjach położonych b. blisko tanich. Bo one też trzymają atrakcyjną cenę. Np. na Shellu, który po drugiej stronie ma Neste, jest tylko kilka gr drożej. A ten sam Shell z drugiej strony miasta będzie już miał 20 lub 25 gr więcej.
Aha, dramat to jest Zakopane, szczególnie w sezonie. Łomatko, jakie oni tam ceny dowalają to kosmos jest…
No ja przy moich poborach niestety, ale odczuję czy zapłacę za bak niecałe 200zł czy 220-230zł. Z reguły jestem bardzo oszczędny i z niecierpliwością wyczekuję obniżek.
Wypraszam sobie, HOD dogi byly jak najbardziej do kupienia w skleiku w moim liceum juz niestety bylym :(
Gdy cena benzyny 95 przekroczyła pięć zeta, zrobiło to na mnie wrażenie. Bo zauważam, że cena benzyny rośnie szybciej niż moje dochody i mnie to martwi, bo wiem, że nie tylko ceny benzyny tak rosną. Ludzie, pięć złoty za litr! Przecież to robi wrażenie.
W Olsztynie cena 95 na Orlenie od dobrych kilku dni utrzymuje sie na poziomie 5,09, na Neste 4,91 – to juz nie jest “pare groszy” – obydwie stacje na tej samej ulicy oddalone od siebie 500m. Zgadzam sie, ze to nie jest roznica ratujaca budzet pod koniec miesiaca, ale mozna taniej? Mozna!
Z tą barierą psychologiczną, to jest, ze od 0 – 4,99 zł to jeszcze każdemu się wydawało, że cena do zaakceptowania. Powyżej 5,00 zł cena wydaje się być znacznie wyższa, bo wchodzi na inny pułap cenowy. I to nie tak, ze ludzie nie będą kupować. Bariera psychologiczna to taka, przy której psują się nastroje społeczne – tym bardziej, ze zawsze straszono przekroczeniem magicznej piątki. Teraz to się stało i bariera została przekroczona. Nie ważne, ze cena wzrosła o 5, 20 czy 50 gr. Ważne, że przekroczyła 5 zł. To tak jak z hipermarketami i cenami 9,99 zł. 10,01 zł to tylko 2 gr więcej, ale bariera psychologiczna kwoty dwucyfrowej została przekroczona i większość nawet się nie zastanawia nad faktycznym wymiarem.
Co do narzekania, to nie chodzi o to, że obecnie wzrosło o 40-50 gr, tylko że ogólnie jest już za drogo. Idąc Twoim tokiem rozumowania, za 2 lata będziesz się dziwił, że ludzie marudzą bo wzrost jest z 8,90 na 9,00 zł za litr. A to przecież tylko 10 gr i tankując do pełna zamiast 445 zł wydajesz 450 zł – 5 zł różnicy to nie powód do jęków. Z tym, ze jęki nie będą o te 5 zł na baku, tylko o to, że dwa lata wcześniej kosztowało coś o 4 zł mniej, a teraz bez konkretnej przyczyny cena jest podnoszona.
Cytując za pewnym liberałem: „tylko głupi cieszy się, że coś co może być tańsze jest coraz droższe”.
Nie chce mi się już dalej rozpisywać o ekonomicznym „efekcie motyla”, który wynika z tego, że każdy równoważy sobie wzrost + dodaje coś od siebie korzystając z tego, że i tak nikt się nie doliczy. Wszystko drożeje, a zarabiamy tyle samo.