#218 Test BMW X3 xDrive20d (2/3)

Trasę na działkę pokonaliśmy w półtorej godziny. To trochę dłużej niż zwykle się tam jedzie, ale po drodze strasznie nas nosiło. Co chwilę skręcałem w bok by sprawdzić, jak się to BMW X3 sprawuje na ośnieżonych wybojach. Albo Junior co chwilę piszczał, że tu, właśnie tu mam stanąć, bo on chce zrobić zdjęcie.

I wiecie co Wam powiem? Jest tak, jak już pisałem w pierwszej części – BMW X3 jest zaje… przepraszam, zapominam się, wszak odkąd współpracuję z BMW Polska nie jestem już tym samym zwykłym blogerem, jeno e-celebrytą. I nie przystoi mi młodzieżowy slang… a zatem BMW X3 jest… jednak nie, nie spękam i nie będę na siłę szukał innego słowa. Ten samochód zasługuje na szczerość. Napiszę to teraz, tutaj, już… BMW X3 jest zajebiste.

To, jak ten samochód jeździ i pokonuje nierówności, ciężko do czegokolwiek porównać. To naprawdę rewelacyjna mieszanka sprężystości, wyciszenia i francuskiego komfortu. To prawda, że wjazd w otwartą studzienkę (jak ja nienawidzę studzienek!!) przenosi się przez zawieszenie i fotel na Twoje pośladki. Ale odczuwasz to tak samo intensywnie jak posadzenie tyłka na pilocie do telewizora. Czyli nic a nic. Dopóki nie trzeba zmienić kanału – nie wiesz, że siedzisz na pilocie. Tak samo jest ze studzienkami – dopóki jadące za tobą auto nie zacznie koziołkować, bo w nią wpadło – nie masz pojęcia, że właśnie przejechałeś przez dziurę większą od koła X-trójki.

Pozycja za kierownicą może i nie jest moją wymarzoną (siedzi się trochę za wysoko względem dolnej linii bocznych okien), ale jest po prostu wygodna. Nie muszę poprawiać spodni (nawet prawa nogawka mnie nie uwiera), nie czuję się tak, jakbym przy hamowaniu miał wypaść przez przednią szybę a na zakrętach po prostu się nie boję ani o lusterka, ani o to, że swą masą wypchnę drzwi. Mimo iż siedzę odczuwalnie wyżej.

Te dwie cechy – świetne zawieszenie i bardzo wygodna pozycja za fajerą – sprawiają, że X3 jest wręcz idealne do jazdy. I-DE-AL-NE. Tak bardzo idealne, że mimo iż mieliśmy w planach coś tak fajnego jak jazda za autem na snowboardach, nie mogliśmy się powstrzymać przed zaliczeniem bezdroży:

…kościelnego parkingu:

..oraz jakiegoś pałacu:

W końcu dotarliśmy na miejsce. Było tak jak przewidywaliśmy – na całym podwórku i łące za domem leżało 40 cm nietkniętego ludzką stopą śniegu. Wysiedliśmy i… okazało się, że nie mamy do czego doczepić linki. W zderzaku co prawda była mała plastikowa zaślepka (pod którą zapewne krył się gwint do wkręcenia haka) ale baliśmy się ją (tą zaślepkę) wydłubać. Zimno było, plastik zmarznięty – po co mi potem wstyd przy oddawaniu auta. Wziąłem całe, oddaję dziurawe. Dlaczego? Tego się nie da wytłumaczyć.

Ale na szczęście w bagażniku były eleganckie, chromowane zaczepy do mocowania bagażu. Przywiązałem do jednego z nich linkę i ruszyliśmy – ja za kierownicą, Junior w pełnym ślizgu:

A potem nawrót i w drugą stronę to samo:

I tak jeździliśmy do godziny 1:30 albo i później. Raz ja, raz Junior. A raz to nawet jechaliśmy obaj na deskach (bo jednak Junior wziął mi tego Jankowego Burtona) – ale frajda była słaba, bo samochód toczył się niemrawo… w zasadzie pełzł sam z prędkością kilku km/h, a my uczepieni tej samej linki szuraliśmy za nim , czując się jak na dziecięcym orczyku na oślej łączce. Nuda.

Aż tu nagle, sunąc tak sobie niemrawo, zdaliśmy sobie sprawę, iż to X3 tak pełznie wprost na kończący łąkę zagajnik brzózek. Spojrzeliśmy na siebie i zaczęliśmy ostro krawędziować. BMW delikatnie (acz zauważalnie) zwiększyło obroty i dalej, mimo balastu dwóch jadących bokiem snowboardzistów, pełzło z dotychczasową prędkością. Wprost na zagajnik. Zagajnik brzózek. O matko!

Postanowiłem działać. Metodą znaną z wojska (widziałem to na filmach, sam w kamaszach nie byłem) wydałem serię niemych rozkazów – pięść w górze, strzelanie palcami na boki, pełne napięcia spojrzenia i tym podobne znaki-symbole – nawet laik by to zrozumiał. W skrócie pomysł był taki: Junior miał się puścić linki, najszybciej jak to tylko możliwe wypiąć się z deski, dogonić auto, wsiąść za kierownicę i je zatrzymać bądź ominąć brzózki. To był nasz “plan B”. Bo “plan A” miałem do zrealizowania ja. Był trudniejszy, ale bardziej widowiskowy. Otóż w trakcie, gdy Junior się wypinał, ja miałem podciągnąć się na linie do auta, usiąść na krawędzi bagażnika (wszak klapa była otwarta), wypiąć deskę i profesjonalnym skokiem “na tygryska” dostać się na fotel kierowcy. A potem albo zatrzymać auto, albo ominąć brzózki. Dla mnie to łatwizna, bo jestem gibki i wysportowany. Jak każdy bloger.

No i się zaczęło.
Junior puścił linkę i od razu zaliczył glebę na twarz, bo na wystającym spod śniegu kretowisku złapał przednią krawędź. Wił się chwilę niczym żuczek, lecz w końcu obrócił się na plecy i zaczął wypinać deskę. W tym czasie mnie od krawędzi bagażnika dzielił już tylko metr, może mniej. Zebrałem się w sobie i z całej siły szarpnąłem linkę, chcąc wciągnąć się do auta podskokiem. Uchwyt do mocowania bagażu wytrzymał to szarpnięcie, ale linka jakby mniej… supeł, którym ją przywiązałem nie godzien był nawet Margolci, która wciąż jest na etapie uczenia się sznurowania butów. Więc gdy ja szarpnąłem linkę, supeł się poluzował. A że wraz z szarpnięciem zebrałem się do skoku – zawisłem na moment w powietrzu, by ostatecznie wyrżnąć podbródkiem w krawędź bagażnika. Ale nie, nie upadłem na śnieg. Linka zaplątała mi się podczas tego lotu wokół szyi i nie pozwalała mi opaść. Nagrodę Darwina miałem już w kieszeni.

I wtedy nadbiegł Junior. Początkowo go nie poznałem – bo primo, coraz mniej widziałem z powodu utraty tlenu, i secundo – miał w nozdrzach pełno ciemnej ziemi z kretowiska. Wsiadł za kierownicę i… niestety nie zatrzymał auta, tylko zaczął manewr wymijania brzózek. “Mam brata geniusza” – pomyślałem i będąc wleczonym za autem odpłynąłem w beztlenowy sen.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nie będę Was trzymał w niepewności – przeżyłem. Przecież gdybym nie przeżył, nie moglibyście teraz tego czytać, co nie? Ha! Logika to mój konik.

Szczerze mówiąc, po tym incydencie trochę odechciało mi się jeździć na snowboardzie. Ale jako że noc była jeszcze młoda, postanowiłem zrobić coś, na co w mojej dotychczasowej karierze motoryzacyjnego blogera jeszcze się nie odważyłem. Postanowiłem zrobić temu BMW X3 profesjonalny test. Taki sam, jakie robią papierowe pisma motoryzacyjne. Wiecie o co chodzi, prawda? No że się pisze o zawieszeniu, wnętrzu, spalaniu, wyposażeniu i pojemności bagażnika. Takie tam arcyciekawe rzeczy.

Ale że było już dość późno (kilka minut po godzinie 2 w nocy), postanowiłem skupić się na jednym elemencie, ale jakże ważnym. Na pojemności bagażnika i związanej z nią ładowności auta.

W tym celu z graciarni wyjąłem drabinę – o, taką:

I postanowiłem sprawdzić, czy wejdzie do tego niemałego wszak auta. Dlaczego akurat drabina? Cóż, wszystkie pisma motoryzacyjne robiąc testy pojemności bagażników, wkładają do nich takie gąbczaste bryłki (cegiełki). Im więcej ich wejdzie, tym większy bagażnik. Logiczne, co nie? Ale mi to zawsze podjeżdżało absurdem. Bo przecież kto miałby przewozić w bagażniku gąbczaste bryłki? A drabinę… no proszę ja Was… drabinę to każdy od czasu do czasu chciałby gdzieś przewieźć.

Drabinę i wieszak, jeśli mam być precyzyjny. A muszę być precyzyjny, wszak to profesjonalny test. Oto, w jaki sposób przebiegał – otworzyłem klapę bagażnika i ulokowałem w nim przedmioty – najpierw drabinę – co widać na poniższym zdjęciu:

Potem włożyłem wieszak. A oto zdjęcie dokumentujące zakończenie testu:

Podsumowanie testu ładowności i pojemności bagażnika

BMW X3 jest samochodem przestronnym i niebywale łatwym w załadunku (wysoko podnoszona klapa, uchwyty podtrzymujące bagaż, regularne kształty bagażnika), ale nasz redakcyjny i profesjonalny test ładowności niestety zakończył z wynikiem niezadowalającym. Do wnętrza auta udało się zapakować tylko 63% drabiny oraz 84% wieszaka. To zdecydowanie zbyt mało, by móc BMW X3 traktować jako pełnoprawny środek transportu dla drabin i wieszaków.

Komentarz eksperta

Kubatura bagażnika BMW X3, mimo iż na papierze robi wrażenie, w rzeczywistości okazuje się zbyt mała dla drabiny i wieszaka. Oczywiście standardowa rodzina (2+2) spokojnie wybierze się tym autem na wakacje. Jednak chcąc podróżować w konfiguracji 2+2+drabina+wieszak, należy rozważyć zakup innego samochodu.

Cdn.

PS. Tymczasem nie odchodźcie od monitorów, bo już za 24h (w piątek z rana) trzecia część opowieści, z której dowiecie się, jak łatwo dojrzałego blogera, męża i ojca zmienić w licealistę, kiedy górka jest za stroma oraz czy przód BMW X3 może być ładny. Zapraszam!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nawigacja dla zagubionych: cz.1 | to jest cz.2 | cz.3

24 komentarze

  1. No i okazuje się, że jeśli chodzi o praktyczne zastosowanie (przewóz drabiny czy wieszaka) to megawypasiona X3 w cuglach przegrywa z poczciwą Nyską…

  2. nie rozumiem czemu sfotografiwaliście przód x3 na tle jakiegós pałacu. Nie mogliście zaparkować tyłem? zdjęcie byłoby ładniejsze :D

  3. Wydaje mi się, że typowy Kowalski (czy typowego Kowalskiego stać by było na kupno X3???) częściej przewozi w swoim samochodzie wózek dziecięcy. Najlepszym testem takiego samochodu byłoby włożenie do niego wózka (ale nie spacerówki) i sprawdzenie czy wejdzie bez rozkręcania kółek. Do Forda Mondeo Kombi, VW Passata Kombi oraz VW Transportera Kombi wchodzi jak złoto. W przeciwieństwie do Skody Octavii Kombi. Na pewno masz jeszcze wózek Margolci – czekam na test :)

  4. Ale się zagalopowałem z tymi Kombiakami. Przecież wszyscy wiemy, że Transporter produkowany jest tylko w sedanie :)

  5. @Agata: Następnym razem zaproszę Cię na nocne sesje zdjęciowe w charakterze stylistki i behawiorystki ;)

    @Flog: Nie, nie mamy już żadnego z Margolciowych wózków. Ona już dawno ten etap ma za sobą, a my nie mamy zbyt przestronnej piwnicy, by się bawić w sentymentalne zbieractwo. Ale mogę sprawdzić, czy do bagażnika zmieści się jej PSP.

  6. Swoją asterką h przewiozłem ostatnio drabinę, która w stanie spoczynku ma 4,5m i to drogą krajową – 5km :) Już wiem dlaczego inni kierowcy się na mnie tak dziwnie patrzyli: myśleli, że to Blogo w swojej beemce na testach ;)

  7. Za światła obrysowe robiła żółta kamizelka, Sprawa była pilna, nie miałem czasu jechać do salonu po X3. Przepraszam.

  8. Oj Blogo, nie drwij z Żuka! Sam kiedyś takim jeździłem. Tym z metalową paką, w cudownym szarym kolorze, nazywaliśmy go per “Srebrna Strzała”. Był spoko – 3 biegi do przodu plus wsteczny. Przy czym bez kłopotu dało się ruszać na trójce. W praktyce był to więc samochód z bezobsługową skrzynią biegów! Pokaż mi li teraz któreś z tych nowoczesnych aut, które ma taką skrzynię;)

    Jedyną wadą Srebrnej Strzały był fakt, że czasami hamulce przestawały działać, ot tak sobie. Oj, nie jeden raz najadłem się przez nią strachu…

  9. Też jeździłem kiedyś Żukiem. Takim z plandeką. Pamiętam, że wrzucanie biegów przypominało mieszanie chochlą w garnku pełnym błota. I nie było szans za pierwszym razem utrafić w bieg. Nawet właściciel nie umiał. No i dźwignia, niezależnie od tego, który bieg był wrzucony, luźno latała po podłodze, kładąc się na boki jak trzcina na wietrze. Czasami ciężka ją było uchwycić, bo wpadała pod fotel.

  10. Oooo, to mój (a właściwie, mojego ojca) był znacznie lepszy, bo dźwignia była w miarę stabilna. Tzn, odbijała się o “fotel”, ale nie wpadała pod niego;)

    Aha, czadu dawał jeszcze prędkościomierz. Był, ale wskazówka wpadała w takie drgania, że jak się pruło na maxa z górki to latała między 40 a 80 km/h.

    I ten niesamowity patent na otwieranie okien – kawałek okna przykręcany pokrętłem do drugiego kawałka. Blogo, a może machniesz kiedyś wspominkowy tekst o Żuku? :)

  11. Mnie tylko zastanawia ten pilot pod moim… no, siedzeniem. Otóż nieprawdą jest, że go nie czuć. Ja np. wyraźnie poczułem jego istnienie w umówionym miejscu. Nie bez znaczenia okazuje się sposób ułożenia w/w pilota. W pozycji horyzontalnej może i owszem, nasze sensory tego nie odczuwają tak intensywnie. Za to w pozycji wertykalnej sytuacja już nie wygląda tak różowo… ała…

  12. A propos prędkościomierzy, to klasą samą dla siebie była ten z pierwszych kwadratów, czyli Fiatów 125p. Ta jaskrawo pomarańczowa kreseczka, która poruszała się w poziomie. Pamiętam, że jadąc 100 km/h potrafiła w tej samej chwili być na 20-tce jak i na 160-tce. Łamała podstawowe zasady fizyki.

    A tekstu wspominkowego nie napiszę. Gdy jeździłem Żukiem (a także Polonezem Truckiem, Nysą, Starem i kombajnem) byłem małym szkrabem. Zbyt dużo chały i nieprawdy bym wplótł w tekst. Nie podniósłbym się potem po miażdżącej (i słusznej) krytyce ;)

  13. Uśmiałem się przy tym tekście serdecznie, dzięki Blogo! Pozazdrościć lekkości pióra, jakże potrzebnej przy pisaniu poważnych relacji z jeszcze poważniejszych testów motoryzacyjnych! ;)

  14. Jaki masz tam rozmiar alusów, skoro wjazd w otwartą studzienkę nie jest niczym nadzwyczajnym :D?

  15. Mnie te te wierzby urzekły najbardziej. To gdzie ta działka? Chciałem dodać, że równie popularnym bagażem jest rower.W teście brakuje mi więc próby: jak wsadzić i umocować rower na dachu X3 bez pomocy stołka,a także informacji o wszelkiego rodzaju zaczepach,mocowaniach i haczykach dostępnych w tym modelu dla fanów wożenia luźnych gratów i elementów niewiadomego pochodzenia. Tu zyskałbyś wdzięczność działkowców, wędkarzy i Przymusowego Zrzeszenia Właścicieli Skrzynek Składanych. Bo nie wiedzieć czemu, to owe właśnie, pomimo obciążenia setką kosmetyków Autolandu najczęściej latają po bagażniku.

  16. Ja się nabywa auto za 160.000 pln (minimum) to raczej się w nim jakiejś obskurnej drabiny nie wozi ;) No chyba, że sprzedało się traktor, kupiło BMW, a stare przyzwyczajenia pozostają… ;)

  17. @SSSS: Jeszcze nie wymyślono takiego garażu, który pomieściłby wszystkie auta tak aby używać ich zgodnie z przeznaczeniem.

    Polo na zakupy do warzywniaka
    V40 na zakupy do supermarketu
    Yeti na zakupy do Castoramy
    MiTo na zakupy do galerii
    Caddy na zakupy po cukier
    Scania na zakupy po paliwo
    … i kontynuując…
    IS200 na wycieczkę do Książa
    Passat na wycieczkę do Passau
    Megane na wycieczkę do Zakopanego
    Land Rover na wycieczkę do lasu

    Smart do kina
    X3 na stok :)
    Transporter na kawalerski

    itd.itp

    założę się, że 30% posiadaczy Bentleya wozi łopatę w bagażniku :)

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *