BMW| Misja festiwalowa (4/4)

Każdy kierowca robi dziennie około 12 kursów, kierowców jest dziesięciu, a festiwal trwa 14 dni. W sumie daje to prawie 1700 kursów. Oczywiście cały czas mówię o kursach z artystami. Bo poza tym kierowca musi codziennie (na ogół z rana) rozwieźć plik zaproszeń dla VIP-ów. Z tym jest dopiero cyrk!

Yeti

12 zaproszeń – tyle miałem dostarczyć. Po ich pogrupowaniu do odwiedzenia miałem 5 miejsc – 4 ambasady i jakiś adres, chyba prywatny. Z ambasadami poszło gładko – mimo wczesnej pory zawsze ktoś w nich był i mógł ode mnie odebrać elegancką kopertę. Problem pojawił się z mieszkaniem prywatnym. Bo nikt nie otwierał drzwi. Już miałem się wycofać i odwieźć zaproszenie do biura (może później ktoś inny spróbuje je dostarczyć), gdy otworzyły się drzwi mieszkania obok i wyjrzała z nich staruszka o fioletowych włosach.
– Do kogo Pan? – spytała.
– Do Ambasadora – odpowiedziałem pewnym tonem, chodź równie dobrze mógł to być Sekretarz lub inny VIP, na kopercie nie było jasno to sprecyzowane.
– Tutaj?
– Tak.
Najpierw szeroko otworzyła oczy, potem szeroko otworzyła swoje drzwi i wyszła na klatkę schodową. Nadal wielce zdziwiona podeszła do drzwi, w które przed chwilą pukałem i wskazując je, zapytała ponownie:
– Tutaj?
Zerknąłem na kopertę: ul. Czeska. Przytaknąłem. Staruszka westchnęła i nagle… jak nie walnie pięścią w drzwi. I jeszcze raz. I nogą poprawiła. I jak nie zacznie się drzeć:
– Wacek! Waaacek! Drzwi otwórz! Drzwiiii!

Stałem z gębą na jamochłona. Jeśli teraz zza tych drzwi wyjdzie ambasador lub inny VIP, to ja chyba podziękuję za dalszą robotę przy festiwalu. Poza tym, na kopercie nie było imienia Wacek. Wacław też nie. Chmmm…

Za drzwiami coś zaszurało i dało się słyszeć przekleństwo. Potem zachrypnięty głoś zapytał:
– Czego?
Staruszka spojrzała na mnie, gestem zachęcając do wypowiedzi. Przełknąłem ślinę:
– W imieniu Pani Elżbiety Pendereckiej chciałbym…
– Co?!
Spojrzałem na emerytkę o fioletowych włosach. Ona, wzruszając ramionami, powiedziała:
– Możesz mi Pan to zostawić, dam mu jak wytrzeźwieje. Ale Wacek to żaden Ambasador, wierz mi Pan.

Ponownie spojrzałem na kopertę. Była ręcznie wypisana, jak każda. No “ul. Czeska”, inaczej być nie może. Już wyciągałem rękę z zaproszeniem do emerytki, gdy drzwi mieszkania “ambasadora” otworzyły się i stanął w nich… Yeti. Co tam Yeti – stanął w nich ktoś, kto w piramidzie żywieniowej jest dwa poziomy ponad Yeti. Stanął, przeczochrał czuprynę i spytał chwiejąc się na nogach:
– Co?!

Cofnąłem rękę z zaproszeniem. Odrzekłem, że już nic i kłaniając się emerytce o fioletowych włosach, zbiegłem schodami na dół. Gdy wsiadłem do auta zadzwoniłem do Sylwii.
– Poczekaj, sprawdzę w bazie – powiedziała, gdy streściłem jej przygodę z “ambasadorem”. – Nie, wszystko się zgadza, ulica Czerska.
– Jaka?
– Czerska.
– A nie Czeska?
– Nie, na pewno Czerska.

No i tym razem już poszło gładko. Potem zadzwoniłem do Sylwii ponownie – poprosiła, bym sobie stanął gdzieś w centrum i czekał na dalsze instrukcje. Niestety poranny korek był już w pełni, więc znalezienie bezpłatnego miejsca było niemożliwe. Pojechałem więc pod Filharmonię, bo tam jest specjalnie dla nas wydzielony parking. Nie tylko ja wpadłem na taki pomysł.

W oczekiwaniu na telefon od Sylwii, uciąłem sobie pogawędkę z Michałem. Oto kilka historii, których albo był bezpośrednim świadkiem, albo zna je z opowieści kolegów:

Plomba

W zeszłym tygodniu – rozpoczął opowieść Michał – tuż przed wieczornym koncertem solista (śpiewak, chyba baryton) zgubił plombę. Normalnie mu wypadła podczas ostatniej próby. Do koncertu została godzina – zbyt mało, by wieźć artystę do dentysty. Więc przywieźliśmy dentystę do Filharmonii. Nie wiem, skąd się bierze dentystów, którzy zgadzają się pracować na zapleczu sali koncertowej w półmroku, a tylko takie pomieszczenie było dostępne – w każdym innym było typowe przed-koncertowe zamieszanie. O wstawieniu nowej plomby mowy być nie mogło – bo borowanie bez profesjonalnego sprzętu byłoby niehumanitarne, a znieczulenie mogłoby wpłynąć na zdolności wokalne solisty. Mogło by nawet bardzo wpłynąć. Więc dentysta tylko złagodził ból i oczyścił zęba. I tak dobrze to zrobił, że artysta dwa dni później wyleciał do siebie, zapominając o tym, że dzień po koncercie miał się u dentysty stawić (już w jego gabinecie) celem wstawienia plomby.

BMW

Na prawie wszystkich artystach samochody robią ogromne wrażenie – kontynuował opowieść Michał. – Prawie zawsze jest tak, że wypytują o silnik, o te kamery cofania i często proszę, by “przycisnąć” na prostej. Zdecydowana większość solistów to ludzie młodzi, którzy poza koncertem zachowują się jak na swój wiek przystało – są dowcipni, rezolutni i pełni energii. I prawie zawsze chcą pokierować autem. Niestety na to nie pozwalamy. Ale gdy proszą, by na prostej “trochę przycisnąć”, ulegamy. Ja rzadko, ale moim koledzy dość często. O ile oczywiście warunki na to pozwalają. Uwierz mi, Blogo, jakie to urocze widzieć światowej klasy solistę cieszącego się jak dziecko, gdy przyspieszenie wgniata go w fotel. Lub gdy w tylnej kamerce obserwuje pilotkę, którą poprosił o to, by uklęknęła przed klapą bagażnika i robiła śmieszne miny.

Oczywiście powyższe nie dotyczy Maestrów. Oni prawie zawsze są w starszym, by nie rzec sędziwym wieku. I jak na takiej klasy artystów przystało, majętni są niewiarygodnie. Na nich auta BMW nie robią wrażenia – oni w swoich wielkich garażach mają Rolls Royce’y albo całe kolekcję oldtimerów. Dla nich BMW jest środkiem transportu.

Najfajniejsi są artyści spoza Europy, a szczególnie amerykanie. Na tamtym rynku BMW nie jest chyba jakoś bardzo znane – i oni naprawdę, tak szczerze dziwią się, jak doskonałe jest to auto. Mu już nawet, gdy wiemy że artysta jest spoza Europy, podstawiamy mu takie auto, które nie ma z tyłu systemu iDrive. Bo bawią się nim na potęgę – i mają miliony pytań. Normalnie nie da się jechać, gdy wciąż coś chcą wiedzieć. No i zdarza się, że z tylnej kanapy dzwonią do swoich bliskich. Często da się wówczas słyszeć: “And guess what – I’m in the bi-em-dablju“.

Ogólnie artyści są pod wrażeniem tego, jak się nimi opiekujemy. Nie ma tak, że “nie ma auta”. Auto jest zawsze. Kierowca jest zawsze miły. Pilot jest zawsze pomocny. To nie jest festiwalowy standard. To jest coś więcej. Jeśli zapytasz artystę o trzy rzeczy, które podczas tego festiwalu podobały mu się najbardziej, na pewno wymienią to, że zawsze było dla nich auto. I to “takie” auto. To nie jest typowe. W “opiekuńczości” ustawiamy poprzeczkę wysoko ponad światowym standardem festiwalowym.

Upodobania

Wśród nas jest jeden kierowca trochę starszy, nazywa się January. Jest ulubieńcem wielu Maestrów – przy nim czują się lepiej. Nie chodzi o to, że z nim rozmawiają o życiu (choć i to się czasem zdarza) – oni po prostu wolą, gdy za kierownicą siedzi ktoś stateczny.

Gdy wieczorem kończą się koncerty w Filharmonii i przed jej wejściem na zapalonych “ringach” stoi kilka naszych BMW, młodzi soliści często zbierają się w grupie i ustalają pomiędzy sobą, kto jakim autem pojedzie. Zauważyliśmy, że podczas swojego pobytu starają się przejechać każdym. Straszną im to sprawia frajdę. Mówię oczywiście o solistach, bo Maestro są inni. Oni, gdy wychodzą z Filharmonii często stoją zagubieni. Wtedy pilotka musi ich przejąć i zadbać o to, by wsiedli to auta. W innym razie mógłby sobie taki Maestro pójść gdzieś w miasto – pewnie nawet bezwiednie, lunatykując na jawie.

Dla Maestro samochód musi być zawsze. Zawsze. I Maestro zawsze jeździ sam. Solistów możemy grupować “po hotelu”. I bardzo są z tego powodu zadowoleni. My trochę mniej, bo w grupie są odważniejsi i ciągle proszę, by “przycisnąć” lub zatrzymać się i jechać na wstecznym – bo tak bardzo cieszą ich te kamerki cofania. Jak dzieci ;)

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W tym momencie musiałem Michała przeprosić, bo zadzwonił telefon. To była Sylwia.
– Blogo, słuchaj, musisz szybko pojechać na lotnisko. Bartek odebrał solistę wraz z rodziną, ale nie dał rady już wziąć ich bagaży. Spiesz się, bo nie mają z kim tych walizek zostawić i czekają na ciebie. Potem razem pojedziecie do Radissona.

Walizki

Na lotnisku byłem 25 minut później. Z daleka już ich widziałem, bo obok bordowego 535i GT stało coś na kształt egipskiej piramidy. Tyle że z brązowej skóry, a nie wyblakłego kamienia. To były walizki. Zaparkowałem obok i nim wysiadłem, z ciekawości je policzyłem: 11. Jedenaście wielkich, podróżnych walizek. Jak nic solista ma w rodzinie całą drużynę hokeja lub siatkówki.

– Słuchaj, musimy się chyba zamienić na auta – powiedział Bartek. – Ja wezmę ich Twoją siódemką, a ty do mojej piątki GT wpakujesz walizki. Łatwiej tu wejdą, bo klapa bagażnika większa. Tylko sęk w tym, że jest trochę późno i ja chciałbym już z nimi jechać do hotelu, żeby sobie na spokojnie załatwili formalności. Dasz radę sam się zapakować?

Przytaknąłem, bo ja zawsze daję radę. Miałem jeszcze o coś Bartka zapytać, gdy drzwi jego auta się otworzyły i zaczęła ze środka wychodzić rodzina solisty. Rodzina, która na 2-dniowy pobyt w luksusowym hotelu spakowała się w 11 wielkich walizek. Patrzyłem i oczom nie wierzyłem. Najpierw wyszedł solista. Później jego żona. Później synek, na oko jakieś 9 lat. A później… Bartek zamknął drzwi i zaprosił ich do mojej “siódemki”.

11 walizek na dwie dorosłe osoby i dziecko?! Tak pakowali się kiedyś Polacy jadący do Turcji. Ale wtedy woziło się tam krem Nivea a wracało z dżinsami – walizki były potrzebne. Ale dziś?!

– Te walizki… – zacząłem mamrotać w kierunku Bartka – to ich? To cała rodzina? Tylko 3 osoby? Co oni tam mają?
Bartek podszedł do mnie blisko i dyskretnie szepnął:
– Tak, to ich. I zwróć uwagę, że każda walizka ma swój numer i na każdej jest za “szybką” karteczka z zawartością. Czad, co nie?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pakowanie zajęło mi 35 minut. Gdy wsiadłem do auta, byłem przepocony. Spojrzałem na deskę rozdzielczą – cholera jasna, ta “piątka” nie miała wentylowanych foteli przednich. Niech to szlag!

Ruszyłem przy wtórze “ding ding” informującym mnie o tym, że pasażerowie nie zapięli pasów. No pewnie, że nie zapięli – walizki nie musza zapinać pasów. A były wszędzie – na fotelu pasażera dwie, na tylnej kanapie 5 (aż po dach) i 4 w bagażniku.

Pod Radissonem w rozładunku pomógł mi usłużny portier. Bardzo serdecznie go pozdrawiam. Trzymał fason przez cały czas, choć widziałem w jego oczach, jakie zdziwienie go brało przy każdej wyjmowanej walizce.

Dochodziło południe. Zadzwoniłem do Sylwii z meldunkiem o wykonaniu zadania.
– Mam dla ciebie ostatnią rzecz na dziś.
– Dlaczego ostatnią, jest przecież dopiero 12:00?
– Ale pracujesz od 5 rano. Siedem godzin pracy jest naszym standardem. Czasami osiem, ale przed wieczorem nic już się chyba nie wydarzy, więc nie ma sensu cię trzymać. Pojedź proszę pod Bristol, odbierzesz Maestro z pilotką.

Spacer

Pod hotelem czekała na mnie tylko pilotka. Wsiadła z przodu i od razu wydała komendę:
– Musimy szybko objechać hotel. W recepcji powiedziano mi, że Maestro wyszedł pół godziny temu bez słowa. A odźwierny ponoć widział go już dwukrotnie, jak przechodził przed drzwiami hotelu w zamyśleniu.
Spojrzałem na nią zdziwiony.
– To nie lepiej tu zaczekać? – spytałem trzeźwo. – Skoro Maestro robi rundki wokół hotelu, pewnie zaraz się tu pojawi, to go wtedy przejmiemy.
– Może i tak, ale objedźmy chociaż raz hotel – poprosiła pilotka – może zmienił trasę przemarszu i już tu nie wróci.
Zgodziłem się z nią. W przypadku Maestrów żadne zasady nie obowiązują.

Niestety po 4 minutach byliśmy z powrotem przed wejściem do hotelu. Nie znaleźliśmy go nigdzie. Pozostało nam tylko czekać w nadziei, że zaraz sam się tu pojawi. I pojawił się, tyle że odźwierny.
– Jak Państwo ruszyliście, to z tej strony – rzekł wskazując za auto – przyszedł ten Pan, którego szukacie. I chyba jest tam, o tam z przodu koło przystanku.
Pilotka wyskoczyła z auta, by lepiej widzieć.
– Jest! – krzyknęła i wsiadła. – Jedziemy!

20 sekund później zaparkowałem przy krawężniku, a pilotka niczym funkcjonariuszka BOR wyskoczyła z auta, gdy się jeszcze toczyło. Podbiegła do Maestro i delikatnie ujęła go pod łokieć. Ten spojrzał na nią, uśmiechnął się i bez słowa ruszył w kierunki BMW. Gdy zamknąłem za nim drzwi tylne drzwi i usiadłem za kierownicą, Maestro pochylił się do przodu i lekko trącając mnie w ramię rzekł:
– Czekaliście na mnie bardzo daleko od hotelu. Ale dziś taka piękna pogoda, ten spacer dobrze mi zrobił.

Pasja według św. Łukasza

Po odwiezieniu Maestra do Filharmonii (nie uczestniczył w próbie, tylko się jej przyglądał) wróciłem na Chmielną do siedziby Stowarzyszenia im. Ludwiga van Beethovena. Tam oddałem Sylwii dokumenty i kluczyki od bordowej “piątki” GT i pożegnałem się ze wszystkimi tam obecnymi. Wychodząc na ruchliwą ulicę Chmielną rozpiąłem kołnierzyk i rozluźniłem krawat. Byłem cholernie zmęczony – ale co przeżyłem, to moje!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W piątkowy wieczór w telewizji (chyba TVP HD, ale głowy nie dam) była na żywo transmisja z wieczornego uroczystego koncertu kończącego 15. Wielkanocy Festiwal Ludwiga van Beethovena. Dyrygował Krzysztof Penderecki a Maestro, którego jeszcze kilka godzin temu szukałem pod hotelem, siedział w pierwszym rzędzie. Fajnie jest wiedzieć, że przyłożyło się rękę do czegoś tak spektakularnego. Byłem tylko trybikiem w wielkiej festiwalowej maszynie – ale i tak jestem z tego dumny.

Pozdrawiam z tego miejsca Sylwię oraz Michała – jesteście rewelacyjni! A pozostałym kierowcom, z którymi mniej lub bardziej przelotnie dane mi było się spotkać, chciałbym powiedzieć: “Szacun, chłopaki!” – tylko Wy wiecie, jak ciężka to praca. Choć frajdy przy tym jest co niemiara ;)

Na koniec muszę nadmienić, że całe wykonanie “Pasji według św. Łukasza” pod batutą autora, Krzysztofa Pendereckiego, obejrzała z nami Margolcia. Siedziała jak zahipnotyzowana. Serio – buzię zamykała tylko po to, by co jakiś czas przełknąć ślinę. Gdy po skończeniu spytaliśmy, co jej się tak bardzo podobało, powiedziała:
– To była taka straszna muzyka, że myślałam sobie o wampirach i duchach cały czas.

Koniec.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dla zagubionych: cz.1 | cz.2 | cz.3 | to jest cz.4

19 komentarzy

  1. Już wiesz, co się dzieje na ulicach miasta jak Ty siedzisz w biurze :>
    Jestem technikiem i pracuję kręcąc się w podobny sposób po mieście. Troszkę zleceń na gorąco, trochę telefonów, ciągle coś się dzieje :> Teraz siedze chory w domu ale czytając te wpisy przypomniała mi się moja praca.. pozytywnie :) Choć auto to standardowe kombi z kratą to i tak frajdę z tej pracy mam nie raz.
    Gratuluję kierowcom możliwości pracy w takich autach a Tobie wykonania bardzo ciekawej misji :)

  2. Dobra robota, Blogo. To była naprawdę ciekawa misja.

    btw: swego czasu, w 2009 r., miałem okazję być kilka dni w Salzburgu, akurat w trakcie odbywania się Salzburger Festspiele (Salzburg Festival). Tam wśród sponsorów wydarzenia jest akurat Audi, a pojazdy VIPowskie można było spotkać na każdym kroku. Znalazłem info, że w 2008 roku flota liczyła sobie… 80 pojazdów, same A8 ;), zatem rok później zapewne było podobnie. Widok stojących w rzędzie czy dwóch, kilkudziesięciu pojazdów, jakby nie było flagowego modelu, robił wrażenie.
    Niestety prywatne foto wyszło tragicznie, ale to ze strony producenta dość dobrze obrazuje widok: http://www.audi.com/com/brand/en/experience/sponsoring/culture/salzburg_festival.html

  3. @D: Tak długo, jak to uznam za stosowne.

    @Bartolomeush: To ze strony producenta leci niezłym fotoszopem, ale faktem jest, że 80 aut to już nie przelewki ;)

  4. @Maggot haha też pomyślałem o tym samym ;)

    Fajnie się czytało, ten pościg za smyczkiem, ten pościg na lotnisko normalnie opowieść pełna akcji :P
    Dobra robota.

  5. Tekst jak zwykle bardzo fajny, ale… z jednym się nie zgadzam, w USA bardzo dobrze znają BMW i bardzo wysoko je cenią. Jak już zamawiają to takie wersje które u nas właściwie nie występują (monitory z tyłu to zwykle standard. Ciekawostka, mają dwa rodzaje bmw, “na stany” – gorzej wykonane ale tańsze, i takie które się chyba nazywają “orginal import” – czyli takie jak w Germany.
    Jeśli chcecie zobaczyć piątki jakich nigdy nie zobaczycie w PL to zapraszam na jankeskie forum:
    http://f10.5post.com/forums/forumdisplay.php?f=193

  6. racja, w końcu X5 i nie tylko są produkowane w USA, a od rodziny z Kanady dobrze wiem że w “bimmerze” jest największy lans ;)

  7. O tym, że amerykańscy artyści byli zaskoczeni jakością i stylem BMW, usłyszałem od co najmniej 2 osób. Ciężko mi to jakoś uwiarygodnić – oni opisywali to, co widzieli, wożąc artystów.

    Pewnie macie rację, monogramusie i rzepaku. Ale artysta – kto za nim nadąży. A o “original import” nie miałem pojęcia – niezłe to jest.

  8. No dobra bmw było może kiedyś znośne aż straciło klasę rozkładając się przed tandetą i zaczęło robić badziewne htb i co grosza dało się omotać tępocie społecznej produkując gejowskie SUVy

  9. @Zys: Starsze beemwu są fajne, ale nowe są pod każdym względem lepsze. A Suvy ujdą, nie są tak damskie jak japońskie.

  10. jest wreszcie ten wyczekany post, myślę że ostatnio chyba za dużo się u Ciebie wyrabiało że najwidoczniej nie miałeś czasu nawet zapodać jakiejś krótkiej relacji z misji, mam pewną propozycję może odwiedzisz w najbliższym czasie rejon śląska serdecznie zapraszam koniecznie z jakąś beemką na wypasie którą nie omieszkałbym się przejechać, pozdro Blogo

  11. Najfajniesza misja ze wszystkich! Transporter! Blogo wiesz może, czym zajmują sie kierowcy po festiwalu (czy to kierowcy BMW na kontrakcie czy tylko przy okazji festiwalu)?

  12. Gdzie można wysłać CV na następny rok? Bądź kolegą Blogo.
    Ps: Odpowiedź wyślij na priva, nie w komentach :P

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *