BMW| Misja golfowa (1/2)

W sobotę miałem wstać o 4 rano, by móc przed 9:00 rozpocząć swoje turniejowe potyczki w golfa. Miałem wstać, ale nie wstałem. Co prawda obudziłem się na minutę przed budzikiem (jak zawsze – też tak macie?), ale wstać z łóżka nie mogłem – tak mnie rwały plecy. Starość nie… yyy… zapomniałem co.

Ostatecznie z domu wyjechałem o 7:20. Turniej miał się rozpocząć za godzinę i 40 minut, a mnie od Toya Golf & Country Club dzieliło 350 km. Luzik, pełen luzik…

Nie lubię się spieszyć – wtedy nie czerpię przyjemności z jazdy, bo jestem podenerwowany i większą wagę przykładam do tego, jak tragicznie wolno jadą inni i jak wciąż mnie blokują, niż do tego, jak fajna jest droga i auto. Zdążyć na godzinę 9:00 nie miałem szans, więc kompletnie wyluzowałem i by nie naszła mnie w trakcie jazdy chęć “zdążenia mimo wszystko” – wybrałem trasę najgorszą z możliwych: z Warszawy “katowicką” na Piotrków a potem w prawo na Bełchatów i Wieluń. “Katowicka” w remoncie a po zjeździe na Bełchatów miasteczko za miasteczkiem i droga wąska, nawet bez pobocza. Nie ma chyba obecnie w Polsce gorszej trasy łączącej dwa duże miasta.

Ale wiecie co? Jechało mi się wyśmienicie – mijane miasteczka są naprawdę śliczne a droga mimo swej wąskości jest prawie zawsze równa i elegancko obrysowana. Nigdzie się nie spieszyłem, zawieszenie miałem cały czas ustawione w pozycji Normal (ustawienie Comfort jest dla mnie zbyt miękkie – buja tak, że łapię chorobę morską) a z głośników cichutko sączyło się Radio Maryja (ba zasięgiem obejmuje cały kraj, nie to co durny RMF i gupawa Zetka) – czy możecie sobie wyobrazić lepsze warunki do jazdy? ;)

Mimo porannych problemów z plecami, w 5-cio godzinnej trasie czułem się wyśmienicie. Spora w tym zasługa rewelacyjnych foteli w BMW 5 GT – nie miały co prawda funkcji masażu, ale miały 97-kierunkową (a może i 118-kierunkową) regulację wszystkiego, więc podczas jazdy gmerałem lewą dłonią po przyciskach i sobie walcowałem plecy umieszczonymi w fotelach wałkami i kulkami, którymi normalnie ustawia się tzw. podparcie lędźwiowe.

I gdy międliłem sobie plecy wszystkimi silniczkami fotela, zupełnie niespodziewanie przejechałem pod zawieszoną nad jezdnią tablicą. Tablicą, która nagle wyświetliła numer rejestracyjny auta wyprzedzającego mnie lewym pasem.

– Łał, emejzing! – powiedziałem na głos, a mogłem przecież tylko to pomyśleć – wszak byłem w aucie sam. Ale stało się – jak już powiedziałem, to przecież teraz nie od-powiem. Ale nic to – szybko zapamiętałem to miejsce w nawigacji i zjechałem z drogi w wąskie uliczki jakiegoś miasteczka w poszukiwaniu możliwości zawrócenia. Bardzo, bardzo chciałem zobaczyć siebie na tej tablicy. I wiecie co? Udało mi się! Ech… szkoda, że to nie było moją misją…

Tak, WI 5828N to moje BMW 5 GT.

Czad, nieprawdaż? ;)

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

O 12:15 dotarłem na miejsce – na parking przy przepięknym (naprawdę!) polu golfowym. Toya Golf & Country Club to jeden z najlepszych tego typu obiektów nie tylko w Polsce, ale i w Europie! Nie tylko jest niesamowicie malowniczy i piękny – jest też rewelacyjnie utrzymany. A nie jest łatwo utrzymać 100 hektarów, oj nie!

Wiesz Ty w ogóle, ile to jest 100 hektarów? To jest kwadrat o boku długości 1 kilometra. I wyobraź sobie teraz, że siedzisz w traktorku z doczepioną z tyłu kosiarką, która pozwala za jednym przejazdem wykosić 2-metrowy pas trawy. Zjadłeś śniadanie, opuszczasz ostrza i ruszasz… i błyskawicznie osiągasz maksymalną prędkość koszenia – 12 km/h. Teraz tylko musisz:
– przejechać 1 kilometr,
– zawrócić,
– ponownie przejechać 1 kilometr,
– ponownie zawrócić,
– i znów przejechać kolejny kilometr,
– i znów zawrócić…

Ostatecznie, kosząc za jednym przejazdem 2-metrowej szerokości pas trawy, całe 100 hektarów opędzlujesz po pokonaniu 500 kilometrów w czasie 41 godzin i 40 minut. Powodzenia. A to śniadanie przed robotą to lepiej żeby było naprawdę konkretne.

Dlatego koszeniem i utrzymaniem trawy w Toya Golf & Country Club zajmuje się ponad 30 osób. Codziennie!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Jak już wspomniałem, była godzina 12:15 i teoretycznie miałem jeszcze szansę, by wystartować w turnieju, ale… no właśnie, teoretycznie. Okazało się, że wziąć udział w turnieju może tylko ktoś, kto albo ma Zieloną Kartę (*), albo jest zawodowcem, albo przejdzie szybki test typu ktokolwiek-cokolwiek. Zielonej Karty nie mam, zawodowcem nie jestem – zdecydowałem się zatem na test. Prosty testy – wystarczy, by ktokolwiek z grona instruktorów zobaczył, że ja temat gry w golfa mam cokolwiek opanowany.

Zdobycie koszulki

Ale nim przystąpiłem do testu, niespodziewanie udało mi się wykonać pierwszą część mojej misji, czyli zdobyłem oficjalną turniejową koszulkę i zrobiłem sobie w niej zdjęcia zgodne ze specyfikacją znalezioną w kopercie. Dla przypomnienia – oto specyfikacja sesji fotograficznej:

A teraz skupcie się – nauczę Was, jak zdobywa się turniejowe, oficjalne koszulki BMW!

Otóż wystarczy na taki turniej przyjechać lśniącym, nowiutkim modelem BMW i powoli przetoczyć się obok osób odpowiedzialnych za coś ważnego – najlepiej za organizację turnieju, jego promocję lub wręcz pracujących w BMW Polska. Przetaczasz się powoli i będąc połową ciała za oknem pytasz się niechlujnie:
– Cześć. To gdzie mam zaparkować?

Wtedy oni myślą, że jesteś swój i że pewnie przyjechałeś kolejnym autem pokazowym. Wskazują Ci więc miejsce obok innych BMW, na którym niespiesznie parkujesz. Następnie wysiadasz z auta i zamykasz je ukradkiem, by jakiemuś uczestnikowi turnieju nie zachciało się nagle testowo nim pojeździć. Potem podchodzisz to w/w osób i pytasz wprost:
– Ej, jest coś firmowego do ubrania?

I wtedy dostajesz koszulkę. I czapeczkę (ja akurat dostałem za małą, bo zamiast głowy mam sagan). I jedyne co musisz zrobić, to zacząć się nerwowo rozglądać i półgębkiem wymamrotać:
– Eee… podjadę gdzieś na bok się przebrać, nie będę tu przecież z gołą klatą defilował.

Obsługa przytakuje, Ty wsiadasz do auta i parkujesz je gdzieś na końcu parkingu – najlepiej pomiędzy jakimiś dużymi SUV-ami, żeby nikt go przypadkiem nie zauważył i nie przypomniał sobie o Tobie. Przebierasz się i w firmowym stroju lecisz do turniejowej rejestracji po oficjalną opaskę, dzięki której będziesz mógł jeść i grać do woli. Proste.

Acha – a oto sesja zdjęciowa, która dokumentuje wykonanie 1/3 misji. Za pomoc dziękuję zapoznanej na miejscu Alicji – nie dość, że zrobiła mi te jakże piękne zdjęcia, to jeszcze o nic nie pytała ;)

A kask to od czasu jazd torowych zawsze ze sobą wożę. Po co? Bo tak dobrze w nim wyglądam.

No dobra – 1/3 misji golfowej wykonana. Przede mną tylko nauka gry w golfa i start w turnieju. Bułka z masłem.

Nauka gry w golfa

W swoim życiu kontakt z golfem miałem… nie miałem w ogóle. Pięciokrotnie trzymałem w rękach kij do minigolfa i pięciokrotnie Margolcia poniżyła mnie w rodzinnych rozgrywkach. Więc gdy instruktor spytał mnie, czy mam jakieś doświadczenia związane z golfem – odpowiedziałem tak, jak na tego typu pytania odpowiada każdy facet:
– Tak… wie Pan, grałem trochę to tu, to tam… ale to nic szczególnego, tak sobie amatorsko od dawna pykam, bez napinki.

Instruktor pokiwał głową z uznaniem i rzekł:
– To świetnie. Przejdźmy może na Driving Range (*), to sobie od razu poćwiczymy dalsze wybicia.

– Zdarzało się już Panu uderzać na 150-200 metrów? – spytał instruktor, gdy stanęliśmy przy wielkiej torbie z kijami.
Zamiast odpowiedzieć, wyciągnąłem przed siebie rękę i delikatnie zabujałem dłonią w poziomie. Znacie ten gest – znaczy: mniej więcej. Instruktor chrząknął z uznaniem i wyjął z torby kij oznaczony cyfrą 7.
– Niech się Pan na razie rozgrzeje z tym kijem. Nie chcę Panu dawać nic lepszego, bo potem kolega z meleksa zbierającego piłki narzeka, że musi za daleko po nie jeździć.

Przytaknąłem udając zrozumienie i wtedy instruktorowi zadzwonił telefon.
– Przepraszam, muszę odebrać. Niech się Pan przygotuje – powiedział wskazują wolne stanowisko i pogrążony w rozmowie oddalił się na bok.

“Niech ktoś to miejsce zajmie! Niech ktoś je zajmie, do cholery!” – modliłem się w myślach. I stało się – jakiś elegancki pan podszedł do wolnego stanowiska, rozejrzał się i pytająco spojrzał na mnie, gdyż stałem najbliżej.
– Nie, nie, proszę – odparłem z uśmiechem i otarłem pot z czoła.

Ale co się odwlecze, to nie uciecze – instruktor na pewno zaraz skończy rozmowę i jakieś wolne miejsce mi załatwi. Muszę tą chwilę wykorzystać na naukę. Na szczęście połowę stanowisk na Driving Range zajmowała grupa amatorów ucząca się podstaw. Dołączyłem do nich ukradkiem i chłonąłem wszystko, co tylko się dało. Zleżało mi, by jakoś wypaść przed instruktorem – w końcu to on miał zdecydować o tym, czy będę mógł wziąć udział w turnieju…

Stanąłem dyskretnie z tyłu i wytężyłem słuch.

Tak trzymasz kij, gdy jesteś praworęczny. Lewą dłoń zaciskasz na kiju tak, by mniej więcej 2 cm wystawały na dole, po stronie nadgarstka. Prawą dłoń układasz dalej, łapiąc w nią jednocześnie lewy kciuk. Ot, i cała filozofia.

Pozycja przy wybiciu jest już bardziej skomplikowana. Stajesz w delikatnym rozkroku, wypinasz tyłek (to ponoć bardzo ważne!), leciutko uginasz nogi w kolanach i delikatnie górną partię tułowia pochylasz do przodu. Niby łatwe, ale przy moich problemach z plecami jedyne, co udało mi się uzyskać, wyglądało mniej więcej tak:

Ani nie wypiąłem tyłka, ani nie ugiąłem nóg w kolanach, ani rozkroku nie złapałem dobrego, ani się nie pochyliłem… dramat.

Zamach do już istna magia. Po pierwsze – wykonujesz go tylko górną partią tułowia – wypięty tyłek, ugięte nogi i rozkrok pozostają nieruchome. Zaczynasz od tego, że prostą lewą ręką prowadzisz kij daleko za prawe ramie – czyli bierzesz zamach. Następnie uderzasz – czyli znów na prostej lewej ręce sprowadzasz kij na sam dół przed siebie, uderzasz w piłeczkę i odprowadzasz kij tym razem prostą prawą ręką daleko za lewe ramię. Tu oczywiście delikatnie przekręcasz górną partię tułowia kończąc ruch skrętem bioder i elegancko wykręconą łydką, pokazując wszystkim podeszwę prawego buta. Podeszwę pełną spajków (*), ma się rozumieć.

Albo jestem za szeroki w barach, albo mam za krótkie ręce, albo brak mi koordynacji ruchowej – dość powiedzieć, że mimo licznych prób nie udało mi się ani razu trafić w piłkę. Ani razu! A na domiar złego mój instruktor nie wiedzieć kiedy skończył rozmowę telefoniczną i gwałcąc mą prywatność przyglądał się wszystkim moim żenującym próbom z oddali.

Gdy miałem już dosyć, podszedł do mnie i bez słowa wskazał znajdujące się obok Driving Range pole pełne ludzi, chorągiewek i dołków.
– Przejdźmy może tam – powiedział. – Czasami tak bywa, że jak się długo nie gra, to potem trzeba chwili, by sobie przypomnieć.
– Dokładnie – podłapałem jego tok myślenia. – Tylko jazdy na rowerze się nie zapomina. Tylko tam ciało pamięta.
– No właśnie w golfie zasada ciało pamięta również działa – spojrzał na mnie z pełną rozbawienia miną. – Czy pan czasem nie miał ostatnio jakiegoś przeszczepu?
– Yyy… – zamyśliłem się. – Nie, raczej nie… nie pamiętam. A co miałbym niby sobie przeszczepić.
– Nie wiem, może całe ciało? Albo chociaż górną partię tułowia… bo nogami przy wybiciu to Pan dobrze pracuje.

Ech, wesołek. Już ja mu na tym elegancko przystrzyżonym i zatłoczonym trawniku pokaże. Już ja mu pokażę…

Cdn.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

(*) Słowniczek terminów golfowych

Zielona karta – takie golfowe prawo jazdy. Została kilka lat temu wprowadzona w Polsce (podobne rozwiązanie mają tylko 2-3 kraje w Europie) po to, by na polu golfowym panował ład i porządek. By ją zdobyć musisz odbyć 10-godzinny kurs teoretyczny (podczas którego uczysz się reguł gry i etykiety: że na pole nie wchodzi się w jeansach, że należy przepuszczać osoby grające szybciej, że po wejściu w piasek (bunkier) należy zamieść swoje ślady, etc.) zakończony egzaminem pisemnym oraz pod okiem instruktora zagrać 3 dołki. Nie liczy się technika – tą będziesz szlifować całe życie – instruktor patrzy na to, jak sobie ogólnie radzisz. Teoretycznie nie ma obowiązku posiadania Zielonej Karty i na ogół nikt Cię o nią nie zapyta. Ale gdy na polu jest sporo graczy, to ci bez niej nie mają co liczyć na wstęp.

Driving range – stoisz w jednym rzędzie z innymi i próbujesz trafić w piłkę tak, by poleciała jak najdalej. Ja nie trafiłem w nią ani razu. Prawdopodobnie układ kośćca w górnej partii mojego tułowia nie wyewoluował na tyle, bym mógł grać w golfa.

Spajki (spike shoes) – specjalne buty do gry w golfa, mające twardą podeszwę pełną krótkich, acz ostrych kolców. Ponoć dzięki nim łatwiej utrzymać stabilną pozycję podczas uderzenia. Moim zdaniem jednak chodzi o coś zupełnie innego – buty te zapewne wypromowali właściciele pól golfowych po to, by część swojej pracy przerzucić na golfistów – wszak ci, chodząc w takich butach po polu, kłują trawę, co ją napowietrza, wzrusza i “melioruje”.

odc.0 〈 odcinek 1 〉 odc.2

10 komentarzy

  1. Przeszczep…. LOL!!!! padłem, wstać nie mogę!!!

    Już czekam na następne części!!! A w golfie jak to w golfie – im bardziej wykrecona i niewygodna pozycja, tym bardziej znaczy to że masz poprawną pozycję ;-P

  2. Ale manewry zdobywania koszulki pierwsza klasa:) i jeszcze czapeczka się trafiła. Powinny być jakieś dodatkowe plusy od BMW, tak myśle, że co najmniej jazdy X6M na tydzień:).

  3. Blogo, najpierw myjnia na klakson, potem odczyt tablicy rejestracyjnej – wszystko “emejzing”… gdzie ty mieszkasz?! (pyt. retoryczne) ;)

    A za “durny RMF i gupawą Zetkę” może Ci się oberwać jak Kominkowi za DrOetkera – uważaj;)

    Zaś tekst o przeszczepie – pierwsza liga – “turlam się po podłodze śmiejąc się” :P

  4. Ja kiedyś parę dołków zagrałem i na driving range też byłem. Podstawowa zasada: im głupiej stoisz tym lepiej :). Jeśli wydaje ci się że wyglądasz jak kretyn znaczy ze stoisz dobrze.

  5. Drogi Blogo, “ci z BMW” niech wiedza, ze dzięki Twoim tekstom postanowiłem, ze pierwsze samodzielnie kupione auto będzie na pewno produkcji pewnego koncernu z Bawarii… Postanowione! :)

  6. Przejechałeś pod MOJĄ tablicą!!!
    To JA się na niej CODZIENNIE wyświetlam.
    Nawiasem pisząc, to w tryblogii na czołg wpadliśmy dokładnie naprzeciwko tego golfa, na poligonie :-).
    Bo ja tam rowerem często jeżdżę.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *