BMW| Misja golfowa (2/2)

– Na rozgrzewkę proszę te cztery piłki – powiedział instruktor wskazując na leżące przed mną… cztery piłki – uderzyć tak, by wszystkie zatrzymały się trzy metry przed Panem. Jedna obok drugiej. Najlepiej, jakby się dotykały. To pozwoli Panu wyczuć kij, siłę i fakturę naszego Greenu.
– Łatwizna – pomyślałem i błyskawicznie oddałem cztery eleganckie strzały.

– Ale prosiłem, by wszystkie piłki były obok siebie – powiedział instruktor z uśmiechem.
– Nie, prosił Pan, by była jedna za drugą, w linii.
– Tak Pan mówi?
– To Pan tak mówił – walczyłem o odrobinę godności.
Instruktor wyczuł w mym głosie desperację (i pewnie zauważył łzy w oczach), więc nie ciągnął tego sporu dalej.
– Proszę sobie poćwiczyć w spokoju, ja zaraz do Pana wrócę – powiedział i się oddalił.

Od dziecka mam ogromną łatwość do przeróżnych sportów – bardzo dobrze gram w kosza, naprawdę świetnie jeżdżę na snowboardzie, jestem niezły w nogę (nawet wyżonglować umiem na luzach ze 20), coraz lepiej mi idzie badminton. Do tej pory tylko wakeboarding mi nie przypasował – ale to pewnie dlatego, że ubrałem się w zbyt małą piankę, było zimno jak diabli i… był to mój kawalerski, więc nerwy zrobiły swoje. Dziś do grona sportów, które są kompletnie nie dla mnie, dołączył golf.

Ale ja się nigdy nie poddaję. Nie ma czegoś takiego, czego nie mogę się nauczyć! Nie ma! Udowodnię mu, temu instruktorowi, że jestem coś wart. Przekonam go, że ja – gdy spojrzy się na mnie jak na pewien umowny zbiór ciała, talentu i cwaniactwa, oraz turniej golfowy – gdy spojrzy się na niego jak na pewien umowny zbiór przepisów, dołków i przystrzyżonej trawy – mamy część wspólną. Oj mamy – wielką, wręcz imponującą część wspólną. Właśnie to udowodnię!

Yyy… nadążacie? Bo ja się w tym matematycznym porównaniu pogubiłem.

Ale nic to – ważne, że po chwilowej podłamce znów jestem pełen energii. Ważne, że jestem zmobilizowany. Ważne, że w siebie wierzę. O tak! Dajesz Rafał! Teraz! TERAZ!

Więc odłożyłem kij i poszedłem coś zjeść…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tak sobie myślę, że zamiast przeszkadzam mi w jedzeniu, możecie poczytać sobie o regułach gry w golfa i takich tam ciekawostkach. A ja w tym czasie w spokoju coś spałaszuję…

Profesjonalne pole golfowe ma 18 dołków. Przez dołek rozumiemy nie sam dołek, ale cały pas od startu do dziury w ziemi – że się tak kolokwialnie wyrażę. Czasami zwie się to drive, ale zostańmy przy dołku – będzie trudniej.

Każdy dołek ma Par 3, Par 4 lub Par 5 – inaczej nie może być. Par to inaczej Professional Average Result, czyli odgórnie ustalona liczba uderzeń, po których piłka powinna wtoczyć się do dołka. Klasyfikacji Par dla każdego dołka dokonuje projektant pola golfowego. Zdarza się, że na potrzeby turnieju jest to zmieniane, gdy sędziowie zdecydują, iż dany dołek jest np. w rzeczywistości prostszy i dobry zawodnik powinien pokonać go nie w czterech (Par 4) a w trzech uderzeniach (Par 3).

Każde pole golfowe w sumie jest obliczone na Par 72 – to tak zwany SSS (Standard Scratch Score) – wartość określająca Par na całym polu na podstawie długości i trudności poszczególnych dołków. Zdarzają się pola na Par 70 lub 71 – ale głównie turniejowo, gdy sędziowie (jak pisałem powyżej), wprowadzą zmiany. Po turnieju pole znów wraca do swoich Par 72. Nie ma pola, którego SSS ma więcej niż Par 72. Nie ma i już.

Jeśli jakiś dołek pokonasz w liczbie uderzeń mniejszej od przypisanego mu Par o 1, zaliczasz birdie. Jeśli mniejszej o 2 – eagle. Jeśli mniejszej o 3 – albatros. Jeśli jednak dołek kończysz jednym uderzeniem powyżej jego Par – to i tak jest nieźle, bo zaliczasz… no właśnie tu jest problem, po zgonie z poprzednim nazewnictwem tu powinien pojawić się jakiś ptak, najlepiej nielot – może kiwi albo emu… a tymczasem pokonanie dołka np. Par 5 w sześciu uderzeniach nazywa się bogey. Nic w golfie nie jest normalne i przewidywalne, nic. Chociaż nie – jedno jest w miarę normalne – jeśli trafisz w dołek za pierwszym uderzeniem, nazywa się to…falcon? gull? canary? penguin? Otóż nie – to się nazywa po prostu hole-in-one. Jest logika? No jest!

Pole golfowe Toya (mające całościowo Par 72) jest dość łatwe i dobry zawodnik powinien je zrobić w Par 68, czyli o 4 uderzenia mniej, niż to przewiduje tutejsza norma. A wyśmienity zawodnik (taki światowej klasy) spokojnie może je trzasnąć z wynikiem -10, czyli zamiast 72 uderzeń pokona 18 dołków w 62 uderzenia. Można? Można!

Atak na dołek zaczynasz z tak zwanego tee – jest to mały obszar z elegancko przystrzyżoną trawą, na którym wykonujesz swoje pierwsze uderzenie. Tylko tutaj piłeczkę możesz umieścić na małym kołeczku, takiej podstawce, która zwie się… tee, czyli tak samo jak fragment pola, w który się ją wbija.
– Wbij tee w tee – powiedział golfista do golfisty.
– Hłe hłe LOL – zaśmiał się cicho caddie, czyli pomocnik wożący (lub noszący) kije za graczami.

A więc jesteś na tee a piłeczka elegancko leży na małym plastikowym tee (wbitym w tee) – możesz wiec wykonać adresowanie, czyli przyjęcie pozycji wyjściowej do zamachu. Zaś na swing (czyli na zamach) składają się trzy elementy:

  • waggle, czyli początkowego ruchu samego kija wstecz,
  • backswing, czyli początek ruchu uderzeniowego wykonany ciałem, oraz
  • follow through, czyli to, co gracz wykonuje już po uderzeniu piłki (z nieodzownym skrętem łydki i przyszpanowaniem podeszwą pełną kolców).

.
I gdy już piłka została uderzona i leci (co mnie podczas treningu ominęło), może zdarzyć się:

  • skey shot, czyli leci wysoko, bardzo wysoko,
  • pull / push, czyli leci w miarę prosto, acz ląduje na lewo / prawo od celu (coś jak nasze swojskie odsie / ksobie), oraz
  • hook / slice, czyli w niekontrolowany sposób skręca mocno w lewo / w prawo

Jeśli zauważysz, że w zasięgu lecącej piłki są jacyś Bogu ducha winni ludzie, krzycz Fore! najgłośniej jak potrafisz. Nie pytajcie mnie, dlaczego akurat “Fore!” a nie a przykład “Watch out!” albo “Run Forest, Run!” – to nie ja wymyśliłem golfową etykietę.

Dołek Par 5 jest długi na mniej więcej 400-500 metrów. Par 3 to coś koło 170 metrów. Par 4 mieści się jakoś pomiędzy nimi.

Jeśli jesteś bardzo dobry i masz niezły kij, to w pierwszym uderzeniu z tee powinieneś posłać piłkę na odległość 230-250 metrów. Jeśli jesteś tylko dobry, również wybijesz piłkę na te 230 metrów, ale jej później nie znajdziesz, bo albo wyląduje w drzewach, albo gdzieś poza polem golfowym.

Jeśli jesteś kiepski, to nie tylko nie poślesz piłki daleko, ale przy uderzeniu wyrwiesz kawał darni (która oczywiście nie nazywa się w świecie golfa ani darnią, ani tym bardziej kawałem trawy – nazywa się divot) i będziesz to musiał później naprawić, używając narzędzia zwanego pitchfork. Nie, w golfie kawał postrzępionej blachy na kiju nie może się po prostu nazywać grabiami, to byłoby zbyt oczywiste.

Jeśli uderzasz dobrze, to piłka powinna wylądować na fairway’u, czyli dość szerokim pasie krótko ściętej trawy, łączącym tee z dołkiem. Fairway jest nagrodą dla tych, którzy uderzają dobrze.

Jeśli uderzasz źle, piłka ląduje w wysokiej i bujnej trawie zwanej rough i trzeba być naprawdę mistrzem, by ją stamtąd wydobyć.

Jeśli uderzasz bardzo źle, to wrzucasz piłkę do bunkra, czyli zagłębienia pełnego piachu. Leżąca tam piłka nie jest bynajmniej “piłką zagrzebaną w piachu” – ona zwie się fried egg. Logiczne, prawda? A za karę, gdy już piłkę stąd wybijesz (ale koniecznie kijem zwanym sand wedge), musisz po sobie sprzątnąć, czyli wyrównać piasek, na którym zostawiłeś ślady. A przyrząd do wyrównywania piasku nazywa się… jak bonie-dydy, zapomniałem.

A jeśli jesteś kompletną fajtłapą, to od razu umieszczasz piłkę w wodzie. Wtedy nie pozostaje Ci nic innego, jak drop – cofasz się od prawdopodobnego miejsca zatopienia piłki o 2 kije w stronę tee i rzucasz na ziemię kolejną piłkę. Oczywiście do swojej score card doliczasz jedno karne uderzenie, czyli penalty score.

W ogóle jeśli po wybiciu piłki skądkolwiek nie jesteś pewien, gdzie wylądowała i czy ją znajdziesz, możesz uderzyć jeszcze raz piłka tzw. prowizoryczną. Potem, jeśli znajdziesz tą uderzoną za pierwszym razem, prowizoryczną chowasz do kieszeni i nie ma tematu. Jeśli tej uderzonej jako pierwsza nie znajdziesz, grasz dalej prowizoryczną, ale do score card dopisujesz +1 penalty score. A jeśli i tej prowizorycznej nie potrafisz znaleźć, to… powinieneś pojechać do Ciechocinka i poćwiczyć technikę na polach do mini golfa, które znajdziesz tam w każdym sanatoryjnym ogródku.

Jeśli wszystko poszło idealnie, jesteś tuż przy dołku na greenie. Green to niewielkie pole wokół dziury w ziemi. Niewielkie, acz powalające. Powalające trawą. Mam znajomych, którzy w swoich domach mają dywany rzadsze i mniej sprężyste niż trawa na greenie. Do dziś nie wierzę, że jest prawdziwa. To musi byś jakaś syntetyczna wykładzina z Praktikera. Nie można zwykłym strzyżeniem doprowadzić trawy do takiej zwartości, gęstości i elastyczności. Wiem co mówię – 3 lata temu na działce posiałem trawę odmiany Wimbledon i mimo w miarę częstego koszenia i podlewania trawnik wygląda jak część wiejskiego boiska tuż przy bramce – jest głównie piach.

Jeśli trafisz do dziury, idziesz do następnego dołka. A w zasadzie idziecie, bo w golfa gra się na ogół z kimś. Razem tworzycie flight (max 4 osoby). Twój kolega jest jednocześnie Twoim markerem – notuje swój wynik oraz Twój. Ty jesteś jego markerem – notujesz wyniki swój i jego. Potem konfrontujecie swoje zapiski.

Golf do sport dżentelmenów – teoretycznie sędziowie nie są potrzebni, bo gracze weryfikują się nawzajem. W praktyce jednak podczas turnieju sędziowie jeżdżą po polu meleksem i patrzą, kontrolują i pilnują czasu. Tak, czasu – podczas turnieju każdy flight ma średnio 10-12 minut na pokonanie 1 dołka. Gdy ewidentnie się opóźnia, bo gracze są słabi, sędziowie mogą nakazać przepuszczenie kolejnego flightu, by go nie spowalniać. Ale to są tylko zasady turniejowe, gdzie na pierwszym dołku (tuż przy tee) jest budka z sędzią, który wpuszcza na pole jeden flight co 10 minut. Gdy grasz normalnie możesz sobie dołek pokonywać choćby i pół dnia – pod warunkiem, że będziesz przepuszczał tych grających szybciej.

W ogólne taka luźna, amatorska gra w golfa jest całkiem przyjemna – przyjeżdżasz na pole z rana, płacisz green fee (opłata za wstęp na pole, możesz zapłacić za 18 lub 9 dołków), odbierasz score card, wypożyczasz wózek lub meleksa i lecisz grać. Dobrzy gracze podwrocławskie pole robią w 5 godzin. Amatorom potrafi ono zająć nawet 7-8 h. Deszcz w niczym nie przeszkadza – niektórzy nawet w nim gustują, bo piłka po upadku na fairway nabiera poślizgu i pokonuje dodatkowe kilkanaście metrów.

W ogóle są mistrzowie, którzy przyjeżdżają na pole o 5 rano, gdy recepcja jest jeszcze nieczynna. Mają swoje score cardy, więc od razu zaczynają grę. Płacą potem – gdy kończą grę lub w czasie przerwy na śniadanie / lunch. Czemuż ja nie mogę wieść takiego życia? No czemuż, ach no czemuż?

O rankingu golfistów nie napiszę ani słowa, bo kompletnie tego nie rozumiem. Wiem, że są handicapy, wiem że się co sezon zerują, wiem że jest punktacja netto i brutto, wiem że amator za swoją grę nie może otrzymywać korzyści finansowych a zawodowiec może, wiem że przejście na zawodowstwo odbywa się na własną prośbę (wystarczy tylko przejść szkolenie, zdać egzamin i wnieść opłatę), wiem jeszcze kilka innych rzeczy, ale ich kompletnie nie rozumiem. Golfa nie pojmuje nie tylko moje ciało, ale także mój umysł. Najwidoczniej dopiero w następnym pokoleniu moje geny osiągną status dżentelmena. A wtedy kupię sobie komplet kijów (1000 zł wystarcza na nowe, używki są zdecydowanie tańsze) i będę przez całą zimę hebanowy. Bo mówią, ze opalenizna z pola golfowego trzyma się twarzy mocniej niż zaschnięte truchła komarów przedniej szyby.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Zjadłem i odszukałem swojego instruktora. Nie było łatwo, ale w końcu przekonałem go, że cały czas trenowałem i że już jestem gotów stanąć w turniejowe szranki. Zgodził się niechętnie. Prawdopodobnie pomogła mi moja firmowa koszulka polo od BMW – w końcu organizatorom się nie odmawia.

I tak oto stanąłem przy pierwszym tee ze swoją score card, time sheet i pożyczonym od Alicji (tej samej, która pomagała mi przy sesji zdjęciowej i która podzieliła się ze mną swą obszerną wiedzą o golfie) kompletem kijów. W moim flight był Wojtek Świniarski – chyba najlepszy amatorski zawodnik w Polsce, który właśnie przeszedł na zawodowstwo – oraz dwóch innych gości równie jak Wojtek profesjonalnych. A ja… nie dość, że miałem komplet damskich kijów, to jeszcze moje adidasy nie miały spajków. Ale żen…

Nie ma sensu, bym sobie strzępił paluchy na klawiszach – poszło mi beznadziejnie. Prawdopodobnie (ale to Alicja ma jeszcze potwierdzić) jestem pierwszym uczestnikiem turnieju w Polsce (i być może na świecie), który nie ruszył się z tee przy pierwszym dołku. Bo nie potrafiłem trafić w piłkę. Serio.

Jako że było mi niezmiernie głupio (wszak wstrzymywałem na pierwszych metrach pola cały mój flight), oddaliłem się dyskretnie pod pozorem siusiu. I nigdy już na pole nie wróciłem.

Wieczorem, przed samym odjazdem, spotkałem swojego instruktora przy jednym z licznych monitorów. Gdy mnie zobaczył, wskazał palcem na tablicę wyników i spytał:
– Co się stało?
– Nic, a bo co? – spytałem udając zdziwienie.
– Zero punktów…
– Ach, to błąd, pewnie jeszcze mój Score Card nie został przeliczony.
– Ale to jest livescoring, update robiony jest co 9 dołków, a o tej porze na polu nie ma już nikogo.

Cholera jasna, a to cwaniak, osaczył mnie. A zatem… czas na atak.

– A proszę mi przypomnieć… – zmrużyłem oczy w cwaniackim uśmiechu – kto wygrywa turniej golfowy?
– Jak to kto, ten kto ma najmniej punktów.
– Ha! No właśnie! – krzyknąłem wskazując na ekran z aktualną tablicą wyników.

Podsumowanie

Misję wykonałem w 100%, gdyż albowiem:

  • Koszulkę zdobyłem? Zdobyłem!
  • Grać w golfa się nauczyłem? Nauczyłem. No, może technika mi jeszcze kuleje, ale znajomość zasad mam w małym palcu!
  • W turnieju wystartowałem? Wystartowałem! Mało tego – ja w nim nie tylko wystartowałem, ale go również wygrałem. Co prawda ex equo z innym golfistą, ale jednak wygrałem!

.
Koniec.

PS. Toya Golf Club, jak każde szanujące się pole golfowe, ma driving range, czyli to miejsce, w którym można ćwiczyć dalekie uderzenia. Wiecie, ile tam jest piłek? Ponad 40,000! Czterdzieści tysięcy. I teraz najlepsze – średnica każdej piłki to dokładnie 4 cm. Jeśli ułożymy 40 tys. piłek jedna obok drugiej, utworzą one węża długiego na 1600 metrów. A wiecie, co jeszcze może utworzyć tak długiego węża? Jesteście gotowi? To naprawdę niesamowite, ale węża o długości 1600 metrów może utworzyć… 320 aut BMW 5GT postawionych jedno za drugim. Takich samy piątek GT, jaką przyjechałem na ten turniej. Co w tym takiego niesamowitego? A dodajcie sobie cyfry z liczby 320. Wychodzi 5, prawda? “5” jak BMW 5GT. Emejzink, c’nie? ;)

Koniec.

odc.0odc.1 〈 odcinek 2

12 komentarzy

  1. Fajny wpis. W szczególności informacje o samym golfie. Zawsze mnie bawią te wszystkie buk-wie-skad nazwy.

    Kiedy następny?

  2. Następnego o golfie już nie będzie, ile można ;) Teraz muszę jakiś test auta opublikować, tyle się zaległości nazbierało: 320d cabrio, 535d GT (czarne i bordowe), 740d, 520d… w co tu ręce włożyć?

  3. To ja proszę 320d cabrio na początek, jeśli można. A najlepiej zlot w Toruniu z tymże cackiem :).

  4. Zlotów już nie będzie. To moje ostatnie dni takiej intensywnej współpracy z BMW Polska i musimy nadrobić zaległości “misyjne” ;)

    Test kabrioleta? Nooo dobra. To siadam i piszę.

  5. Tekst bardzo ciekawy i zdałem sobie sprawę, że golf to sport jednak bardzo specyficzny. Na pewno nie dla mnie :). Pozostanę przy tenisie ziemnym i pływaniu. Naprawdę aż tak trudno trafić w piłeczkę? :) Dotąd sądziłem, że po prostu machnę kijem i już, ale to jednak zbyt złożone chyba. Miałem ochotę przeczytać test 520d, ale jednak 320d będzie pierwsze, a na 5 muszę poczekać :)/

  6. Blogo, a kiedy zapytasz użytkowników o zadanie? :> Na samym początku współpracy z BMW pisałeś, że pod koniec wykonasz jedno zadanie zaproponowane przez czytelników Twojego bloga. Ja nie zapominam! :P

    A co do samego golfa to chociaż raczej nie jest to sport w moich klimatach to zawsze chciałem spróbować. To mógłby być ciekawy sposób na spędzanie czasu na świeżym powietrzu. Nie zawsze można wyskoczyć w jakieś ciekawsze miejsca np. w góry, a do golfa wystarczy mieć wolne popołudnie i w okolicach dużych miast zawsze znajdzie się jakieś pole. Ptaszki ćwierkają, słonko świeci, człowiek z kumplem może sobie pogadać, pospacerować. I nieważne czy umie się grać czy nie :P

  7. @ Miko: Na spacerki i ewentualnie piwko to proponuję grę w Bule. Nie ma nic fajniejszego gdy świeci słońce.

  8. Szkoda, że nie wziąłeś jakiegoś cabrio. Osobiście bardzo liczyłem na Z4 i jakby na to nie patrzeć, każdy lansiarz golfista na pole wozi się w cabrio.
    Ciekawe dedukcja co do piątki. ;)

  9. Mała korekta: “zamiast przeszkadzam mi w jedzeniu” >> “zamiast przeszkadzać mi w jedzeniu”

Pozostaw odpowiedź Larem Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *