BMW| Misja ślubna (2/3)

Umyć auto – nic prostszego: wystarczy kupić kartę, wjechać, wysiąść, włożyć kartę i odczekać kilka minut. Ale w Rykach, ku mojemu zdziwieniu, nie było myjni automatycznej! Na Orlenie był tylko karcher. Strasznie go nienawidzę – jeszcze nigdy nie udało mi się tak umyć auta, by nie zostały na nim smugi i zacieki.

Ale cóż było począć – umyłem karcherem. Przy okazji chlapiąc się nieziemsko. Ale co tam strój – ten co miałem na sobie był tylko przykrywką, zasadniczy czekał w szczelnie zamkniętym bagażniku. Spojrzałem na auto – nie było tragedii:

Tylko to cholerne przednie lewe koło całe było uświnione…

Nie dość, że żółta kreska oznaczająca umiejscowienie dziury za nic w świecie nie chciała się zmazać, to jeszcze cała felga była tłusta od tego smaru, którego używa się przy zdejmowaniu opon. Ech, lepiej już było na flaku cały ten ślub obskoczyć. Brudna felga i pomazana opona – co sobie ludzie pomyślą?!

Zadzwonił świadek – z ponagleniem. Miałem jeszcze przetrzeć auto jakąś szmatą, ale cóż było robić, pojechałem. Niech suszy się podczas jazdy…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Świadek czekał na mnie na końcu długaśnej ulicy Żytniej – i już z daleka do mnie machał. Przystanąłem przy krawężniku. Wsiadł, przywitał się i spytał, co to za silnik. Potem pomajstrował przy ustawieniach swojego fotela, zmienił nastawy klimatyzacji i zaczął zabawę z iDrive’em – prawdziwy moto pasjonat!

– I? – spytałem samogłoską.
– O – wskazał palcem drogę na wprost.
– A – odrzekłem ze zrozumieniem.
Ruszyłem i chwilę później dojechaliśmy do ronda.
– E? – wskazałem brodą pierwszy wyjazd po prawej.
– Y… – zamyślił się. – tak, najlepiej będzie w prawo.
– Zapomniałeś o „u” – powiedziałem.
– Uuu… faktycznie. Ale mi tu nie pasowało.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A 5 minut później koło BMW krzątały się już dwie przemiłe panie. Były umówione – miały udekorować auto. Tak jakoś dyskretnie i bez baloników. A świadek tak bardzo się denerwował, że niepomny niebezpieczeństw łaził środkiem drogi jak jakaś święta krowa ;)

Na masce z kilkunastu przylepionych na przyssawki tulipanów powstało serce, a do klamek dowiązane zostały wstążkowe kokardki.

No, przepychu nie było. Gdy odjeżdżaliśmy jedna z pań powiedziała, żeby nie przekraczać 50 km/h, bo tulipany pospadają. Kłamała – już przy 48 km/h dwa się urwały a trzy złamały. Zatrzymaliśmy się na poboczu, by to jakoś poprawić. Świadek zajął się wstążkami – bo jedna z nich się poluzowała – a ja twórczo naprawiłem tulipanowe pobojowisko:

– Co to jest? – spytał świadek.
– Ornament.
– A co przedstawia?
– Początkowo chciałem napisać blogomotive, potem tylko blogo a ostatecznie wyszło bl, bo kwiatków nie starczyło.
– Aha.
– Myślisz, że młodym się spodoba? – spytałem.
– Szczerze?

5 minut później byliśmy już w drodze po Pana Młodego. Na masce dumnie leżało tulipanowe serce – ponownie. Trochę mniejsze niż to pierwotne, bo zgubionych tulipanów nie szukaliśmy, a z tych trzech złamanych jednego nie udało się odratować. Ale cóż – ślub bez strat to nie ślub.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Zdążyliście się już pewnie domyślić, że postanowiłem się przebrać za Kapitana Amerykę. Taki żart sobie wymyśliłem (z Waszą pomocą) – chcieli mieć auto na ślub za darmo, to mają – a Kapitan Ameryka jest w gratisie. Bez możliwości rezygnacji.

Pierwotnie plan zakładał, że w tym stroju przyjadę już po Pana Młodego, potem razem pojedziemy po Pannę Młodą, i potem do kościoła. Jednak w chwili słabości (a naszła mnie takowa gdy myłem auto karcherem) pomyślałem sobie, że podjechanie pod kościół w niebiesko-czerwonej rajstopie na całym ciele może mieć kilka niepożądanych następstw:

  • mogę ukraść Młodej Parze całe ślubne szoł,
  • może mnie ksiądz wykląć i im ślubu nie udzielić,
  • mieszkańcy Ryk (to w końcu jest małe miasteczko – gdzie mu tam do zblazowanej i zaprawionej w idiotyzmach Warszawy) mogą nie być na to jeszcze gotowi.

Innymi słowy – przypeniałem i postanowiłem, że strój założę dopiero po ceremonii kościelnej, bo wtedy cała część oficjalna (i zarazem najbardziej stresująca) będzie już odhaczona. Idealnym momentem wydawała się być krótka wizyta Młodych na cmentarzu – zaplanowana w drodze z kościoła do domu weselnego.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ceremonii zaślubin nie będę Wam opisywał – ślub jak ślub, kościół jak kościół a młodzi jak to młodzi – piękni, pachnący i niczego się nie spodziewający. Niech Wam fotki, zamiast słów, ten fragment misji opowiedzą:

Z ciekawostek – dyskretnie zwiedzając sobie kościół podczas trwania ceremonii zauważyłem, że każdy witraż został przez kogoś ufundowany. Pomyślałem sobie, że to się dobrze składa – mogę po zaślubinach zrobić Młodym niespodziankę i wspólnie z nimi odwiedzić jednego z fundatorów witraża. Wszak to dzięki niemu mogli wziąć ślub w kościele, w którym są wszystkie okna, przez co nie ma przeciągów. Ale ze mnie cwaniak.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Gdy Młodzi odebrali już życzenia, kwiaty i prezenty (wszystko to zostało upakowane do auta świadkowej oraz zaprzyjaźnionych gości – ja w bagażniku BMW miałem ściśle tajny strój i nie chciałem, by jego obecność się wydała), ruszyliśmy w kierunku cmentarza. Tak bardzo zżerała mnie trema, że zachowałem się jak jakiś buc – ani nie pogratulowałem im zawarcia związku, ani nie spytałem o to jak się teraz z tym czują – siedziałem tylko i jechałem tam, gdzie wskazywała nawigacja. Dzięki Bogu za świadka, który wcześniej wprowadził do systemu wszystkie niezbędne lokalizacje.

Jadąc na cmentarz w lusterku widziałem za sobą czarne VW Polo – to świadek wraz ze świadkową nas śledzili. Na moją prośbę – już za chwilę będę potrzebował ich pomocy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

10 minut później byliśmy pod cmentarzem. Młodzi (wraz ze świadkową, która miała ich pilnować, by za wcześnie nie wrócili) poszli pomodlić się przy grobie (…) a ja kryjąc się nieudolnie za autem rozebrałem się do rosołu i systematycznie zacząłem naciągać na siebie obcisły, gryzący i pełen gąbkowych wypełnień strój…

– Ej, dawaj, już wracają! – krzyknął świadek.
– Cholera! – zakląłem pod nosem, bo nie było łatwo. – Dobra, już. Weź mnie tylko zapnij na plecach.
– Gotowe. Jedź już, świadkowa ich trzyma tam przy bramie.

Błyskawicznie wsiadłem do auta i…
– Tarcza! Załóż tarczę! – przypomniał mi świadek.
Założyłem ją na przedramię i z delikatnym piskiem opon ruszyłem w kierunku młodych.

Minąłem ich, zawróciłem i zatrzymałem się elegancko przy krawężniku. Wysiadłem i zasalutowałem
– Ameryka. Kapitan Ameryka. Dziś będę Waszym kierowcą.
Pękli ze śmiechu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

– Ale zawieziesz nas tak pod dom weselny? – spytała Magda, Panna Młoda.
– Rodżer det – potwierdziłem w wojskowym stylu. Nie miałem pojęcia (do dziś go nie mam), jak zachowuje i odzywa się Kapitan Ameryka. Zawsze byłem fanem Spidermana, Spawna i Wolverine’a – i tak naprawdę to za któregoś z nich chciałem się początkowo przebrać, ale ich stroje były beznadziejne. Nie to co strój Kapitana!

– Ale nim pojedziemy pod dom weselny, mam dla Was małą niespodziankę. Chciałbym odbić tu niedaleko w bok, byście mogli odwiedzić jedno niezwykle dla Was ważne miejsce.
– Jedziemy do Maka? – ucieszyła się Magda. – Bo z tego stresu aż mnie ssie.
– Nieee… to INNE ważne dla Was miejsce.
– Na Orlen na hot dogi? – rozradował się Korny, Pan Młody.
– Też nie…. – zaprzeczyłem lekko strapiony ich tokiem myślenia. – Wsiadajcie, to będzie niespodzianka.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

– Daleko jeszcze? – spytał Korny, nerwowo patrząc na zegarek.
– A co?
– No bo goście już na nas czekają, mieliśmy tylko na moment na cmentarz zawinąć i od razu do nich jechać.
– Już prawie jesteśmy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

– To tutaj? – spytała Magda.
– Nie, a czemu pytasz?
– Bo tu jest nawet ładnie, ta łąka, drzewa…
– A wiesz co – podchwyciłem – zatrzymajmy się więc tu na moment, dosłownie na kilka zdjęć. Potem pojedziemy tam gdzie planowałem i zaraz odwożę Was na przyjęcie do gości, OK?
Spojrzeli na siebie, potem na mnie. Wiem, co sobie pomyśleli – że mimo braku czasu warto sobie ze mną w takim stroju strzelić kilka fotek.

Wysiedliśmy, rozstawiłem statyw i się zaczęło!

Była udana próba dźwignięcia w martwym ciągu:

… nieudana próba porwania Panny Młodej:

… oraz niezbyt fortunna próba nawiązania kontaktu z lokalsami:

… po której to próbie postanowiłem odlecieć na bezpieczną odległość:

Niestety nieudolnie:

– Jedźmy już – poprosiła Magda. – Już mamy prawię godzinę spóźnienia.
– Dobra, ale po drodze na moment zatrzymamy się tam, gdzie zaplanowałem – powiedziałem składając statyw.
– A daleko to?
– O tu, kawałeczek – skłamałem i ruszyliśmy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

10 minut później atmosfera w aucie zrobiła się tak gęsta, że nawet klimatyzacja nie była w stanie odparować przedniej szyby. Jechaliśmy jak we mgle. Ale dojechaliśmy.

– I co to jest?! – spytał Korny.
– To jest Wasz hołd dla kościoła, w którym braliście ślub?
– To jest hołd? To, że tu stoimy? Jaki hołd?!
– Czyżbyście nie wiedzieli, kto w Waszym kościele ufundował jeden z witraży? – spytałem.
– Jakich witraży?! Korny trzymaj mnie, bo jak go zaraz…! – Magdzie ewidentnie puściły nerwy.

– Oj, to zajmie tylko chwileczkę – powiedziałem do Młodych i wskazałem im miejsce, w którym powinni stanąć. Rozstawiłem statyw, wcelowałem w nich obiektywem, ustawiłem samowyzwalacz migawki na 10 sekund i pobiegłem stanąć obok.

Korny spojrzał na mnie i spytał:
– Ale o co w tym zdjęciu ma chodzić?
– O to, że tu przyjechaliście w geście podziękowania.
– Tu, czyli gdzie?
– No tu, do Nowego Bazanowa.
– PSTRYK! – powiedział aparat.

– Nie no, do Nowego Bazanowa?! Trzymaj mnie mężu, bo jak go zaraz…! – Magdzie nerwy puściły po raz drugi.
– Powiedz mi proszę, czemu my tu jesteśmy, a nie w domu weselnym z naszymi gośćmi? – spytał konkretnie Korny, tłumiąc złość.
– Bo chciałem, byście…
– Wiem wiem.. złożyli hołd. Ale po kiego grzyba?!
– Bo ludzie z Nowego Bazanowa ufundowali w Waszym kościele witraż.
– Witraż? Gdzie witraż?! Trzymaj mnie, bo jak go zaraz…! – nie muszę chyba pisać, że to Magda ponownie się zagotowała.
– No sami zobaczcie – powiedziałem, prowadząc ich do stojącego na statywie aparatu. Szybko wyszukałem właściwą fotkę:

– Zrobimy sobie raz dwa to zdjęcie i jedziemy do domu weselnego, prawda? – powiedziałem pojednawczo, prowadząc ich ponownie przed tablicę. Stanęliśmy elegancko przed odliczającym czas aparatem, gdy Młodzi nie wytrzymali.
– Nie, Blogo, ja cię uduszę. Trzymaj mnie mężu, bo ja mu zaraz…! – nie wytrzymała Magda. Nie było dobrze – Korny tym razem nie zamierzał jej trzymać – minę miał taką, jakby zaraz miał mi pojechać z dyńki. W sumie Magda wyglądała tak samo. Jeśli oboje mi pociągną w nos z czachy, to pod dom weselny zawiozę ich jako krwiście czerwony Flash a nie elegancko niebieski Kapitan Ameryka. Niedobrze…

– PSTRYK! – powiedział aparat.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wieloletnie pożycie małżeńskie z Rybą nauczyło mnie, jak wychodzić z takich sytuacji obronną ręką. Nie będę Was tu wdrażał w moje sposoby, bo zdarzyć się może, że przeczyta to Ryba i przestaną już one potem na nią działać. Najważniejsze jest to, że sobie poradziłem. Najpierw przyznałem się do winy, a potem długo rozmawialiśmy. W efekcie nim wsiedliśmy do auta by ruszyć w drogę powrotną do domu weselnego, byliśmy ponownie najlepszymi przyjaciółmi. Nie wierzycie? Oto dowód:

Cdn.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dla zagubionych: zajawka | część 1 | interludium | to jest cz.2 | część 3

14 komentarzy

  1. Jako Captain Caveman zrobiłbyś dopiero furorę ;-P…

    … A zwróciłeś uwagę, że jak zrobiłeś „BL” na masce, to cień ułożył sie w „O” i „g”… A może to tylko ja mam tak wybujałą fantazję?

    A czemu nie rzuciłeś w parę młodą tarczą na szczęście? Jak prawdziwy Kapitan hAmeryka ;-)

    Czekamy na następną część! :-)

  2. Blogo, skoro rozważałeś strój Flinstona, to żeby na maksa wczuć się w rolę musiałbyś wyciąć kawałek podłogi w aucie… tylko co by na to powiedziało BMW :>?

  3. Trochę mnie tu nie było, a widzę, że akcja już w pełni się rozkręciła.
    Pomysł z kapitanem Ameryką, całkiem fajny :D Ewentualnie można było zamówić Batmana z Batmobilem :D Ale myślę, że koszta byłyby za duże. Hehe.
    Rozumie, że mój pomysł pomimo początkowej aprobaty nie doczekał się etapu realizacji? ;)

  4. Za 25 minut kończy sie teoretycznie Twój projekt „Blogów w świecie BMW” a tu brak ostatniej części misji ślubnej i od cholery artykułów… Czy ekipa ma sie do Ciebie zjechać i spuścić łomot?? ;-P

    Come on come on – czekamy na teksty!!!

  5. Się skończy, jak mu na to pozwolimy. Już wiemy, że ze względu na moją opieszałość, musimy to pociągnąć kilka dni dłużej – żeby w końcu napisał to wszystko, z czym zalegam ;)

    Pracy mam nawał – wychodzę do biura z rańca, wracam gdy już ciemno. Muszę się obrobić (jeszcze tylko w środę zapieprz) i zasiadam do finiszowania.

  6. Zawsze w Ciebie wierzyłem :-)… A z tym finiszowaniem to pamiętaj słowa Leszka Millera ;-) „ważne jak mężczyzna kończy”… Tylko nie sugeruj sie tym jak on skończył… ;-P

  7. Gwarantuję, że całość skończy się tak, że Wam wszystkim (a Tobie wyszyna to w szczególności ;) koparki opadną wprost na sznurówki, rzepy czy frędzle – cokolwiek tam na butach macie. Serio serio!

  8. F10 fajny wóz,ale taki pajacowaty Hochzeit to nie dla mnie,już wolę syrenkę,warszawę przynajmniej produkcja z PRL i ile sprawi przyjemności(:

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *