BMW| Misja ślubna (3/3)

- Ale dociśnij trochę, bo już późno! – powiedziała Magda, Panna Młoda, gdy już wsiedliśmy do auta.
- Sęk w tym, że tulipany wytrzymują tylko do 50 km/h – powiedziałem, nauczony wcześniejszym doświadczeniem
- Olej tulipany! Musimy się pospieszyć, bo goście już na nas od godziny czekają!
Więc się pospieszyliśmy. Bardzo. Efekt tego był taki, że cała przednia szyba była pokryta dżemem z komarzych trucheł.
- Nie możemy tak podjechać – powiedziała Magda wskazując na przednią szybę.
- Będzie dobrze – pocieszyłem ją i szturchnąłem dźwigienkę od spryskiwacza. I chwilę później ponownie. I jeszcze raz. I jeszcze raz… 2 minuty później odezwał się zwiastujący kłopoty “DING!”…

- Co to? Co to? – przestraszył się Korny, Pan Młody.
- Cholera! – powiedziałem donośnie. – Znów złapałem gumę!
- O do %$%$@^@)()(@^*(%@$ !!!!!!! – zaklął z tylnej kanapy damski głos. Odwróciłem się i pierwsze co zauważyłem, to minę Kornego – był w głębokim szoku graniczącym z omdleniem i zapadnięciem w śpiączkę. Patrzył się na swoją przed chwilą poślubioną żonę i ustami robił rybkę.
Zatrzymałem się na poboczu, przeczuwając nadchodzący kryzys małżeński. Pierwszy odezwał się Korny:
- Ale… skąd ty… przecież nigdy wcześniej… i… dlaczego? – spytał w swoim stylu, konkretnie i przejrzyście.
- Ale co dlaczego?!
- Dlaczego… i od kiedy… ty tak klniesz… kochanie?
- To cię teraz martwi?! Nie no, ja nie mogę…!
- Bo ty wcześniej… nigdy… ja nie słyszałem, żebyś… no wiesz…
- No właśnie nie wiem!
Niewątpliwie Korny był w szoku po tym, co usłyszał z ust Magdy. Niewątpliwe mnie również ta wiązanka zszokowała. Ale zdałem sobie właśnie sprawę z tego, co mnie za chwilę czeka. Przecież muszę im powiedzieć, że ten “DING!” oznaczał kończący się płyn do spryskiwaczy a nie złapanie gumy. Żart wydawał się taki niewinny – kto mógł przypuszczać, że odsłoni prawdziwe oblicze Magdy?
- Ojej! – uderzyłem w ton misia-pysia co to się na niczym nie zna i jest ogólnie życiowym fajtłapą. – To nie dziura w oponie, to tylko płyn do spryskiwaczy się kończy. Ale ze mnie gapa, ohoho jejku jejku.
Spojrzałem im w oczy z głupkowatym uśmiechem. Nie, nie załagodziło to sprawy. Korny nadal był w szoku, Magda nadal była wpieniona. Cóż – skoro oni trwali w swych rolach, i ja postanowiłem trwać w swojej roli – w roli przygłupa. Nasunąłem więc na oczy gogle (które wcześniej podniosłem na czoło, by więcej widzieć podczas jazdy) i ruszyłem.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- I co zamierzasz z tym zrobić? – spytała mnie Magda 5 minut później.
- Z czym?
- Z brakiem płynu?
- Na razie nic…
- To jak zdejmiesz te trupy z szyby?
Ponownie użyłem spryskiwacza – przez sekundę było dobrze, ale zaraz potem z dysz zaczęła lecieć piana.
- Jedź tu na Orlen, musimy to zmyć. Będzie na nas czekało ze 100 osób, nie mogę mieć potem na wszystkich zdjęciach cmentarzyska komarów w tle – zarządziła Magda.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
DING!

- CO ZNOWU?!!!
- Tym razem paliwo. Kończy się. Serio.
- O do %$%$@^@)()(@^*(%@$!!! – Magda zaklęła. Zerknąłem w lusterko wsteczne – mina Kornego była mi już znana. Nich on lepiej szybko do tego przywyknie, bo mu serducho strzeli jeszcze przed pierwszą rocznicą ślubu!
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Ja nie wysiadam – powiedziałem, gdy już dojechaliśmy na stację.
- Ja to nie wysiadasz?!!!!!!! – spytała Magda swoim normalnym tonem.
- Miałem załatwić auto i Was wozić, a nie tankować albo szyby z trucheł wycierać. Poza tym co myślicie – że będę tu po stacji w tym stroju paradował? – powiedziałem wskazując na opinającą mnie dzianinę superbohatera.
- Ech, taka to właśnie pomoc… – westchnęła Magda i otworzyła drzwi. – Diesla czy dziewięćdziesiątkę piątkę?
- Diesla.
Zdjęła z dystrybutora pistolet i wtedy nie wytrzymałem – schwyciłem aparat i wysiadłem z auta – muszę mieć te zdjęcia, bo mi potem nie uwierzycie!

- Patrz, a jednak wysiadłeś – powiedziała Magda, gdy skakałem wokół niej z aparatem.
Co by tu jej odpowiedzieć? Jak to zripostować? Może coś o tym, że jak robić wiochę to na całego? Albo o tym, że nie jestem u siebie i się obciachu nie wstydzę? Tak, chyba o tym obciachu…
- No co tak się patrzysz? Nie zripostujesz? – spytała z uśmiechem.
- Yyy… – stęknąłem. Normalnie wybiła mnie tym pytaniem z równowagi i zapomniałem, co miałem powiedzieć.
- Tia… niezłe, riposta przez stęknięcie. Brawo, miszczu! – powiedziała. – Za ile wlać?
- Za stówkę.
- O, to chyba już…

- Myjesz te szyby? – spytała Magda Kornego, który w trakcie tankowania zdążył wysiąść i teraz gmerał coś przy wiaderku z wodą.
- Zamierzam.
- To myj! Ruchy ruchy! Się rozejdą, jak nie przyjedziemy – zrugała męża. Jego mina świadczyła o tym, że szok mu się pogłębiał. – I rękawice załóż, bo ci potem przez całe wesele ręce będą szczotką jechać!
- Ale ty jak tankowałaś, to nie zakładałaś.
- Bo ja nie muszę, ja zawsze pachnę. Bierz i nie marudź! – powiedziała wyrywając foliowe rękawiczki z podajnika. – O widzisz, można? Można! To zakładaj i do roboty.

- Ale one się ślizgają, te rękawice – wyżalił się Korny.
- Jak ślizgają, jak śłizgają?! Pokaż! – Magda wyrwała mu szczotkę z ręki. – O, rzeczywiście. To zdejmij i dawaj, szybko weź mi te trupy zmyj bo naprawdę już musimy jechać!
…
- Ale szybciej nie umiesz?
- No kochanie, litości…
- Daj mi to!

- Patrz i się ucz – Magda popisowo przeleciała gąbką po szybkie i elegancko zebrała wodę gumowym zbierakiem. – Złap tutaj. O, zobacz – powoli, po prostej, niech piana sobie swobodnie ścieka. Łatwe?

- To co, możemy jechać? – spytała Magda, gdy już przednia szyba lśniła.
- Nie zapłaciliśmy.
- Chyba ty nie zapłaciłeś!
- No fakt, ja funduję paliwo, ale wy idziecie zabulić, OK?
- Daj kapustę.

- Płacimy za tamto, o tam, za to czarne – powiedzieli chórem. Elegancko – niczym zgodne i dobrane małżeństwo. Obsługa stacji uśmiechnęła się do nich rozczulająco. Tylko ja wiedziałem, że ten zgodny chór to tylko pozory… ;)
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Powoli wjechałem na piękną, brukowaną starówkę Ryk.
- To tutaj? To jest ta druga w lewo? – spytałem, zatrzymując auto na środku drogi. Robiłem wszystko, by opóźnić przyjazd. Nie odczuwałem tremy. Tremę to ja wciągam nosem. W tej chwili byłem milimetr od hiperwentylacji. Kręciło mi się w głowie. Przed oczami latały mi czarne plamki. A może jednak się wycofać?
- No przecież, że tutaj – wesoło zawołała Magda. – No jedź, już czekają, widać ich zza rogu!
Wziąłem głęboki oddech, ruszyłem i elegancko podjechałem pod dom weselny. Na schodach prowadzących do wejścia stało co najmniej 100 osób.

Zatrzymałem auto i wysiadłem, by otworzyć drzwi Pannie Młodej. Tłum oszalał.
- O mój Boże!! Jaaaaa!!!! To przecież jest Kapitan Ameryka!!!!!



A gdy już młodzi weszli do domu weselnego i zakończyły się owacje, ja odjechałem za róg, by przy pomocy świadka przepakować z bagażnika BMW do jego auta kilka weselnych rzeczy. Nie będę specjalnie się rozpisywał o tym, jak to z pobliskiego parku przybiegła do mnie grupa sympatyków miejscowej drużyny piłkarskiej, bo to w sumie nic ciekawego. Ot, po prostu najpierw zaczęli z odległości drzeć się „Ej, turbodymomen! Cho no tu! Ej!!!”, potem podbiegli i bezceremonialnie zaczęli mnie macać po gąbczastych mięśniach, by na końcu robić sobie ze mną fotki drąc się przy tym: „Będzie na fajsie, łohoho… ale akcja, już wrzucam!”.
W końcu poszli. Co za wspaniałe chłopaki – przecież mogli mnie na przykład zacząć podrzucać. Albo mogli mnie przewalić i na mnie usiąść. Albo siłą rozebrać ze stroju i samemu w nim zacząć paradować, gdy ja stałbym obok w samych majtasach. Mogli, ale tego nie zrobili. Pozdrawiam ich zatem z tego miejsca bardzo serdecznie. I dziękuję Bogu za to, że pożałował im fantazji.
Pożegnałem się ze świadkiem, wsiadłem i pojechałem w kierunku Warszawy. Coś jednak było nie tak. Coś mnie uwierało. Coś mnie piekło. Coś za bardzo ślizgałem się na pięknym, skórzanym fotelu. AAAAA!!! Zapomniałem się przebrać!!!
Zwolniłem i skręciłem w mało uczęszczaną drogę. Przystanąłem na trawiastym poboczu i wysiadłem z auta, by na spokojnie zdjąć kostium. I wtedy nogi się pode mną ugięły – zapomniałem poprosić świadka, by mi przed odjazdem choć trochę rozsunął suwak na plecach!!!
Moja rodzina już od co najmniej kilkuset pokoleń porusza się na dwóch kończynach w pozycji wyprostowanej. Dlatego moje ręce nie są przesadnie długie a moje stawy przesadnie skrętne. Ot – jestem po prostu zwykłym przedstawicielem gatunku homo sapiens. I nie ma siły, bym dał radę sięgnąć do znajdującego się pomiędzy moimi łopatkami suwaka. Normalnie jest to niemożliwe. Co za kanał!!!
Ułamałem z rosnącej obok jabłonki gałązkę i zacząłem gmerać nią po plecach – a nuż trafię nią w końcówkę suwaka i jakoś dam radę go odsunąć. Niech to szlag!!!
Byłem tak zajęty suwakiem, że nie zauważyłem nawet Forda Transita, który przejeżdżał obok z prędkością do tej pory zarezerwowaną dla płyt kontynentalnych. Minął mnie i się zatrzymał. Po chwili drzwi od strony pasażera się otworzyły i wysiadł jowialny wąsacz w ogrodniczkach uwalonych farbą. Bez słowa podszedł do mnie od tyłu, złapał za suwak i wprawnym ruchem odsunął go aż do samego dołu – do okolic, w których plecy przestają być plecami a zaczynają być…
Odwróciłem się i spojrzałem mu prosto w oczy. Ogorzała twarz, dłonie wielkie jak bochny chleba i ten wąs – przestraszyłem się nie na żarty.
- Proszę – powiedział i bulgocząc pod wąsem z radości pobiegł z powrotem do Transita.
Uff… gdyby nie on…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- I jak było? – spytała Ryba, gdy wczesnym wieczorem wróciłem do domu.
- Spoko.
- Udało się?
- Jeszcze jak!
- Znaczy, że zrobiłeś z siebie pośmiewisko?
- No ba.
- Dobrze, że nie mamy rodziny w Rykach, bo wolałabym się tam już z Tobą nie pokazywać.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Następnego ranka poszedłem uporządkować samochód. Cała tylna kanapa była w ryżu:

a zmyślną półeczkę wypełniały eleganckie, kryształowe kieliszki

Im to było dobrze – nie prowadzili, więc mogli się legalnie odstresować. A ja musiałem wszystko przyjmować na klatę – będąc w pełnej świadomości. Dobrze chociaż, że klatę miałem dużą i miękką – gdybym pojechał tam w stroju Tygryska albo Prosiaczka, dziś pisałbym do was ze szpitala psychiatrycznego.
Koniec.
PS. W poniedziałek lista nagrodzonych, czyli tych z Was, których pomysł na wygłup został zrealizowany.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Dla zagubionych: zajawka | część 1 | interludium | część 2 | to jest cz.3
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!












RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)


:)… No cóż – pełne współczucia dla Kornego… jak to dobrze, że my jesteśmy za szklanym ekranem i możemy udawać, że nasze żony są inne, nie klną, nie dyrygują nami, nie opieprzają za byle co… Na szczęście, na szczęście :)
Świetny tekst Rafał…
Ale i tak Cię nienawidzę za “tamte” zdjęcia :P
Blogo, coś nam tu kit pociskasz. Co tak wesoła ta panna młoda podczas mycia szyby, kiedy Ty opowiadasz o armagedonie skumulowanym w jej drobnej osóbce? :P
No cóż… jak to dobrze, że jeszcze nie wszyscy mają żony i nie muszą wysłuchiwać, jak się obsługuje myjkę na Orlenie :D.
A misja ślubna – chapeau bas! :D
“który przejeżdżał obok z prędkością do tej pory zarezerwowaną dla płyt kontynentalnych”
masakra!!! tekst miesiaca ;];] jak to sie pisze w internetowym zargonie: you make my day ;];] a w zasadzie afternoon ;];]
Historyjka z Transitem – miszcz!
Pojechałeś po całości – Panna młoda zdjęcie przy dystrybutorze:)
Ładnie sobie tak żarty stroić i stresować młodych? ;)