BMW| Misja na turnieju Polo

– Blogo, co robisz w niedzielę? – zapytała Karolina, gdy pojawiłem się po odbiór kolejnego auta.
– No właśnie, co robię w niedzielę?
– Jedziesz na turniej Polo. I masz tam misję do wykonania.
– No co Ty, pierwsze słyszę?!

Otworzyłem kopertę i szybko omiotłem wzrokiem tekst.

Witaj Blogo!

29. maja w Jaroszowej Woli niedaleko Piaseczna odbędzie się BMW Middle European Trophy of Nations, czyli Mistrzostwa Europy Środkowej w Polo 2011. Twoja misja będzie prosta – chcemy, byś elegancko udeptał jeden ar boiska.

Powodzenia!

Ar – dzięki Bogu, że nie akr. Mimo, że zapowiadało się na łatwiznę, nie omieszkałem strzelić ludziom w BMW focha. Po co? By sobie lepsze auto na turniej wyjąć z ich garażu. Foch jak zwykle zadziałał i już 5 minut później grzałem po Warszawie czarnym 118d.

Śmiejcie się, śmiejcie – ale zaprawdę powiadam Wam, to cud nie samochód. Ale o szczegółach kiedy indziej – przy okazji testu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

I tak oto w niedzielne przedpołudnie wsiedliśmy z Rybą i Margolcią do jedynki i ruszyliśmy w kierunku Piaseczna. Niestety biorąc 118d nie pomyślałem o jednym – że będzie ze mną jeździła rodzina. To wszystko psuło. Czułem się jak wtedy, gdy w 116d robiłem rajd o kropelce. Męczyło mnie to. Bo jedynką nie da się jeździć ani ekonomicznie, ani z rodziną. Ten samochód to ścigacz. On jest do wyprzedzania, a nie do “jechania za”. A wyprzedzanie Rybie się nie podoba. I Margolcia wcześniej wtedy łapie chorobę lokomocyjną.

Koniec końców na turniej dojechaliśmy w następujących nastrojach:

  • ja byłem niespełniony, bo mimo wielu nadarzających się ku temu okazji, prawie nikogo nie wyprzedziłem,
  • Ryba była oburzona tym, że opóźniałem hamowania, blisko podjeżdżałem do aut jadących przed nami a jadąc za nimi gibałem się na boki, jakbym chciał je poboczem łyknąć,
  • a Margolcia była zielona, bo Aviomarin najwidoczniej albo jeszcze nie zadziałał, albo zapomnieliśmy jej go przed wyjazdem dać. I raczej to drugie.

.
A jako że potem było już tylko gorzej, postanowiłem opisać Wam to wszystko posługując się Międzynarodową Skalą Zdarzeń Jądrowych.

Poziom 0.
Bez znaczenia dla bezpieczeństwa

Zaczęło się nieźle, bo bardzo elegancko zaparkowaliśmy. Podoba mi się pomysł takiej organizacji parkingu:

Ale to była tylko jaskółka, w dodatku ta pierwsza. A jak wiadomo, wiosny ona nie wróży.

Poziom 1.
Anomalia

– Zobacz, Mery, jaki ładny konik – powiedziałem, wskazując stojącego przed nami konika. Był osiodłany i tylko czekał, by powozić jakieś urocze dziecko.
– Nie. – powiedziała Margolcia. Ona tak ma – jak zzielenieje w aucie, to potem do wieczora jest mega fochem.
– Ale choć, pojeździsz trochę – nie ustawałem w namowach. – No chodź, pobiegniemy do niego.

I zacząłem biec w kierunku konika. Zrobiłem kilka szybkich susów, ominąłem trzy sosenki i odwróciłem się by zobaczyć, czy czasem Margolot za mną nie biegnie. Nie biegła. W sumie to ja też już nie biegłem, bo gdy patrzyłem wstecz, przywaliłem centralnie w sosnę. Luz – zawsze tak robię, gdy chcę dziecko rozbawić…

Poziom 2.
Incydent

Zdradzę Wam pewną tajemnicę – nie jestem ot takim zwykłym blogerem. Ja po trosze jestem celebrytą. No, takim mikro celebrytą. Mój celbrytyzm objawia się m.in. tym, że znam Marcina Prokopa. Po prostu go znam. Kiedyś tam się poznaliśmy i tak to się za nami ciągnie. Każdy z nas chciałby to wreszcie skończyć, ale się nie udaje. Ilekroć on chce zerwać ze mną znajomość, mnie nie ma. Ilekroć mi zachciewa się z nim skończyć – on chałturzy gdzieś indziej.

Dziś jednak był tu gdzie ja. On robił za konferansjera, jak robiłem za gościa. I jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, wpadliśmy na siebie nieoczekiwanie.
– To Ty, ten sławny Rafał? – spytał mnie Marcin z charakterystycznym dla siebie przekąsem.
Już miałem zripostować, ale stało się to co zawsze – speszył mnie jego wzrost. Nie należę do osób niskich i dlatego ktoś wyższy ode mnie o jeden koma pięć głowy mnie peszy. Ot, zatkało mnie jak zawsze.
– Oj, uważaj, przesuń się tutaj – powiedział Marcin, korzystając z mej werbalnej nieporadności i przesunął mnie delikatnie na bok, bo akurat ktoś prowadził konia na boisko do gry w Polo.

– Jeden zero dla Ciebie – powiedziałem wychodząc ze świeżych końskich pączków.
– Sprytne, co nie? – spytał Marcin z uśmiechem.
– A weź się…

Poziom 3.
Poważny incydent

Nim zdążyłem doprowadzić obów (bo tylko prawym wdepnąłem) do porządku, podszedł do mnie odziany w pasiasty strój mężczyzna i przedstawił się jako umpire, czyli sędzia konny.
– Ktoś z BMW mnie prosił, bym pokrótce wyjaśnił Panu zasady gry w Polo. Mam cholernie mało czasu i strasznie mi to nie na rękę, więc proszę słuchać uważnie, bo dwa razy nie będę powtarzał.
Przytaknąłem i zamieniłem się w słuch.

– To zaczniemy może od konia. Jego rząd jest o wiele bardziej skomplikowany niż w innych dyscyplinach. Ogłowie ma martwy wytok i dwie pary wodzy (w tym jedna czarna). Ponadto dwie pary nachrapników i kiełzno, które może być albo wędzidłem cygańskim lub pelhamem. Tak czy siak – prawie zawsze ma mostek. Siodło jest prostą ewolucją angielskiego siodła myśliwskiego. Nie ma poduszek i dotyka tybinkami do boków konia. Dla bezpieczeństwa jest dopięte obergurtem. No i puśliska są szczególnie grube i szerokie.

Przerwał na chwilę – zapewne po to, by nabrać powietrza przed dalszym wywodem. Już miał uderzyć w kolejny słowotok, gdy spojrzał w me wielkie oczy ukazujące pustkę w mej głowie.
– Czy jak dotąd Pan nadąża? – spytał.
– Yhy – skłamałem.
– To proszę powiedzieć, jaki wytok ma ogłowie?
– Yyy… jogurtowy?

Załamał się, normalnie się załamał. Odetchnął głęboko i zostawiając mnie samego szybkim krokiem ruszył ku grupce eleganckich kobiet. Po chwili wrócił do mnie, prowadząc pod bok Karolinę z BMW.
– Proszę Pani, ja nie mam czasu tłumaczyć temu Panu podstaw– rzekł wskazując na mnie. – Gdyby do niego cokolwiek jeszcze docierało, ale jest tak, jakbym mówił do snopka siana.
– Ale… – próbowałem się tłumaczyć.
– Proszę, proszę, no niech Pan powie, jaki koń ma wytok?
– Yyy… jogurtowy – odpowiedziałem tak samo jak poprzednio. Wiedziałem już, że to była zła odpowiedź, ale pomyślałem sobie, że lepiej powiedzieć cokolwiek i się tego trzymać, niż tępo milczeć.
– Jogurtowy?! Widzi Pani, jego zdaniem wytok jest jogurtowy! A on przecież jest martwy. Wytok jest martwy! Jogurtowe to nawet nie jest dopięcie, bo ono jest obergurtowe! Co ja tu robię?!

Obrócił się na pięcie i poszedł. A Karolina spojrzała na mnie z wyrzutem.
– Wiesz Ty w ogóle Blogo, kto to jest? – spytała.
Nie miałem zielonego pojęcia i chyba znów przez me otwarte na oścież oczy wyjrzała na światło dzienne pustka mej głowy.
– Aaaa… – machnęła z rezygnacją ręką – to już nie jest ważne, kto to był. Ważne jest to, co jest teraz. A wiesz Blogo, co my tu teraz mamy?
– Yyy… mamy tu być? Cicho być? Być niewidocznym? Być i nie być zarazem? – strzelałem, jak zwykle niecelnie.
– My tu mamy incydent. Poważny incydent. Dzięki, Blogo. No normalnie dzięki!

Poziom 4.
Awaria bez znaczącego zagrożenia poza obiektem

Gdy w końcu zostałem sam i doprowadziłem obów (bo jak już mówiłem – tylko prawym wdepnąłem) do porządku, zgarnąłem nabzdyczone dziewczyny i ruszyliśmy w kierunku eleganckiego namiotu dla VIPów.

Nauczony dotychczasową współpracą z BMW zakładałem, że mamy tam wstęp. Jakże się myliłem! Ktoś zapomniał dopisać mnie do listy. I tego kogoś nigdzie w pobliżu nie było.

Spojrzałem na Rybę i Margolcię bezradnie rozkładając ręce.
– Jak zwykle… – powiedziały chórem i poszły w kierunku żółtych leżaków.

Poziom 5.
Awaria z zagrożeniem poza obiektem

– Pić mi się chce – powiedziała Margolcia a ja cały struchlałem. Gdy ona to mówi, znaczy że mam pół minuty na to, by zorganizować coś do picia. Inaczej wydarzy się piekło. Szczególnie w taki dzień jak dziś – gdy ma mega focha.

Ruszyłem kłusem w kierunku wejścia na teren stadniny. Widziałem tam namiot, w którym były i kiełbaski, i napoje. Podbiegłem, chwyciłem napój i ruszyłem w drogę powrotną do Margolci. Zdążyłem w ostatniej chwili – niczym James Bond, bo stoper w jej oczach zatrzymał się na jedynce. Była o krok od wybuchu histerii, więc czym prędzej podałem jej butelkę.

– Nie zapłacił Pan za to – powiedział stojący z tyłu (i ciężko dyszący) Pan ubrany w fartuch kelnera.
– Kiedy?
– No przed chwilą. Tam posiłki są płatne, nie tak jak tutaj – rzekł wskazując na wielki namiot VIPowski, do którego nie mieliśmy przez czyjeś niedopatrzenie wstępu.
– Ups… – powiedziałem, przeszukując kieszenie.- Rybciu, czy możesz…?
– Nie! – powiedziała i najzwyczajniej w świecie sobie odeszła.
– Yyy… – to ja to może oddam – powiedziałem do kelnera, zabierając Margolci napój.
– Nie mogę tego przyjąć – powiedział kelner. – Jest odkręcony i w połowie wypity.
Spojrzałem na Margolcię, ale już jej przy nas nie było – biegła w kierunku Ryby. Biegła wesoło, jak każde napite dziecko.
– Cóż… – powiedziałem wyjmując z rąk kelnera napój – to może ja to dokończę, skoro Pan nie może tego przyjąć z powrotem. Pana zdrowie.
– Cztery pięćdziesiąt.
– Kiedy nie mam.
– Proszę pójść ze mną.

Poziom 6.
Poważna awaria

Pół godziny później byłem z powrotem wśród gości. A jako że Ryba z Margolcią gdzieś się zawieruszyły, mogłem skupić się na wykonaniu misji. Miałem udeptać jeden ar. Łatwizna. Zbliżyłem się do linii boiska i z niecierpliwością czekałem na przerwę w grze.

Przed przyjazdem trochę poczytałem i wiedziałem, że gdy tylko dobiegnie końca 7-minutowy chukkers, kibicie i widzowie zostaną poproszeni przez sędziego o wejście na boisko i udeptanie tego, co końskie kopyta wyrwały z pięknie przystrzyżonej murawy.

Ja miałem do udeptania 1 ar. Cóż to dla mnie – mam buty w rozmiarze 44 i 2/3 więc teren 10 na 10 metrów wyrównam w dwie minuty. I będę miał jeszcze minutę zapasu, bo przerwa pomiędzy pierwszym a drugim chukkersem trwa dokładnie 3 minuty.

W końcu zawodnicy zjechali z boiska i Marcin Prokop zaprosił wszystkich do udeptywania. Wystrzeliłem jak z procy w najdalszy kąt boiska – chciałem mieć swój ar tylko dla siebie. Nie chciałem, by ktoś udeptywał koło mnie. Postanowiłem misję wykonać wzorowo. Tylko ja, moje buty i rozbabrany przez końskie kopyta ar trawnika.

Dwie i pół minuty później nadal udeptywałem. Trzy minuty później również udeptywałem. Byłem w amoku: wyrwa – deptanie, wyrwa – deptanie. Pracowałem jak robot. Kręciłem się w kółko, wpatrując się w ziemię – niczym nastolatek na szalonej imprezie, gdy oparty czołem o stojący pionowo kij bejsbolowy wiruje jak bąk, doprowadzając swój błędnik do szaleństwa.

Wtem coś lekko puknęło mnie w stopę – to była piłka, taka biała i niepozorna. Potem do mych uszu dotarł tętent. To była pierwsza rzecz, jak usłyszałem. Wcześniej, będą w amoku nie słyszałem nawoływań – ani tych Ryby, ani tych Marcina Prokopa wspieranego mikrofonem i solidnym głośnikiem.

Dopiero tętent do mnie dotarł…

Poziom 7.
Wielka awaria

Ale na jakikolwiek ratunek było już za późno – ku mnie gnało 8-miu jeźdźców w pełnym galopie. Oni gnali, a mój błędnik szalał. Chciałem uciekać, lecz ziemia wirowała. Upadłem.

“Dzięki Bogu!” – pomyślałem sobie. “Koń człowieka nie nadepnie”.
Nie wiem, czy jest to prawda, ale słyszałem to kiedyś od jakiegoś nauczyciela – że jak biegnie na ciebie koń, trzeba się położyć, a on cię wtedy przeskoczy i po kłopocie. A zatem leżałem. Elegancko na boisku. Moja głowa również – ale niebezpiecznie blisko piłki.

I ostania rzecz jaką pamiętam, to głuche BUM!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Świadkowi twierdzili, że żaden koń mnie nie stratował – wszystkie jak jeden mąż nade mną przeskoczyły. Wykazały się niezwykłym taktem i wyczuciem sytuacji. Niestety nie można tego powiedzieć o zawodniku, który jechał na pierwszym koniu. On najzwyczajniej w świecie zamachnął się swoim milletem i… chybił. Chybił w piłkę. W moją głowę trafił bez pudła.

Dzięki Bogu, że nowoczesna technologia nie przyjęła się w Polo tak bardzo, jak na przykład w Golfie. Tutaj millet (czyli tzw. laska, którą uderza się w piłkę) nada wykonana jest z elastycznego bambusa a nie z ultra twardego włókna węglowego. Niestety jej zakończenie (tzw. motek) już z bambusa nie jest, lecz z najtwardszego z dostępnych drewien (np. z jesionu)…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dwa dni później pojawiłem się w BMW Polska, by ponownie wziąć 118d. Prawie nim nie pojeździłem, bo z turnieju Polo wróciłem w pozycji horyzontalnej na tylnej kanapie jakiejś piątki – a “moim” autem zajął się ktoś z obsługi. Na korytarzu spotkałem Karolinę.
– I jak? Podobało Ci się? Gdzie Ty w ogóle zniknąłeś? Wpisałam was zaraz potem na listę VIPów do tego namiotu, ale nie mogłam Was namierzyć.
– Źle się czuliśmy…
– Ale wszyscy?
– No głownie ja…
– Tylko mi nie mów, że to te szaszłyki! Ja też je jadłam mi nic mi nie było!
– Nie, to nie te szaszłyki.
– Ufff, bo już się przestraszyłam…

Koniec.

16 komentarzy

  1. Że tak się przyczepię… :P
    – “i już 5 minut później grzałem po Warszawie czarnym 118d.” – grzałeś, ale chyba silnik stojąc w korku :P

    – ten “BMW OWNERS PARKING” to wygląda jak fake w paincie robiony.

    Reszta ujdzie ;-)

  2. Ale przyznaj z ręką na sercu, że nim zauważyłeś Skodę spostrzegłeś tego SUVa z kołem na tylnej klapie. Tylko że podobnie jak ja, nie masz 100-procentowej pewności co to za auto (a głupio tak publicznie spudłować) i wolałeś wyciągnąć mniej widoczną Skodę, prawda? ;)

  3. Na ten parking to wpuszczali jacyś znawcy – w końcu po Freelanderze nie widać, że ma silnik z E46… ;-)

    Szacun Blogo – teskt w Twoim najlepszym stylu… Krew się leje, kule świstają, a bohater… udeptuje do końca.

    Normalnie “cud nad Wisłą II”. Ciekawe kiedy Wajda to nakręci…

    Szacun, szacun szacun.

  4. Poracha – przegapiłem Skodzinę… Landek odwrócił moją uwagę.

    Shame-on-me…

    W takim razie – odwołuję poprzedni komentarz o znawcach. Leszcze to byli i łapówkarze. Każdego tam wpuszczali…

    Chyba, że gość w Skodzie pokazał im przez szybę pendrive a la kluczyk BMW i twierdził, że ta Oktawka to wóz zastępczy z serwisu BMW. :-)

  5. Czepiacie się szczegółów;) jest napisane, że dla “właścicieli BMW” a nie kierowców, może obok LR w garażu stoi Betka, albo na półce w skali 1:24 co nie zmienia faktu, że właścicielem jest ;P

    A po za tym to jeden z najlepszych tekstów, popłakałam się ze śmiechu przy wytoku XD, a potem było juz tylko lepiej, jeśli można to tak ująć ^^

    Wielki szacun

  6. Blogo linka wrzucalem na szybko i nie zwrocilem uwagi ze pisza tylko o sofcie, mialem na mysli generalnie freelandera… Chyba nie oczekujesz ze po profilu samochodu (a w zasadzie jego fragmentu) napisze ci rok prod., silnik i wersje wyposazenia ;) chociaz wiem, ze w skrajnych przypadkach tez by sie dalo :D

    PS: “pińcet” lajków pękło na FB, gratuluję! Fart, ze mialem przyjemnosc kliknac w jubileuszowy :D

  7. @Blogomotive: zaparkowałeś w miejscu oznaczonym “bmw owners parking” ? Nieładnie ;)

    A tak w ogóle, czyżby “czuły” pseudonim ‘Ryba’ nawiązywał do usposobienia owej niewiasty? :)

  8. Octavkę zaparkował tam pewnie jakiś bloger jeżdzący na co dzień BMW, a wykonujący misję dla Skody.

  9. @Tomaszewski: Spoko. A bycie pińcetnym wpisz sobie do CV ;) Ja Ci tego nie zapomnę ;)

    @SSSS: Fakt, dałem ciała parkując na “BMW Owners Club”. Ale tłumaczy mnie to, że jestem warszawiakiem i parkuje krzywo.

    @red: Dobre.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *