#240 Ford Grand C-Max na wakacjach (4/4)

Jako że od publikacji poprzednich części tej opowieści minęło już trochę czasu, przygotowałem dla Was tak zwane Previously on Lost. A zatem w telegraficznym skrócie: zapomniałem w drodze do Kołobrzegu zrobić rodzinnej sesji zdjęciowej, więc teraz, gdy sam wracałem Grand C-Maxem do Warszawy, nerwowo poszukiwałem jakiegoś dziecka. W kapuście go nie znalazłem… bo nie znalazłem kapusty. Ale w zamian za to zgubiłem kluczyki do auta. Pomógł mi kombajnista Marian Dybcio. Pamiętacie to? No to skoro wiecie już, na czym stoimy, to… oddaję głos do studia.

Postój w zbożu przyniósł nieoczekiwane konsekwencje. Otóż, nie wiedzieć kiedy, jakieś ptaki obfajdoliły dach Grand C-Maxa. A że w planach miałem jeszcze jakąś sesję zdjęciową z dziećmi (o ile takowe gdzieś znajdę) – postanowiłem podjechać na myjnię.

Na co dzień mieszkam w Warszawie i tam też z myjni korzystam. Na wiejskiej myjni byłem po raz pierwszy. Skąd wiem, że to była wiejska myjnia? Ano stąd:

W mieście, a tym bardziej w stolicy, coś takiego by nie przeszło – zbyt rolnicze.

Potem niestety – primo: nie sprawdziłem, skąd i dokąd wieje wiatr, i secundo: oprysk okazał się naprawdę turbo. Gdy przestawiłem aparat Juniora w inne miejsce (na dość odległy krawężnik), bardzo szybko cały pokrył się mgiełką.

Dwie godziny później nadał był mokry. I niespecjalnie chciał się włączyć. Nie przejmowałem się tym jednak nic a nic – przecież młodszy brat zawsze ma przerąbane. Musi mieć. Po to ma starszego brata, by ten zawsze go bił i niszczył mu zabawki. To naturalne prawo.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Skąd wziąć dzieci do sesji zdjęciowej? Szukanie pola z kapustą sobie odpuszczę, żeby znów w jakieś tarapaty nie wpaść. Chmmm… dziecko, dziecko… bocian! Proste.

Zaparkowałem pod pierwszym słupem z bocianim gniazdem na czubku i delikatnie wlazłem na szklany dach C-Maxa. A potem… w panice przerzucałem zawartość mojej torby podróżnej w poszukiwaniu mokrych chusteczek. Może i mewa potrafi nieźle przyfajdolić z góry. Ale do bociana to jej daleko. To tak, jakby porównywać domowy górnopłuk z Wodospadami Wiktorii.

Podsumujmy tak na szybko – kapusta odpada, bocian odpada. Skąd zatem wziąć dzieci do sesji zdjęciowej? Pod przedszkole nie podjadę, bo mnie skują i zamkną. Dzieci, dzieci, dzieci… na myśl przychodziło mi tylko „Dziecko Rosemary”, ale wolałem nie ryzykować. Chmmm… Dzieci, dzieci… niech pomyślę… dzieci… „Dzieci kukurydzy”! No proste!

Nie oglądałem, ale coś o takim tytule musi być rodzinną komedią. Pewnie ojciec wziął dzieci do wesołego miasteczka, kupił im popcorn i się świetnie bawili. Gag na gagu, slapsticki i skórka od banana. Idealny klimat dla dzieci. Pole kukurydzy raz poproszę!

Perypetie ze zbożem, zgubionym kluczem, kombajnem, myjnią i srającym jak hydrant bocianem trochę czasu mi zajęły – więc powoli zaczynało się ściemniać. A po ciemku wcale nie jest łatwo znaleźć pole kukurydzy. Udało mi się to dopiero za trzecim razem. Za pierwszym wjechałem w plantację chmielu. Za drugim w rachityczny płot – przysięgam, że z drogi wyglądał jak kukurydza.

Ale koniec końców się udało. Zaparkowałem pośrodku pola i otworzyłem boczne drzwi. Ach jak ja lubię je rozsuwać!

– No i co teraz? – spytałem w myślach sam siebie. – Jak się woła na dzieci bawiące się w kukurydzy?

Wziąłem telefon, poczekałem na ikonkę 3G i wyszukałem info o „Dzieciach kukurydzy”. Przeczytałem…

Młoda para przybywa do małego, opuszczonego miasteczka w Nebrasce. Mijając pola kukurydzy, młodzi napotykają gromadkę dziwnie wyglądających dzieci. Wkrótce okazuje się, że przed laty w miasteczku rozegrała się prawdziwa tragedia. Pewnego niedzielnego poranka grupa dzieci, pod wodzą chłopca-kaznodziei w kapłańskich szatach, dokonała wielkiej masakry wszystkich dorosłych mieszkańców. Od tego czasu ta swoista sekta czci satanistycznego demona, określanego przez siebie jako „Ten, który kroczy między rzędami”, a także ciągle poszukuje dla niego nowych ofiar. W tym momencie młoda para rozpoczyna walkę o przetrwanie.

I stwierdzenie, że nogi się pode mną ugięły, nie oddaje tego, co się ze mną stało – poczułem się jak kurczak bez kości. Jakby mnie ktoś zluzował. Upadając pobiłem rekord świata – nikt nigdy nie upadł szybciej.

A Ford nadal stał z otwartymi drzwiami…

Leżałem przez wieczność… czyli przez 2 minuty i 8 sekund. Potem wstałem i czym prędzej zamknąłem boczne drzwi Grand C-Maxa, wsiadłem za kierownicę i na pełnym gazie wycofałem się z pola kukurydzy. Potem zapiąłem jedynkę i z piskiem ruszyłem ku Warszawie. Dość już na dziś tych przeżyć.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

By odreagować stres, postanowiłem ułożyć sobie w głowie coś na kształt plusów i minusów tego Forda Grand C-Maxa. Chmmm… mogłoby to wyglądać następująco:

Plusy

Skrzynia biegów jest idealnie dobrana do tego auta – pracuje genialnie lekko i precyzyjnie. Tu nie uświadczysz ani mechanicznego klikania, ani siłowego wbijania biegu – jest lekko, łatwo i rodzinnie. Tak powinno być w każdym minivanie.

Silnik jest w sam raz. 115KM w dieslu – ani na papierze, ani na żywo łba nie urywa, ale szczerze mówiąc – gdyby było mniej koni, byłoby nawet lepiej. To jest auto rodzinne – ma bezpiecznie dotaczać się do celu.

W ogóle ten silnik jest cichy i cholernie płynny. Zero turbo dziury, zero kopania w plecy. Nawet gwałtowna redukcja wpychająca wskazówkę obrotomierza pod czerwone pole nie powoduje jakiegoś większego szarpnięcia – Grand C-Max jest na tyle ciężki, by przepchnąć silnik swoją masą. Zero punktów dla sportu, milion punktów dla rodzinnego komfortu. Acz przyznać muszę, że tak zupełnie pozbawiony dynamiki to on nie jest.

Uwielbiam przesuwane drzwi. A wnętrze jest świetnie wykonane.

Zegary są bardzo fajne. I ogólnie cała deska rozdzielacza. Naprawdę jakość bije na głowę to, co Ford pokazał w nowym Mondeo (w wersji sprzed niedawnego liftu), nie mówiąc już o poprzednim Focusie.

W tym egzemplarzu miałem okno dachowe (tylko szyba, bez możliwości jej otwierania) sięgające aż po środkowy rząd siedzeń. Było ono przysłonięte matową blendą, która – i to ciekawe – odsuwała się od tyłu do przodu. Niby drobiazg, ale w aucie rodzinnym niebywale ważny. Margolcia co chwilę chciała, bym jej widok na chmury odsłaniał lub zasłaniał. I robiłem to bez zgrzytów, bo zawsze nad sobą zostawiałem kawałek zasłonięty, żeby mi słońce w donicę nie waliło. W innych autach każde odsłonięcie nieba nad środkowym rzędem siedzeń dogrzewa sagan kierowcy – tutaj absolutnie nie. Brawka!

Trzeci rząd siedzeń jest fajny. I zupełnie nie ma znaczenia to, czy jest tam miejsce na nogi, czy go nie ma. Ważne, że są dodatkowe fotele. Że dzieciak ma frajdę. Poza tym 7 miejsc zawsze będzie lepsze od 5-ciu.

Gdybym miał kupować rodzinnego minivana, chyba wziąłbym Grand C-Maxa – za odsuwane drzwi, trzeci rząd siedzeń i całkiem fajne wnętrze. Choć przyznam szczerze, że długo bym się bił z myślami, by jakoś przełknąć minusy tego auta.

A propos minusów, to…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wtem! – fabryczne radio przestało odtwarzać muzykę z mojego pen drive’a i uraczyło mnie następującym komunikatem:

Wychowałem się na Windowsach (nawet obecnie mam Vistę, którą lubię i cenię, acz powoli zaczyna mnie wkurzać, bo po 2 latach bez reinstalacji zaczyna nieźle zamulać), więc wiedziałem, co należy zrobić. Reset – on uleczy wszystko. Wyłączyłem radio, wyjąłem pen drive’a, włączyłem radio i włożyłem pen drive’a. Ha – zadziałało. Wybrałem pierwszy kawałek z brzegu i…

USB
Niewłaściwy format pliku

Co do cholery?! Puknąłem palcem w wyświetlacz – wedle amerykańskich scenarzystów, to zawsze pomaga. I pomogło! Sęk w tym, że zamiast pierwszego kawałka, włączył się jakiś przypadkowy ze środka listy. Gnarls Barkley – o taki:

Po minucie słuchania wiedziałem, że coś jest nie tak. Nie zagłębiałem się w tekst utworu, ale słowa RUNAWAY, CHILDREN oraz RUN FOR YOUR LIFE brzmiały niepokojąco. Szczególnie po niedawnej wizycie w polu kukurydzy. Ale to nie wszystko – radio nie chciało się wyłączyć. Nijak. Zatrzymałem się na poboczu. Tak, przyszła pora na hard reset. Wyłączyłem silnik, wyszedłem z auta i je zamknąłem. Radio ucichło i zgasło. Husdebos?!

Wsiadłem i ruszyłem. Radio znów działało jak należy – odtwarzało utwory w należytej kolejności.
– Ech, dzień pełen emocji – pomyślałem i… zbladłem. Bo wydało mi się, że na tylnym siedzeniu coś się poruszyło. Zwolniłem, zapaliłem światło w aucie i spojrzałem przez ramię. Nic – tylko ja, 3 rzędy foteli i moja torba podróżna.

– Boże, Rafał – pomyślałem – co ci się na starość porobiło? Się będziesz duchów bał?!

Uśmiechnąłem się, cichutko wypowiedziałem coś jakby „Niby kto, ja? Phi!” i… na wszelki wypadek wysunąłem z dachowego schowka sferyczne lustereczko – to służące do obserwowania dzieciaków jadących z tyłu. Teraz oczywiście nikogo poza torbą z tyłu nie wiozłem, ale czy gdzieś jest napisane, że z tego lusterka nie można korzystać, gdy się dzieci nie wiezie?

Nie, wcale nie zamierzałem niczego i nikogo na tylnej kanapie zobaczyć. Przecież duchów nie ma. Nie ma i już! A ta postać, która właśnie przeskoczyła z drugiego rzędu na trzeci to jest nic, normalnie nic… jej nie ma…

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!

Zahamowałem. Terkot systemu ABS szybko zagłuszył sypiący się spod kół żwir, bo zniosło mnie na pobocze. Zapaliłem światło w aucie, rozpiąłem pasy i wskoczyłem kolanami na fotel, obracając się do tyłu. Byłem w pełnej gardzie, gotów do zadania śmiercionośnego lewego prostego. Ale samochód był pusty. Tylko torba podróżna leniwie zalegała w ostatnim rzędzie…

Wyjąłem telefon i jeszcze raz zerknąłem na opis „Dzieci kukurydzy”…

(…) sekta czci satanistycznego demona, określanego przez siebie jako „Ten, który kroczy między rzędami” …

Niech to szlag!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Policzyłem do dziesięciu, głęboko odetchnąłem i ruszyłem. A żeby skierować myśli na mniej przerażające klimaty, zacząłem sobie w głowie układać, co mógłbym napisać o tym Grand C-Maxie w temacie jego minusów. Chmmm, może coś takiego:

Minusy

Brak konsekwencji jest zaskakujący. Auto jest przestronne i przeszklone, a nie udało mi się znaleźć nawiewów dla tylnych rzędów. Na desce rozdzielczej z przodu jest 14 (słownie: 14) kratek nawiewów. Wolałbym mieć z przodu 6, a pozostałe 7… yyy… 8 z tyłu, żeby dzieciaki się wychładzały lub dogrzewały.

Inny przykład braku konsekwencji? Proszę bardzo – Grand C-Max praktycznie nie ma w środku żadnego schowka na drobiazgi. Nawet przed pasażerem jest tylko jeden. Brak schowków w zwykłym aucie to porażka. W aucie rodzinnym to katastrofa. A wiemy wszyscy, że można – wystarczy spojrzeć na Citroena Picasso albo Renault Scenica.

Tutaj, w Grand C-Maxie ktoś w ujmowaniu schowków naprawdę przekroczył granice dobrego smaku – nawet uchwyt do zamykania drzwi jest zwykłą rurką. A przecież mogłaby to być mała kieszonka – poza zamykaniem drzwi można by w niej trzymać np. prezerwatywę. Choć to nie jest dobry przykład – po to się przecież kupuje rodzinnego minivana z 7 miejscami, by się nie musieć w nocy zabezpieczać.

Skala głośności radia jest po prostu pomyłką. Słuchanie muzyki przy poziomie głośności ustawionym na 6 to mordęga – jest po prostu za cicho. Z kolei poziom siódmy jest za głośny. Co za bęcwał tak to skonfigurował? Przecież do dyspozycji miał 30 poziomów głośności! A zrobił to tak, że poziomy 1-6 są zbyt ciche, a poziomy 7-10 zdecydowanie za głośne. Ustawienie głośności w przedziale 11-29 powoduje krwawienie z uszu.

Poziom 30 jest apokaliptyczny – gdy ustawiłem go raz i tylko na pół sekundy – po to, by zrobić powyższe zdjęcie – 4 hektary pszenicy trafił szlag, kotki w promieniu 2 kilometrów dostały rui i zgasł ogień w piecach Huty Sędzimira.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nagle muzyka ucichła i wyświetlacz znów poinformował mnie o „niewłaściwym formacie pliku”. Tym razem nim jednak zdążyłem dotknąć radia, muzyka wróciła. Niestety nie ta, która brzmiała przedtem…

Z głośników znów wydarł się na mnie Gnarls Barkley. Znów z potoku wykrzykiwanych przez niego słów mój spanikowany umysł wychwytywał tylko RUNAWAY, CHILDREN oraz RUN FOR YOUR LIFE.

Odruchowo spojrzałem w to małe, panoramiczne lusterko. Najpierw zwróciłem uwagę na nienaturalnie białe kosmyki włosów na moich skroniach, których jeszcze dziś rano nie miałem. A potem zauważyłem, jak z ostatniego rzędu na fotel tuż za mną przeskoczyła dziwna, szara postać.

A potem poczułem tępe chrupnięcie w szyi i ból… straszny, przeszywający całe ciało ból… Na szczęście trwał krótko – ulgę przyniosło mi białe światło, ku któremu się udałem…

Koniec.

wstępodc.1odc.2odc.3 〈 odcinek 4

23 komentarze

  1. Hehe, naśmiewają się z czarnych beemek w internecie, ale jednak wspomnienie o połamanych rączkach zadziałało jak czarodziejska różdżka :)

  2. @Mono
    Jak widać beemki swoją renomę mają ;)

    :)
    A przy okazji szkoda, że Blogo wyzionął ducha i nie będzie już więcej wpisów. Blog był niezły…

  3. – Jak odróżnić kiepski horror od dobrego?
    – W kiepskim horrorze epatują widza ze wszystkich sił zbitym szkłem, bezgłowymi trupami, przerażającymi dźwiękami i znienacka wyjącymi zombi. A w dobrym – w kadr cichutko, spokojnie wpełznie sobie jeżyk i od tego można się posr@ć!

  4. Ale za to przypadkowe słówko „koniec” to masz wpi***

    Taką historię zamordować!!! Takiego wątku nie wyeksploatować sequelami!? Takiego klimatu nie wtłoczyć w głowy i strachliwe serca gawiedzi w następnych odcinkach…

    Ech ty… Marnotrawco…

  5. Blogo,
    a propos skali głośności, może Twój Grand C-Max miał zainstalowany Dubstep Security System ;)
    http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=Z3_gyFD2Ndk

    Co do kukurydzy, to pierwsza scena filmowa jaka mi przychodzi na myśl to ta z „Casino” Martina Scorsese, w której Nicky grany przez Joe Pescie kończy żywot.

    Skoda Auto Polska wystartowała z nową kampanią. Rafał zgłoś się i zaproponuj temat kolejnego odcinka. Jestem pewny, że zakwalifikowałbyś się do programu. W razie czego my czytelnicy moglibyśmy Ci pomóc w wymyślaniu scriptu odcinka. Pomyśl nad tym:
    http://www.youtube.com/skodaautopolska

  6. Chciałbym usłyszeć jak Blogo na polnej drodze wśród kukurydzy rusza z PISKIEM OPON :) Masz za to jobla eee nobla.
    Zgadzam się z PoGOOD – świetna, klimatyczna opowieść. Napięcie nie wywołują efekty wszechobecnego ludzkiego truchła, lecz zawiązujące się napięcie. Świetnie Blogo !
    Ta szara mała postać to był pasikonik lub konik polny. Szkoda Forda bo gdzieś teraz stoi w polach z rozładowanym akumulatorem…

    Don’t worry kids, he got better !

  7. @Piotr: Jestem kompletnie niefotogeniczny. Gdybym zobaczył się na jakimś filmie, zwróciłbym nawet wyrostek. Poza tym – co czuję, że zaraz będę miał ze Skodą na pieńku, bo jeździłem niedawno 5-cioma Skodami i zbieram się do ich opisania… ;)

    @Robert: Nie gadaj, tylko auto picuj! ;)

    @ALL: Zresuscytuowano mnie.

  8. mi również dziś doszły:). na ten moment umyte szybki i kokpit, do testowania reszty kosmetyków poczekam na lepszą pogodę,bo i tak już na mnie dziwnie patrzyli gdy w deszczu się bawiłam w autku:). Pominę, że zlecieli się wszyscy faceci i musiałam własną piersią bronić mojej zdobyczy, bo chcieli mnie ograbić. Wygoda kosztuje jednak, bo sobie wymyśliłam, żeby paczka mi do pracy przyszła..

  9. @mmadzka
    Jeżeli własną piersią broniłaś kosmetyków to myślę, że faceci nie narzekali :]

    Blogo, Ty jednak żyjesz? Bleh…

  10. @Blogo jak już, to zresuscytowano :P Czyli alternatywne do kościelnego życie po śmierci w internecie to ściema? Ech… a miało być tak pięknie…

    Swoją drogą nowe Skody są paskudne (no, dobra, SuperB jest znośny).

  11. aaa, zapomniałam, że notka nie traktuje o kosmetykach..;)
    uwielbiam ten sposób pisania, powiem tylko, że jak czytałam rano i wszedł mi ktoś do biura, to tylko usłyszał: „wyjazd, nie teraz, zajęta jestem”:)

  12. „Poziom 30 jest apokaliptyczny – gdy ustawiłem go raz i tylko na pół sekundy – po to, by zrobić powyższe zdjęcie – 4 hektary pszenicy trafił szlag, kotki w promieniu 2 kilometrów dostały rui i zgasł ogień w piecach Huty Sędzimira.”

    No i co powie Prezes Huty Pan Mieciu?? Teraz to żeś namotał…

    Ty nie jesteś DEAD… Ty jesteś tylko ANKONSZIUS ;)…

    @PoGOOD… widzisz szwagier – jednak dają radę akcje pt „Przypucujmy Blogosławowi to się podbuduje i może nawet coś napisze” ;)

  13. @ mmadzka – to Ty jakaś szycha jesteś, że tak sobie możesz „dla funu” towarzyszy biurowej niedoli na mordę za drzwi wywalać!

    Szacuneczek, szacuneczek…

    A tak właściwie – to ileja powinienem w to zdanie wpakować przecinków, żeby to „po polskiemu” było? ;)

  14. @PoGOOD… jak będzie fikał to mu zacznę chamskie smsy wysyłać :P… albo będę wysyłał smsy w guście: „Cześć Kotku – dzisiaj rano było fantastycznie”… a jako, że Ryba czyta wszystkie jego smsy to będzie się bał ryzykować i będzie pisał ;)

  15. Bond miał w Astonie defibrylator..pewnie Ford też to montuje na wypadek nagłej niedyspozycji kierownika. A Blogo opadając bezwładnie wdusił paluchem mały czerwony guziczek…i powrócił ten co był umarły.

  16. PoGOOD. ojj tam zaraz szycha, nie lubią tylko jak jestem zła, wolą nie wchodzić w drogę;), a poza tym, nie „dla funu”, to było śmiertelnie poważne, byłam zajęta

  17. Jest Ryba w okolicy? Nie widzę…

    Dobra.
    Blogo! Fajna ta pielęgniarka co Ci usta-usta robiła? ;P

  18. @bazylfox – co Ty, nigdy nie ruszałeś z piskiem piasku?

    Nie kwestionuj wartości merytorycznej, czy Blogo kiedykolwiek opisał inne niż całkowicie autentyczne zdarzenie, z absolutnie kronikarską dokładnością? Za karę musisz przeczytać wszystkie raz jeszcze i nigdy więcej nie podważać słowa postowanego ;).

    Kolejny świetny tekst, do tego nie dość że tradycyjnie świetnie się czyta, to i pełno obiektywnych konkretów; podwójne pro po prostu :).

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *