MotoPrezent | Mitsubishi Lancer Evo X

Na imprezę More Power 5.0 jechałem z postanowieniem wciśnięcia się do Ferrari. Ciekawe, czy ktoś z Was pamięta jeszcze moje pierwsze spotkanie z F430? To było wtedy, gdy urwałem sobie rękę i nogę by się do niego zmieścić… Ostał się jeszcze jakiś czytelnik z tych zamierzchłych czasów?

Plany planami a skończyło się na tym, że tuż po przyjeździe na tor Ułęż z tłumu wyhaczył mnie Tomek Lewczuk (jeden z organizatorów imprezy More Power 5.0 by MotoPrezent) i usadził na miejscu pasażera w złotym Nissanie Skyline.

– Przewiozę Cię – powiedział. I były to ostatnie tego dnia słowa, które słyszałem nie będąc targanym torsjami. Mówię Wam – choroba lokomocyjna to straszna sprawa.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

O tym, jak woziła mnie Meg już czytaliście. O tym, jak przewiózł mnie bokiem Tomek wkrótce napiszę. O tym, jak jeszcze większym bokiem w Drift Taxi przewiózł mnie Wojciech Dobrzeniecki też wkrótce napiszę.

A o tym, jak totalnym bokiem przy radosnym wsparciu podtlenku przewiózł mnie Wojtek Sposób w swoim absolutnie absurdalnym BMW raczej nie napiszę. No, chyba że nalegacie ;)

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Koniec końców odeszła mi ochota na jazdę Ferrari. Raz dlatego, że było dość zimno i co chwilę trzeba było Vipera wyciągać z trawy – zimne opony, zero elektroniki, nadmiar mocy większy niż w moim prawym bicepsie – to nie mogło kończyć się inaczej. Co prawda zawsze mógłbym sobie w Ferrari to szpanerskie Manettino jakoś neutralnie ustawić, ale jak to tak – mieć Ferrari na torze i się nie obrócić? Ale targany torsjami po jazdach driftowym bokiem nie mogłem obiecać, że się w czarnym zmieszczę – a głupio byłoby urwać ten czerwony zderzak.

A dwa dlatego, bo okazało się, iż nie jest to ostatnia impreza z cyklu More Power – już niebawem, bo 5-6 listopada, będzie edycja 6.0 – wtedy się Ferrari nacieszę. O ile wcześniej ktoś nie wpakuje mnie do driftowozu i nie otumani smrodem spalonych gum…

Tak więc zważywszy na beznadziejny stan mojego żołądka wsiadłem do 295-konnego Mitsubishi Lancera Evo X. Do samochodu, który na ulicy budzi grozę tak wielką, że właściciele wszystkiego, co ma na klapie literki GT lub czerwone oznaczenie jakiegoś Diesla, na jego widok szybciorem wysiadają i symulują złapanie kapcia. Tylko po to, by móc otworzyć klapę bagażnika i unieść wspomniane literki w górę. Albo, gdy te się wraz z klapą nie unoszą, zasłonić je połami płaszcza, symulując wyjmowanie zapasu.

Tak, Evo X na ulicy to kozak. Tymczasem na torze wygląda bardzo zwyczajnie. Mnie się podoba, acz zdecydowanie zyskuje będąc wśród normalnych aut – tutaj, gdy parkował obok wspomnianego Ferrari czy Gallardo (że o Viperze chlustającym testosteronem z wydechu nie wspomnę) – wyglądał jak auto kogoś, kto trochę za szybko wjechał na parking, spóźnił hamowanie i niechcący na torze zaparkował – zamiast wśród zwykłych aut gości imprezy.

Dziś, od chwili przejażdżki tym Evo X minęło już dobrych kilkanaście dni. W międzyczasie skręciłem lekko kostkę i trochę chorowałem – w sam raz, by strząsnąć z siebie “wspomnienia na gorąco” i zastanowić się na spokojnie, co to auto ma w sobie fajnego.

Gdybym spisał wrażenia na gorąco dzień po jeździe – na 2000 słów relacji co najmniej 400 z nich brzmiałoby “phi” a kolejne 250 “nuda”. Bo to dokładnie czułem, gdy po zrobieniu kilku kółek wysiadłem z Lancera Evo X. W kolanach miałem nadal chrząstki a nie dżem, łydki drżały mi tak samo jak w chwili, gdy w domu wstawiam sobie wodę na herbatę, a poziom podniecenia prawie dorównywał temu, który ogarnia mnie co wieczór, gdy wyciskam pastę do zębów.

Po przejażdżce czułem coś w stylu: “No dobra, Evo X zaliczone. Odbębniłem to.” I nic więcej. Tomek, który dziwił się mojemu wyborowi (“Mówię Ci, bierz Ferrari! Albo chociaż Imprezę. Evo to czysta technologia.”), zapytał, jak było. Odpowiedziałem, że “Phi” – on odpowiedział “A nie mówiłem”.

Samochód jest fajny z zewnątrz i trochę słabszy w środku. Ma bardzo wygodne fotele, które zamontowane są za wysoko. Deska rozdzielcza jest niezła, choć detale ma słabe – zupełnie jak w standardowym Lancerze.

Łopatki zmiany biegów były na stałe przymocowane do kolumny kierowniczej, więc się nie obracały. Do tej pory wydawało mi się, że to lepiej – gdy chcesz w zakręcie coś zmienić, wiesz gdzie ich szukać. Dziś jednak nie jestem tego taki pewien – lepiej jeździło mi się Lambo z łopatkami ruchomymi. Ale to pewnie kwestia przyzwyczajenia.

Ale jeden element mnie poraził. Chodzi o ten przycisk zmieniający tryb pracy zawieszenia i wszystkiego, co tam zmienić on potrafi. Jest on chyba żywcem wyjęty z lat 80-tych – bardzo, bardzo tandetnie wygląda. Powinien mrugać, skrzyć się i pitać. Powinien mieć w sobie tysiąc LEDów, chrom, aluminium i karbon. Powinien w produkcji kosztować 400 EURO i mieć logo Pininfarina pociągnięte złotą farbą.

Przecież to on właśnie, ten przycisk, tworzy istotę Evo X. To dzięki temu przyciskowi samochód tak a nie inaczej się prowadzi. To właśnie za tym przyciskiem kryje się kilkanaście lat pracy najlepszych na świecie inżynierów.

Kurcze – Alfa Romeo (powyższa fotka), która wyposaża swoje auta w mocno ściemniony system DNA, który nic nie zmienia, bo jest jednym wielkim marketingowym gadżetem – nie szczędziła grosza na projekt nic-nie-robiącego przełącznika.

Tymczasem Mitsubishi wyposaża swój flagowy sportowy model w jeden z najlepszych na świecie systemów jezdnych (napęd, zawieszenie itp.) i tym, co widzi kierowca jest jeden badziewny guzik. W dodatku zamontowany byle jak obok dwóch zaślepek i dziur na napoje. No ja pikolę!

I tu, gdybym relację pisał na gorąco po jeździe, mógłbym już skończyć.

Ale przez te kilkanaście dni coś mi nie dawało spać. Zastanawiałem się jak to możliwe, by ten cholernie szybki, niewiarygodnie zwarty i nieziemsko wręcz zwinny samochód na torze zachowywał się tak nijako?! W czym tkwi błąd? Przecież jechałem z ustawieniem “Tarmac” i z wyłączonymi wszelkimi kontrolami trakcji. Przecież cisnąłem cały czas – w każdy zakręt wchodziłem przy jękach opon, z każdego wychodziłem pełną łyżką, na prostych kręciłem pod czerwone a dohamowania robiłem pełnym heblem. Te same zasady, gdy stosowałem je w Lamborghini, KTM czy Viperze, zamieniały mi uda w drżący kamerton. A w Lancerze Evo X nic się nie stało – pokonałem kilka okrążeń toru, zjechałem na parking i odczekałem chwilę, by turbina się wychłodziła. A potem wysiadłem i zrobiłem dwa kroki. Przy trzecim kroku… kompletnie zapomniałem, że tym Evo X przed chwilą jeździłem. O co w tym chodzi?!

Tymczasem godzinę później:
– To o nim ci mówiłem. To ten, co tak strasznie poginał Lancerem! – usłyszałem za sobą i odwróciłem się w stronę wskazującego na mnie chłopaka. To z nim jeździłem. Uśmiechnąłem się i kurtuazyjnie strzepnąłem łupież z ramion.

Poginał?! A w którym momencie?! Ten samochód przecież ani razu nie zabuksował, ani razu nie poszedł minimalnym bokiem, ani razu nie zmusił mnie do założenia choćby delikatnej kontry. Skręcałem a on jechał. Hamowałem a on hamował. Dociskałem w zakręcie, a on przyspieszał. Dokładnie tak samo zachowuje się mój Nissan, gdy z Rybą i Margolcią jedziemy na obiad do teściów. Na pewno wtedy nie jadę szybko. Jakim więc cudem identyczna jazda w Lancerze miałaby być “poginaniem”?

Rozmawiałem z Jakubem i Tomkiem. Obaj powiedzieli mi to samo: Lancer jest jednym z najszybszych aut torowych świata. Oczywiście, że z napędzanym na 4 koło Gallardo nie ma szans. Oczywiście, że z lekkim jak piórko KTM-em nie ma szans. Oczywiście, że z perfekcyjnie wysublimowanym Ferrari F430 nie ma szans. Bo fizyki się nie oszuka – moc, przyczepność, dynamika – każde z tych aut ma tu przewagę.

Ale tylko wtedy, gdy za ich kierownicą siedzi naprawdę dobry kierowca. Gdy posadzić za kółkiem amatora, na każdym torze najlepszy czas wykręci w Lancerze Evo X. Bo elektronika w tym samochodzie jest genialna – niby nic się nie dzieje, zero dramatu – nawet silnika prawie nie słychać. A tymczasem opony, zawieszenie, układ napędowy – non stop są na granicy swoich możliwości. Ogromnych możliwości.

W Evo X nie trzeba myśleć o tym, by przed zakrętem przyhamować, przenieść masę na przód, skręcić na dociążonych kołach przednich, w zakręcie trzymać delikatnie gaz dociążając tył a na wyjściu wcisnąć cały jednocześnie kontrując.

W Evo X po prostu przejeżdżasz przez zakręt. I tyle. Podstawy trzeba mieć, ale nic ponad to. Przyhamowanie, skręt, wyjście z gazem. Nic więcej wiedzieć nie musisz – wszelkie błędy naprawi elektronika. Nie wiem czy wiecie, ale ten samochód, mimo że napędzane ma 4 koła, potrafi 100% mocy przekazać tylko na jedno z nich. Bo czasami tak będzie efektywniej.

Jest cholernie komfortowy. Ponoć nie robi mu różnicy, czy przez przejazd kolejowy przetoczysz się 30 km/h, czy 170 km/h. Spróbuj zrobić to samo w Lambo lub Ferrari, a pół zawieszenia masz do wymiany. I oba zderzaki do klejenia.

Niestety to kompletnie nie mój klimat – decydując się na tak szybki i dynamiczny samochód, chciałbym się go bać. Chciałbym czuć respekt. Evo X respekt budzi – tylko wtedy, gdy się go ogląda na ulicy. Gdy się nim jedzie – jest normalnym autem. Takim normalnym… które jednak w warunkach drogowych szybsze jest od Gallardo i F430 razem wziętych.

Nie mam żadnych emocjonujących wspomnień po przejażdżce tym Mitsu. Nie zapragnąłem go. Ale nie znaczy to, że gdy widzę go na ulicy, patrzę nań z mniejszym podziwem.

Choć jasno muszę to stwierdzić – to nie moja bajka. Wolę auto wolniejsze, ale dające większą frajdę z jazdy. Evo X tą swoja genialną elektroniką mocno odrywa Cię od drogi – świat umyka za oknami cholernie szybko, auto jedzie tam gdzie chcesz – ale dzieje się to tak bezproblemowo i komfortowo, że wcale nie byłbyś zaskoczony, gdyby nagle przy 150 km/h otworzyły się drzwi od strony pasażera i stanął w nich konduktor z uśmiechem prosząc Cię o bilet.

Po raz pierwszy jeździłem czymś, co NAPRAWDĘ jeździ jak po szynach. Kiedyś myślałem, że to komplement. Dziś wiem, że to synonim braku emocji. Choć pewnie gdybym miał to Evo na poznańskim torze i zrobił nim okrążenie w czasie grubo poniżej dwóch minut, posikałbym się w galoty ze szczęścia. Ale już następnego dnia lepiej bym pamiętał auta które wyprzedzałem, niż Mitsubishi, którym je wyprzedzałem…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Za kierownicę Mitsubishi Lancera Evo X wsiadłem dzięki uprzejmości Jakuba z firmy MotoPrezent. Jeśli chcesz na własnej skórze zweryfikować to, co napisałem o tym aucie – tutaj znajdziesz niezbędne informacje.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Teksty opublikowane w ramach mojej współpracy z MotoPrezent.pl:
» Marzenia nastolatka
» KTM X-Bow
» Lamborghini Gallardo
» Honda S2000
» Mitsubishi Lancer Evo X
» Drift Taxi (1/2)
» Drift Taxi (2/2)
» Mitsubishi Lancer Evo RS
» Wstęp do driftu by Faruk Kugay (1/3)
» Wstęp do driftu by Faruk Kugay (2/3)
» Wkrótce: Wstęp do driftu by Faruk Kugay (3/3)
» Wkrótce: Dodge Viper

35 komentarzy

  1. Posmakowałeś już bardziej “ekstremalnej” jazdy na torze, więc w sumie nie dziwię się, że takie Evo raczej nie zrobiło wrażenia. Co do przycisku – efekt się liczy, efekt ;). W Alfie, jak sam napisałeś, wygląda… i nic poza tym.

    A skoro już o Evo mowa, to wspominając “stare” dobre czasy i serię gier z Colinem w nazwie, Lancer to był mój ulubiony wózek. I Subaru. I… no dobrze, wystarczy.

  2. A ja ciągle mam zamia mieć Lancera Evo w garażu. może nie koniecznie X, ale jakiś musi się znaleźć. Bo z chęcią znalazłbym punkt, kiedy już nie prowadzi się jak po szynach.

  3. Ostał się taki czytelnik, z zamierzchłych czasów. Cały czas z przyjemnością Cię czytam, choć nie zawsze się z Tobą zgadzam, w osądach czy to aut, czy polskiej rzeczywistości motoryzacyjnej ;)b

  4. Blogo, a gdzie zaliczyć takich, którzy czytają od niedawna, ale zdążyli przejrzeć wpisy ileśtam wstecz? ;)

    A mi się nowe Evo w ogóle nie podoba. Nieporozumieniem jest w ogóle to, że “cywilna” wersja Lancera jest tą samą budą. Lancer to zawsze było takie… Coś więcej.
    No i 295 KM to tak biednie mi się trochę wydaje jak na możliwości poprzednich silników (kto by tam serią jeździł… :P )

  5. Blogo – Twój pierwszy błąd – uogólnienie. Lancerów Evo X jest kilka wersji. Mają do 400KM jeśli mnie pamięć nie myli. Ta 295-konna to zdaje się najsłabsza wersja.
    Oczywiście wszystkie Evo jeżdżą zjawiskowo. Dla mnie to wzór auta rajdowego… może bardziej wyczynowego.
    Myślę, że Evo w obecnej generacji jest trochę jak Nissan GT-R. Technologiczny majstersztyk, taki plug&play – wsiadasz i lecisz. Nie musisz być zawodowym kierowcą wyścigowym, żeby szybko nim jeździć.
    Dla mnie w sam raz :)

  6. @golszta: “Ostał się taki czytelnik, z zamierzchłych czasów. Cały czas z przyjemnością Cię czytam”
    Piąteczka, druhu! ;)

    @Szczypior: “Blogo, a gdzie zaliczyć takich, którzy czytają od niedawna, ale zdążyli przejrzeć wpisy ileśtam wstecz?”
    Uuu, neofita. Tacy są najgorsi ;)

  7. Zgadzam się ze Szczypiorem w jednej kwestii – wyglądu. Evo zawsze łatwo było odróżnić od cywilnego Lancera. Przede wszystkim wielkim spojlerem i przetłoczeniami błotników.
    Ta obecna – dziesiąta ewolucja – jest zbyt grzeczna.

  8. Nie jechałem, ale rozmawiałem z kimś, kto jechał. Jakąś Giuliettą w Dieslu. I niewiele się działo poza bajeranckimi zmianami na wyświetlaczu – pojawiały się cyferblaty i wykresy rodem z Nissana GT-R.

    Bardzo się mylę, czy Ty się tradycyjnie burzysz, bo na włoskie auta najeżdżam? ;)

  9. Burzę się, bo lubię wzniecać dym. :)
    Zmienia się, choć oczywiście nie tak bardzo jak w EVO, bo DNA to znacznie prostszy system działający na tylko na czułość wspomagania kierownicy, hamulców, ESP, ABS i last but not least na charakterystykę silnika.
    Trybu All Weather użyłem raz w Mito, w totalnie masakrycznych warunkach drogowych i aż się zdziwiłem, ale ułatwił mi dojechanie w jednym kawałku (ale to było ekstremum, bo muśnięcie gazu na trzecim biegu powodowało zrywanie przyczepności). W trybie Dynamic nie da się przepisowo jeździć Giuliettą QV. O trybie Normal nie mam zdania, bo go właściwie nie używałem. Do parkowania jest tylko fajny. :)
    Polecam testy Giulietty QV i Mito Multijet u nas – tam jest troszkę więcej o tym.

  10. A jeszcze, żeby był jakiś konkret. W słabszych wersjach efekt nie jest może bardzo odczuwalny, ale już w Giulietta QV ma w trybie Normal max. moment obrotowy 300 Nm przy 5500 obr/min, a w trzybie Dynamic 340 Nm przy 1900 obr/min. To robi kolosalną różnicę.

  11. @krzychoo: “Polecam testy Giulietty QV i Mito Multijet u nas – tam jest troszkę więcej o tym.”

    Trudno tak od razu podlinkować? Palce se wypsztykasz na klawiszach? Minuty Ci szkoda? Ech, dym siać taki umie, ale wiedzą się dzielić już nie za bardzo…

    Link

  12. Giulietta QV w trybie Dynamic poza tym, że się napędza jak zła to jeszcze znacznie ułatwia zapunktowanie u Pana Władzy. W moim przypadku wynik 8 pkt po 15 minutach od wejścia do samochodu ;)

  13. Ja też bronię Alfy. Moja dziewczyna na Giulliettę z DNA i działa nie gorzej niż w BMW. Jest to świetnie prowadzący się samochód, jak tylko jedziemy razem ja chcę prowadzić :) Dla niej Dynamic jest za agresywny, nie lubi go, ja natomiast dopiero czuje ten samochód na D :) All Weather jeszcze nie było okazji testować.

  14. Zawsze tak robię – przecież ja sam nic od dobrych 2 lat nie napisałem. W tym wypadku również się radziłem. Moja wina, że nie odpowiadacie na maile? ;)

  15. Pewnie liczysz na to, że wszyscy odbiorą to jako żart i dystans. Ale nie łudź się – my wiemy, że to prawda.

    Każdy z nas miał kiedyś włoskie auto. Albo przynajmniej widział takie na parkingu, jak stało na kapciach i co kilka dni sąsiad pod maską mu grzebał ;)

  16. Ja tylko dodam, że w pełni się z Tobą zgadzam Blogo – włoskie auta to porażka, a Alfa to wciąż auto w którym zawsze działają tylko światła awaryjne…
    A porównywanie Alfy do BMW to nadużycie… BMW nigdy nie zniżyłoby się do takiego poziomu…

    A teraz pozwolę sobie wrócić do MAIN TOPICu… EVO X jeździłem w ostatni weekend na torze niedaleko Bristolu… tyle, że takim co ma kierownicę po idiotycznej stronie… Tak jak ta maszyna się klei do drogi to niewiele jest takich… ale rzeczywiście, moje emocje były na poziomie spożywania kanapki z szynką – jest fajnie bo smaczna, ale ciśnienia nie podnosi…

  17. @ Szczypior – coś Ci się chłopaku pokręciło… Od początku Evo było seryjną budą dopakowaną wyłącznie gratami z półki Ralliart. A dodatkami były tylko spoiler na klapie, zderzaki i maska. A że były mega wykombinowane, to i wizualną robotę robiły niezgorszą…

    Dopiero na etapie Evo VII pojawiły się inne błotniki…

    Chyba, że chodzi Ci o to, że teraz bez wielkiego wylotu na masce Evo nie wygląda już tak bojowo jak np. VI T.M.E. …

    Choć dzisiejsza kombinacja wlotu i dwóch wylotów powietrza przyprawiła pewnie aerodynamikom sporo siwych włosów… ;)

  18. Ciekawa opinia dot. Evo. Nie miałem osobiście okazji tym jechać, ale widzę, że z zewnątrz robi lepsze wrażenie niż ze środka.

    Osobiście wolę sytuację w której auto z zewnątrz jest raczej niepozorne, natomiast pod maską ma dzikiego zwierza. Przypomina mi to sytuację sprzed paru lat, kiedy to kolega sprawił sobie Audi S4. Szanowne koleżanki z pracy zaczęły kręcić nosem, że takie sobie i w ogóle co to za pomysł z żółtym samochodem, podczas gdy męska część biura zaglądała pod maskę i szukała kawałka drogi, na której można by sprawdzić moment obrotowy ;)

  19. sorry guys! Opowieści dziwnej treści o Evo czy STi w kontekście suchego asfaltu są właśnie takie, jak emocje pochodzące z tych samochodów – takie nijakie takie…

    Zabawa zaczyna się tam, gdzie kończy się przyczepność. I na śliskim (to nie musi być szuter – wystarczy deszcz) każdy z nich pokazuje jak bardzo różnią się od zwyczajnych wózków i od siebie nawzajem. Evo na mokrym zabija – startuje, skręca i jedzie po prostej jakby nie było mokro. W winklach masz prawie pewność, że za sekundę zaczniesz się kręcić w stronę bandy/trawnika, a wystarczy wtedy przytrzymać gaz i tył ustabilizuje tor jazdy i nawet kontra nie będzie potrzebna. O tym, że pada przypomnisz sobie tylko przy naprawdę ciasnych (albo spapranych) winklach albo podczas hamowania.

    STi jest świetne (oczywiście tylko jeśli ma DCCD), ale poprzednie modele ze zwykłym AWD były podsterowne aż do bólu. A szkoda bo w porównaniu z nimi dźwięk i atmosfera wnętrza STi w porównaniu do Evo to czysta poezja…

    Blogo – spróbuj się ustawić z chłopakami na jakąś przejażdżkę po mokrym – zobaczysz… Najlepiej w zestawie – szybka osobówka, a zaraz po niej Evo. Byle nie w odwrotnej kolejności, bo może być słabo… ;)

  20. Niekoniecznie musi być mokro, wystarczy Evo poprzedniej generacji i w wersji GT400… Blogo, gwarantuję, że po przejażdzce tym egzemplarzem Twoje odczucia odnośnie Evo się zmienią diametralnie – auto jest przewściekłe. Poza tym (jak twierdzi zdecydowana większość fanatyków modelu) ostatnie “prawdziwe” Evo to IX. Pozdrawiam!

  21. @Blogo: “Uuu, neofita. Tacy są najgorsi ;)”

    Ja po prostu mam więcej czasu niż Ty, więc mogę sobie na to pozwolić. Zazdrosny jesteś ;)

  22. Domagasz się większej frajdy z jazdy a problem tkwi gdzie indziej. Nie wiem, które czteronapędowe auto w tym przedziale cenowym może dać większą frajdę niż Evo. Oczywiście, gdy umie się nim jeździć. I nie potrzebny jest deszcz, by się go przestraszyć i zacząć doceniać. Potrzebne są umiejętności.
    Nawet londyńska taksówka z silnikiem i podwoziem z Evo VIII może dać świetny pokaz nie tylko na Top Gear Live. Tu na suchym torze Bedford Autodrome:
    http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=cEGkGIj7Lfk

  23. Miałam niestety całkiem podobne spostrzeżenia po co-drive na Ułężu solidnie zdłubanym, ponad 400 czy 500 konnym evo X – wszystko pięknie, zero uchybień.. ale i zero emocji, zero przeciążeń /jak na takie prędkości w winklach i dohamowania!/ ziewanie i odczucia jak z jazdy po bułki /nie winić kierowcy, jezdzi znakomicie i kręci niesamowite czasy na poznaniu/.
    I to właśnie też mnie zmartwiło, przecież jest tak idealnie więc skąd to uczucie lizania loda przez szybę???
    To auto niestety okropnie izoluje od tego z czym tak na prawdę walczy w naszym imieniu.
    A to kierowca powinien mieć asfalt na zębach!
    Jest tak jak w tej strasznej reklamie nowego focusa, która śni mi się po nocach – sam rozpoznaje znaki, sam parkuje, sam, sam, sam.. a kierowcy pozostaje przyjemnosc prowadzenia?! Ale jaka przyjemnosc??

  24. A ja dzisiaj jeździłem pierwszy raz w życiu STI (circa 320 KM) i przyznaje szczerze: nie potrafiłem szybko ruszyć. Mam dwa a miarę szybkie auta (5 i 6 do setki), ale tym ustrojstwem nie mogłem sprawnie ruszyć :)

  25. Jeździłam Evo X i miałam bardzo podobne odczucia, jak Ty, Blogo. Oprócz tego, co napisałeś, wydaje mi się, że dużym problemem w tym aucie jest waga. Tak, czy inaczej, wolę Evo 6 TME. To jest prawdziwa maszyna a nie jakaś tam elektroniczna rekompensata dla ułomności kierowcy.

  26. @PoGOOD: Ale w swoim czasie (VII-IX) się w jakiś sposób “nawrócili”. Wg mnie nowy Lancer wygląda tandetnie. Ale ja ogólnie wolę starsze auta. Nawet starsze niż Evo VII. Poza tym młody jestem, więc mi się mogą pewne rzeczy kojarzyć trochę bliżej w przeszłość niż Tobie :)

    Poza tym inaczej wygląda seryjna buda Lancera w evo V, a inaczej już dopakowany X, po prostu zbyt duży “przepych” jak na cywilną wersję powoduje u mnie mdłości. A co dopiero “dopieszczone” Evo. Ale opinia jak du*a- każdy ma własną.

  27. bo to ma jezdzic a nie wygladac…
    przejedz sie wersja 450 km Evo X a nie jakims seryjnym badziewiem jezdziles. ja wiem jedno wszystkie porsche i ferrari czy bmw ida na bok od kiedy mam evo. 4×4/

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *