#267 Nie napalaj się!

Jak kupować samochód? Wiadomo – spokojnie, bez napinki i bez napalania się. Pośpiech jest złym doradcą. Bla bla bla. Po obejrzeniu zdjęć i pogadaniu ze sprzedawcą pół nocy nie spałem. Po wieczornych oględzinach nie spałem nocy pięć. Bo byłem napalonym pacanem.

Nie da się patrzeć na samochód „tak ogólnie” – zawsze jest coś, co skupia uwagę. Coś, co wpływa na odbiór całości. Coś, co będąc tylko jednym plusem potrafi przyćmić gazylion minusów. Widzisz jeden detal, a jesteś napalony na całe auto. Tak działa mój mózg. I nie chrzań, że Twój działa inaczej.

Nie opisywałem tego konkretnego auta w ofertowych paczkach – jakoś tak wyszło, że wpis opublikowałem na chwilę przed odebraniem maila z linkiem. Ale od razu zadzwoniłem. Auto było z Warszawy a właściciel okazał się świetnym gościem – szczerym, luźnym i co najważniejsze – sprzedawał auto swoje, jeżdżone od 4 lat. Żaden handlarz, lakiernik czy kolega szefa komisu.

Na oględziny umówiłem się późnym wieczorem. Chwilę przedtem spotkałem się z Danielem – on ma BMW E46 od jakiegoś czasu i wie, na co patrzeć. Generalnie to akcja w stylu „zabierz na oględziny kogoś, kto ma takie auto, jakie chcesz kupić” powinna być absolutną podstawą. Fajnie pojechać z kimś, kto się „ogólnie zna” i ma elektroniczny miernik lakieru co pika i chowa się w futerale, ale… ale bądźmy szczerzy – co taki ktoś zauważy? Posprawdza lakier, obejrzy spawy, przegazówkę na zimnym silniku zrobi – myślicie, że takiego amatora handlarz nie wykiwa? C’mon…

Daniel wiedział co i jak – i powiedział mi, że on by kupił. Choć narzekał na oględziny po ciemku, bo lakier widać było tyle co nic. Ja dyskomfortu nie czułem, bo ja patrzyłem na ten jeden detal, na ten plus co nosem wciągał wszystkie minusy.

Wróciłem do domu i nie przespałem połowy nocy. Strasznie się na to auto napaliłem. Wszystko mi w nim grało – ciemny kolor, zdrowy silnik, ciche zawieszenie a wnętrze… wnętrze było absolutnie moje ulubione. Karbon, aluminium, nubuk, alcantara – ha ha ha śmieję się z tego. Jasna skóra, beżowe plastiki i drewno z widocznymi słojami. Dla mnie – serio serio serio – to jest szczyt stylu i szyku. Takim już jestem mentalnym emerytem.

Wnętrze – to właśnie był ten plus, który potrafi przyćmić zylion minusów… Ale nie uprzedzajmy faktów.

Kolejnej nocy też prawie nie przespałem. I jeszcze drugą, trzecią i czwartą się tłukłem z boku na bok. A potem z rana tętno miałem jak koń po Wielkiej Pardubickiej, oczy jak sowa na łowach a oddech szybszy niż u pekińczyka szczekającego na bernardyna. Bo tego dnia w południe umówiony byłem w ASO BMW na przed-zakupowy przegląd tego auta. Tego auta z TYM wnętrzem!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Krótka dygresja: Bawaria Motors (Warszawa, ul. Czerniakowska) zwaliła mnie z nóg. Wielkość tego salonu, rozmach i obsługa… dam sobie głowę uciąć, że we wzorcowym salonie w Monachium jest słabiej.

Tak na marginesie – dla aut w wieku 5+ mają teraz promocje serwisowe.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

I do razu kolejna krótka dygresja: człowiek, gdy jest na coś napalony, jest normalnie ślepy. Ślepy na wszystko. Nocne oględziny pozwoliły mi (a) tylko pobieżnie ocenić karoserię, (b) zakochać się we wnętrzu i (c) porozmawiać z sympatycznym właścicielem. W dniu wizyty w ASO, za dnia, widziałem to samo – jakąś tam karoserię, sympatycznego właściciela i skórzano-drewniane powalające wnętrze. Wiecie, TO wnętrze!

Z ręką na sercu – gdybym kupował auto sam, już bym je miał. Miałbym już to auto z TYM wnętrzem. Ale go nie mam, bo na ziemię sprowadził mnie Paweł, z którym w Bawaria Motors umówiła mnie Karolina.


Wiem wiem – Twój toster robi lepsze zdjęcia… ;)

– Na 100% nie było żadnego poważnego wypadku – powiedział Paweł, przyglądając się wraz z mechanikiem podwoziu auta. – Podłużnice idealne, zawieszenie dobre, wydech poprawny, ale…

– No to super! – przerwałem mu, wciąż myśląc o TYM wnętrzu. Już się jarałem reakcją ojca, brata, przyjaciół, kolegów z kosza, Waszą i co najważniejsze: Ryby i Margolci. Bym podjechał taką beżową skórą i drewnem pod dom, to by wszyscy patrzyli, dotykali i wąchali… ach, ależ by mi zazdrościli!

– Uszczelka na wale lekko się poci – powiedział towarzyszący nam mechanik. – To drobiazg, ale żeby ją wymienić to trzeba cały wydech zdjąć. Czasochłonne, ale wykonalne. No i jak z parkingu tu wjeżdżałem, to dziwnie przekładnia kierownicza się zachowywała. Ciężko zdiagnozować, bez jej wyjmowania. Może się okazać, że cała jest do wymiany, a może być tylko do czyszczenia. Na ucho nie poznam. Ogólnie mechanicznie jest dobrze. Podwozie niezłe, na pewno nie było żadnego mocnego strzału. Ale…

– No i super! – przerwałem mu, wciąż myśląc o TYM wnętrzu. Głupio mi było tak od razu wyciągać pieniądze i płacić za auto, bo decyzja o zakupie musi być wspólna – i moja, i ludzi z BMW Polska – wszak to oni na czas naszej współpracy mają zagwarantować jego niezawodność. Ale Bóg mi świadkiem, że chciałem już te oględziny zakończyć. Chciałem już usłyszeć, że „jest OK”. Nawet jeśli nie „bardzo OK”, to zwykłe „no dooobra, może być” by mi wystarczyło. Nie można nie kupić auta z TAKIM wnętrzem!

Podnośnik zaszumiał i auto stanęło na kołach. Paweł wyjął miernik grubości lakieru i obszedł całe BMW dookoła.

– Tutaj – powiedział, wskazując na idealnie połyskujący lakier lewego nadkola. – Tu musi być grubiej niż 3 mm, bo miernik blachy nie widzi.
– Poprawiałem to w zeszłym roku, bo rdzewiało – powiedział właściciel i pokazał na swoim telefonie fotki tuż sprzed napraw blacharskich.
– Oj, to drobiazg – stwierdziłem zgodnie z prawdą. – Ja bym się tym nie przejmował.

Paweł spojrzał na mnie z uśmiechem. Wtedy ów uśmiech wydał mi się zwykłym uśmiechem – dziś, gdy go sobie we wspomnieniach przywołuję to wiem, że był to uśmiech litościwy. Z tych bardziej litościwych.

– A prawe nadkole wymaga naprawy, pewnie po zimie będzie już dziurawe – mówił Paweł, kontynuując oględziny karoserii. – Tu jest na progu mały wykwit rdzy. Przedni zderzak trzeba podnieść, ale to chyba zatrzask się rozsypał, bo nie ma śladów uderzenia. Tylna klapa jest bardzo porysowana. Maska ostrzelana kamykami. Plus te wszystkie rysy wokoło. Ogólnie bardzo, bardzo dużo rzeczy do poprawki. Więc szczerze mówiąc…

– Ale mechanika jest świetna, prawda? – przerwałem, siedząc we wnętrzu, w TYM wnętrzu.
– Tak, mechanicznie to jest całkiem zdrowe auto. Ale lakier…
– No i zawieszenie ma dobre – powiedziałem z wnętrza, z TEGO wnętrza.

– Słuchaj bloger! – powiedział Paweł i…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wiecie, o co chodzi?
O moje napalenie się. Nie widziałem nic poza TYM wnętrzem.

A prawda była taka, że:
(raz) TO wnętrze było faktycznie w niezłym stanie i po gruntownym wyczyszczeniu i odświeżeniu mogłoby zadawać szyku;
(dwa) auto było bezwypadkowe – jeśli coś mu się przydarzyło, to nic ponad drobną parkingową stłuczkę – na sto procent;
(trzy) silnik był zdrowy i przez ostatnie 4 lata sumiennie serwisowany. Oczywiście zakodowana historia serwisowa w kluczyku i numerze VIN kończyła się chyba na roku 2004 – ale dla BMW E46 to standard;
(cztery) zawieszenie poza drobnymi naprawami w stylu „warto, ale niekoniecznie teraz” sprawne i zadbane;
(pięć) właściciel (to cholernie ważne!) szczery, sympatyczny i nic nie ukrywający;
(sześć) no właśnie, sześć… otóż wszystkie te plusy przyćmiewał jeden wielgaśny minus. Nim Wam o nim napiszę, musicie wiedzieć jedną rzecz.

Ogólne priorytety

Nasze (moje i BMW Polska) ogólne priorytety odnośnie poszukiwanego auta są następujące – samochód musi być bezwypadkowy (czyli prosty) i mieć zadbaną karoserię. Kropka.

Bo ta akcja ma swój budżet serwisowy. I po stokroć wolimy go wydać na regenerację silnika i zawieszenia, niż na szpachlowanie nadkoli, malowanie maski czy szlifowanie i polerowanie drzwi. Jak ja bym Wam to wtedy opisał: patrzcie – wczoraj maska mi się nie świeciła, a dziś się błyszczy jak psu… sami wiecie co. No dramat.

A wszelkie naprawy silnika i zawieszenia bardzo fajnie się opisuje. Marzy mi się takie porównanie: dzień na Torze Poznań autem z 12-letnim zawieszeniem i lekko zamulonym silnikiem kontra dzień na Torze Poznań tym samym autem, ale z nowym (odświeżonym / naprawionym / wymienionym) zawieszeniem i solidnie odrestaurowanym silnikiem. Ależ bym to opisał!

Dlatego właśnie to BMW 320i (w naprawdę dobrym stanie technicznym) odrzuciliśmy. Bo miało typową dla warszawskiego auta karoserię – poobijaną, podrapaną i w kilku miejscach rdzewiejącą. A przed nami zima i słony śnieg…

Miało?! Ależ skąd – nadal ma – oferta jest aktualna. Jeśli ktoś z Was szuka teraz BMW E46 – uważam, że powinien wziąć ten egzemplarz pod uwagę. Wszystko co napisałem powyżej jest zgodne z prawdą. Ja go nie kupiłem – bo przyświecają mi inne priorytety. Ale Ty możesz mieć w rodzinie lakiernika, który Ci całe auto spoleruje, odmaluje i wyprostuje za tysiąc pięćset.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ale ja nie o tym – miało być o napalaniu się.
A w zasadzie o NIE napalaniu się.

Gdyby nie to, że w procesie zakupu auta mój głos waży tyle samo (a może nawet troszkę mniej) niż głos ludzi z BMW Polska – dziś już bym się tym skórzano-drewnianym 320i woził po mieście na miękkim dowodzie rejestracyjnym. Bo się napaliłem na TO wnętrze.

Ale już mi przeszło. Szybko się uczę i drugi raz tego błędu nie popełnię. Szukamy dalej, oglądamy i się NIE napalamy. Bo gdybym to opisywane BMW 320i kupił, budżet serwisowy poszedłby na poprawki lakiernicze i nie byłoby szans na fajny zawias, dłubnięty silnik i Bóg jeden wie co jeszcze ;) Ależ bym żałował!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A teraz zrobię coś, czego nienawidzę – na końcu wpisu zostawię prośbę o komentarze. To strasznie frajerski zabieg – takie rzucone pod koniec „A co wy o tym sądzicie?” albo „Podziel się swoimi doświadczeniami” pogrąża w moich oczach blogera.

Ale zrobię to – bo naprawdę chcę, by „urzekła mnie Twoja historia”. No weź Szwagier (i Ty Szwagierko) napisz, jak to się kiedyś napaliłeś na jakieś auto. Napisz na co konkretnie się napaliłeś i jak to się skończyło.

No weź napisz. No weź.
Plis pliiisss…

107 komentarzy

  1. Pożyjemy zobaczymy idzie nowy rok, a z nim wszystkie pojazdy bez znaczenia na miesiąc produkcji stają się o rok starsze, przez co ich wartość maleje… Zobaczymy… Ciężko jest mi się ustosunkować, czy się da za tyle kupić, czy nie… Jednak patrząc na egzemplarz na górze zaczynam pomału wierzyć, że są na to szanse, byliśmy bardzo blisko znalezienia auta idealnie nadającego się do tej akcji… Trzeba poczekać, w marcu/kwietniu w ramach porządków wiosennych powinno się wysypać nieco fajnych autek z rąk prywatnych i tylko takie powinniśmy oglądać… Handlarzom i Komisantom trzeba powiedzieć NIE… Ja wyznaję zasadę iż lepiej ominąć okazję niż trafić bubla, czy użerać się z bajkopisarzami czy zwykłymi drobnomieszczańskimi oszustami…

  2. Napaliłem się 2 razy.
    od zawsze śmigam bmw e30 ale jedną rozbiłem i szukałem czegoś na zimę, ale wiadomo że tył napęd.
    znalazłem ulice obok forda scorpio mk2… po taksówce.
    wiem wiem co powiecie. że zajechany, że żygali w środku i że kierowca wałkarz.
    ale miał w środku prawie nowe wnętrze od wersji ghia, skóra, drewno, klima i wszystko.
    dookoła poobijany, zderzak do wymiany, lampa pęknieta, silnik z gazem chodził… ale nie tak jak bym chciał. na zimę bedzie ok!

    Kupiłem chodź każdy odradzał, pojeździlem, wyszykowałem po swojemu i 2 miesiące pózniej sprzedałem i na nim zarobiłem bo przyjechał gość z jakiegoś krakowa z lawetą bo się napalił na wnętrze. Kurde coś w tym jest…

    2 raz napaliłem sie na obecne auto.
    nauczylem sie szukać E30 po 3 poprzednich i milione ofert.

    Więc jak zobaczylem że handlarz wystawia białe kombi to już prawie wyłączyłem stronę, ale chwila, on ma wycieraczki na lampach? Od razu w głowie sie poukładało co to znaczy jeśli chodzi o resztę wyposażenia. Klikam.
    Auto z zewnątrz… lakier do polerki i to konkretnej, ale żadnej zgnilizny, rdzy, uderzeń itp. 2 małe wgniotki i wygięta plastikowa listwa.
    Przypominam że ma 20 lat.
    gadam z gościem, nie wie co ma, nie potrafi powiedzieć jakie ma wyposazenie, jak się jeździ bo on w sumie je zabrał z Berlina bo kupował inne i to mu zaproponowali bla bla bla. Wysłał mi VIN i sobie sprawdziłem co to jest (oczy mi wyszły z orbit)
    co z tego że to 200km, podczepiam lawetę i jadę.
    Pada deszcz a ja jak debil leże z kumplem pod autem i oglądam. CAŁA lista wyposażenia i dodatków wg VIN’u się zgadza, zero rdzy, nie pogięty, wszędzie ori pasta na spawy, przebieg sie zgadza, wszystko działa. Nie wierze.
    Nie miał aku wiec nie odpalałem, znalazł sie jakiś z omegi, odpalam. Ideał. przejechałem się, IDEAŁ!
    Panie, na lawetę z nim Biere!
    Minął ponad rok od zakupu, wszystko co musiało jest wymienione, lakier spolerowany, reszta poprawiona. Zawieszenie zrobione i śmigam na zloty.
    Cena kupna była tak śmieszna że nie wierzyłem w ten stan, ale się udało.
    Obyś też tak trafił!

  3. Porządne malowanie 1 elementu kosztuje 600 zł.
    Likwidowałem 6 miesięcy temu szkodę z OC sprawcy. Kierowca na światłach zamiast pojechać do przodu jakimś trafem wrzucił wsteczny i najechał na mnie. Szkoda niewielka, pogięty zderzak plastikowy, drapnięta troszeczkę maska (jak papierem ściernym) i urwany zaczep plastikowej ozdobnej atrapy. Zgłosiłem szkodę i wybrałem opcję bezgotówkowej naprawy. ASO naprawiło samochód i wystawiła fakturę firmie PZU o wartości 4500 zł (malowanie 2 elementów, wymiana zderzaka i ozdobnej atrapy).
    Rozmawiałem w ASO z osobą, która zajęła się całą biurokracją, zapytałem co się dzieje gdy są większe uszkodzenia a on mi mówi, że w kilkuletnim samochodzie firma ubezpieczeniowa takie sytuacje traktuje jak szkodę całkowitą – naprawa przewyższa koszt całkowity samochodu.
    PZU zaproponowało mi abym nie naprawiał samochodu w ASO i wziął tylko 2200 tyś zł na rękę i we własnym zakresie usunął szkodę. Czyli kupił sobie zamienniki lub używane części i pomalował u jakiegoś znajomego za 200 zł.
    Ja przy wyborze używanego samochodu też zwracam na uszkodzenia lakieru wiedząc ile kosztuje usunięcie defektu.

  4. Co do kosztów lakierowania za element to wszystko zależy gdzie mieszkasz, w Szczecinie znam bardzo dobrego lakiernika który bierze 500zł za element ma dość nowoczesną lakiernię. Również w podobnym okresie czasu miałem podobną stłuczkę, a bardziej muśnięcie… z tą różnicą, że ja dostałem w tył przy dojeździe do świateł… W sumie poza odkształconym zderzakiem od tylnej belki amortyzującej zderzenie nic się nie stało, sama belka o dziwo się nie skrzywiła. Nawet rys z tej kolizji nie było, miałem kilka mikro swoich, oczywiście zgłosiłem, że to on mi je zrobił… Szkoda naprawiana z OC sprawcy… No to pojechałem do ASO, chciałem bezgotówkowo ale sprawca miał w OC w firmie krzak (TUW Pocztowe) więc się nie zgodzili, no więc pytam ile… Zrobili mi kosztorys na 7200zł, za wymianę zderzaka i malowanie, przy okazji wymianę innych dupereli z tyłu, mocowania, śruby itd ach no i jeden czujnik mi szwankował od PDC to też kazałem doliczyć, że to od tego uderzenia, a na koniec geometria kół i czytanie + kasowanie błędów (zwykle robię to sam, ale ASO się uparło)… Kosztorys wysłałem… Po tygodniu przyszło pismo, z propozycją 2200zł – kwota bezsporna… Pismo było na tyle niezrozumiałe, że w pierwszym momencie pomyślałem, że chcą mi zaproponować tylko tyle i basta… Zadzwoniłem do prawnika kazał mi naprawić samochód na własny koszt i wysłać im faktury i na 99% zapłacą… I faktycznie tak było… Do czego jednak zmierzam, koszt pomalowania tego zderzaka wynosił 1800zł brutto… Tak więc kosztorysy ASO są mocno przeszacowane. Wystarczy pojechać do byle jakiego warsztatu i pomalują Ci nawet tak jak napisałeś za 200zł ;)… A dobrze ponoć nawet taniej niż 500zł można pomalować, wszystko zależy gdzie będziesz to robił ;)

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *