#280 Ferie zmieniają optykę

Samochodami można się pasjonować, nadawać im imiona oraz czule dziękować im po bezpiecznym dotarciu do celu – ale prawda jest taka, że ta kupa żelastwa jest niczym więcej jak cholernie praktycznym urządzeniem. Sęk w tym, że zrozumiesz to tylko wtedy, gdy pojedziesz z dzieckiem na ferie zimowe.
W Warszawie mój Nissan albo stoi pod blokiem, albo wiezie mnie do pracy, albo w weekendy parkuje pod hiperkiem lub IKEĄ. Mam w sobie wielką miłość do aut i odczuwam fizyczny ból, gdy silnik pracuje na zimno, gdy tak charcząco warczy, gdy mniej chętnie przyspiesza. Dlatego auto ruszam tylko wtedy, gdy mam pewność, że w drodze do celu się rozgrzeje.
Serio – gdy cel jest zbyt blisko, całą rodziną drzemy z buta. I wszyscy są mi wdzięczni, że 10 lat temu nie kupiłem Diesla, bo cele naszych pieszych wędrówek znajdowałyby się w promieniu co najmniej 20 km od domu, a nie, tak jak obecnie, tylko trzech.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Pytanie na weekend: skoro Diesle są raptem o max. 10 punktów procentowych sprawniejsze od silników benzynowych, to dlaczego rozgrzewają się 18-krotnie wolniej?
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Przez to moje chore podejście, w Warszawie nasz Nissan jest tak średnio praktyczny – bo niby służy do przemieszczania się z punktu A do punktu B, niby stoi pod blokiem wręcz prosząc się o przejażdżkę, to jednak pocinamy z kamasza zawsze, gdy punkt B jest zbyt blisko punktu A.
Tymczasem na feriach zimowych odległości nie mają znaczenia – nawet jeśli B od A dzieli żałosne 400m, jedziemy. Bo o ile w Warszawie do punktu B niosę kurtkę z telefonem w kieszeni, o tyle na feriach donieść do B muszę swoją deskę, narty Margolci, półkilogramowy aparat, kask i dwie pary gogli. A wszystko to w prawym ręku. W lewym mam jeszcze małe buty na zmianę i dłoń Margolci, która ciążyć potrafi niewiarygodnie.

I nagle okazje się, jak genialnym i niezniszczalnym urządzeniem jest samochód. W Warszawie jego poranne uruchomienie na zimno wyciska łzy z moich oczu. Na feriach zimowych jaram się równą pracą silnika i faktem, że ledwo wyjedziemy spod kwaterki, nawiew jest już ciepły.

Gdy w Warszawie Margolcia wsiada do auta z brudnymi butami wcierając błoto w dywanik i w spód plastikowej klapy schowka, ja sekundę później kwalifikuję się do wszczepienia rozrusznika serca.
Na feriach, gdy zaśnieżone buty narciarskie przy wsiadaniu strzelą w próg z siła ośmiu kiloton, i gdy podczas jazdy wciąż stukają i trą o schowek – jaram się tym, że na Nissanie nie robi to najmniejszego wrażenia.
Gdy w Warszawie pada deszcz lub śnieg, zmuszam pasażerów do wsiadania do auta w tempie wyścigowym – bo skoro pada, drzwi nie powinny być otwarte na dłużej niż 23 milisekundy. Takie mam zasady.
Tymczasem na feriach najpierw otwieram wszystkie drzwi, potem odpalam silnik, potem wrzucam sprzęt, gmeram coś w bagażniku, wracam do kwaterki po gogle, znów gmeram w bagażniku, jeszcze szyby dokładniej omiotę – a wszystko to przy otwartych na pełną szerokość drzwiach i śniegu zacinającym poziomo. I co? I nico – oddech mam równy a oczy pozbawione furii – zupełnie inaczej niż w Warszawie.

Gdy w Warszawie mam przewieźć autem coś na tylnej kanapie – dajmy na to zaokrąglony kij od szczotki, wkładam go do auta z pietyzmem tak wielkim, by broń Boże nie musnąć podsufitki. Raz musnąłem i cucono mnie przez kwadrans. Potem przypinam go pasami i przestawiam wsteczne lusterko, by móc kontrolować jego położenie.
Tymczasem na feriach zimowych dwa razy dziennie wkładam i wyjmuję ze środka mój snowboard (snobbord?) i narty Margolci, nie bacząc na ich ostre i postrzępione krawędzie oraz śnieg (czasami zmieszany z błotem i żwirem) zalegający w zakamarkach wiązań. I jadę tak z tym wszystkim luźno wrzuconym na tylną kanapę olewając dziwne dźwięki powstające na styku metalowych krawędzi z tapicerką.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Bo na feriach wychuchany samochód nagle zmienia się w urządzenie tak zajebiście praktyczne, że ho ho. Zmienia się w to, czym de facto jest – w doskonale zaprojektowany, świetnie wykonany i cholernie niezawodny mechanizm służący do przewożenia ludzkich tyłków i tony sprzętu z punktu A do punktu B.
Na feriach zimowych samochód zrzuca androgeniczne wdzianko, zmywa makijaż i pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Z wychuchanego, wypielęgnowanego i zadbanego Krzysztofa zmienia się w praktycznego do bólu i świadomego swej roli Beara.
I nie pęka, nie skrzypi, nie chrobocze – robi swoje bez cienia zawahania. Zupełnie inaczej niż w Warszawie.
A mnie ani serce nie zaboli, ani złość nie weźmie, ani powieka nie drgnie. Zupełnie inaczej niż w Warszawie
Uwielbiam ferie zimowe – sam jednak nie wiem, czy bardziej z powodu gór, śniegu i możliwości poskakania, czy z powodu zmiany podejścia do auta.
Szkoda, że już za kilka dni wrócę do Warszawy. Szkoda, że ten mój dzielny i niezniszczalny Nissan znów zmieni się w wychuchanego delikatesa, któremu szkodzi zimny rozruch, jazda na gęstym oleju i zaokrąglony przedmiot leżący na tylnej kanapie.
A może to sprawka klimatu? Tylko teraz pytanie – na kogo ten warszawski klimat źle działa – na mojego Nissana, czy na mnie?
Dodaj swój komentarz
Chcesz wygłosić monolog lub wdać się w polemikę? Pisz śmiało!













RSS (wszystkie wpisy)
E-mail (powiadomienia)


heh, to trochę jak z “po cholerę jeździć po mieście samochodem”.
i w 90% jest to słuszne stwierdzenie. bo mimo wszystko MPK tańsze, nie takie znowu rzadko jeżdżące, a poza tym – ja lubię połazić i czasem nawet poczekać na powietrzy na ten durny tramwaj.
ale. ale schody zaczynaja się w momencie, kiedy trzeba szybko znaleźć się w trzech miejscach, najlepiej w tym samym czasie. no i przewieźć jakieś szmaty, żeby dało się je potem na siebie założyć i nie narobić sobie wstydu. albo jakieś paczki, niekoniecznie duże, ale no plecak można mieć tylko jeden + ew. torbę, a i to dużo.
wtedy też tramwaje nie przyjeżdżają, na przystanku siąpi deszcz ze śniegiem i biletomat znowu się zjebał (nie, nie zepsuł)…
Blogo,a klime masz w nissanie ? ;)
I kolejne pytanie ;) Tak samo zadbasz o BMW ?
Bo diesel cieplnie jest mega sprawny, chodzi o ten klekot – 50% sprawności, a reszta tak naprawdę idzie w klekot, 2% w ciepło i 48% w ten piękny głos – dlatego klekot już niedługo zostanie zmieniony na ENERGIE!
Uważam, ze to wszystko dlatego, bo pojechali w góry – a górale mają jak wiadomo bardzo praktyczne podejście do życia. Kto z kim przestaje…
Natomiast..
Gdyby familia Blogowskich pojechała do Łodzi, przejęłaby ogrom cech semickich objawiający się duszeniem grosza i kulaniem 3 godziny po mieście na dwójce szukając Maka gdzie frytki są tańsze o 20gr.
W Białymstoku 4 dni Ryba i Margolcia siedziałyby o chlebie i wodzie podczas gdy Blogo woziłby Nissanem ropę i fajki zza granicy, by wreszcie jednak wrócić do domu i zarobiony kapitał schować w szafie pod kalesonami. Życie to nie zabawa.
Za to w Szczecinie..tu Nissan miałby momentalnie skręcony licznik, silnik i lampy zmienione na poliftowe (albo cały przód i tył wspawane – bo taniej). I wróciliby z jedną Rybą na siedzeniu i pięcioma kilo w bagażniku.
Strasznie stresogenne miasto ta Warszawa. :P
Tylko sadysta zmienia biegi na zimnym oleju!
Tylko masochista przekracza 1000 RPM na zimnym silniku!
Tylko bezmózgie yeti korzysta z nieogrzanych przycisków i pokręteł!
Tylko mason kręci rozrusznikiem częściej niż 2 razy dziennie!
Uruchom. Zagrzej. Zgaś. Idź pieszo, bo to zdrowiej…
Alex – a w Gnieźnie miałby pięknie zrobioną blacharkę. tka, że z almery zrobiłaby się szpachlo-primera :D
Warszawa ani źle nie działa na Ciebie ani na Nissana. Według mnie po prostu, powoli dochodzi do Ciebie świadomość faktu, iż posiadasz nowy samochód a z tym powoli się rozstajesz.
Ostatnio też byłem na nartach, ze znajomymi. Cztery osoby w moim aucie ze sprzętem. Sam fakt rozprawiczenia worka na narty mnie denerwował – musiałem sobie tłumaczyć – kurcze, przecież od tego to jest ! Od tego to jest ! Czemu tak Ci to nie pasuje żeby ten worek tak ładnie złożony fabrycznie w tym podłokietniku w końcu użyć ! Dojechaliśmy na miejsce oczywiście padał śnieg a my się rozkładamy przebiramy wszystkie drzwi otwarte !! Skupić się nie mogłem tutaj skipasy tutaj do mnie dzwonią tutaj ktoś skipas zgubił a ja ciągle myślałem o tym śniegu co to napada do mojej Betki. To samo później z otrzepywaniem sprzętu. Każdy miał obowiązek wyczyścić wszystko szczotką którą im udostępniłem :) Wszystko wkładać na miejsce musiałem JA bo pewnie ktoś inny nie będzie wystarczająco uważał, aby czegoś nie zarysować. Po powrocie czyszczenie auta i podliczanie strat :]. Ciągłe tłumaczenie sobie, że to samochód, że to nie eksponat muzealny, że powinien właśnie też służyć do takich właśnie wypraw na narty. A nie tylko do wożenia mnie i tylko mnie bo jak ktoś inny wsiądzie to się zastanawiam czy dobrze usiadł i czy fotel odkształcił się odpowiednio pod jego ciężarem :)
Ja wiem, że samochód powinien służyć człowiekowi i ciągle to sobie powtarzam, żeby nie zamknęli mnie w wariatkowie. :)
Ale pewnie gdyby gdzieś tam czekało na mnie nowe wymarzone auteczko to o to bym się nie przejmował… tak bardzo. :) ale nie czeka więc ferie nie ferie nie wyleczyłem się z przewrażliwienia na punkcie samochodu. Dlatego idąc tym tokiem myślenia moja diagnoza jest taka, że po prostu masz swoje wymarzone BMW i to nie ono pojechało z Tobą na te ferie.
Wiesz, Ty Blogo jeszcze się zastanów czy chcesz tego Nissanka sprzedać :) bo w przyszłym roku na ferie pojedziecie pociągiem a to że będziesz dźwigał cały sprzęt na plecach nie będzie Ci przeszkadzało dopóki Twoje BMW będzie bezpieczne :P
Widzę, że zagorzała dyskusja trafiła do wpisu ;). Żeby być sprawiedliwym: nowe klekoty już się szybciutko nagrzewają, inaczej w testach miałyby masakryczne spalanie. Dlatego też ciągną olej jak głupie :).
Co do chuchania – gdybyś katował Nissana w Warszawie, to teraz pewnie ledwo dawałby radę spełnić swoje zadanie. A tak – ty w Warszawie pracujesz w klimatyzowanym biurze, on ma ferie; pod chmurką, ale jednak wypoczywa. W górach role się odwracają i możesz polegać na nim, że wytrzyma te kilka tygodni pełnej spiny ;). Nie odmawiaj mu posiadania duszy :D
@Olson – znaczy się kupiłeś za drogi samochód ;). Ja tam jestem zadowolony, jak rano w zimę nie muszę skrzybać szyby… od środka :D.
Bo góry to góry :) A wyjazdy narciarsko-snowboardowe to z mojego własnego doświadczenia jedne z najlepszych sprawdzianów dla samochodów. To tutaj się okazuje kto jest naprawdę praktyczny, a kto tylko jest tylko nadmuchaną, wielką lalką.
Kto ma delikatniejsze wykończenie i ot, lekkie przerysowanie ostrą krawędzią oznacza przecięcie ;)
I wiecie co Wam powiem, że np. Seicento potrafi wziąć całkiem wygodnie trzy osoby ze sprzętem – bez bagażnika na dachu.
Góry FTW ;)
BTW Blogo, jeździsz w wiązaniach Rossignola – srsly? ;)
chłopaki, to tylko swiadczy o tym, ze za malo aut zescie mieli;) gdzies tak po 10ym nie ma juz problemu-dbasz ew. tylko o to co bedzie mialo znaczenie przy sprzedazy ;) :) a jak po drodze byly jeszcze ze 3 sluzbowe, to sprzatasz tylko jak cos gnije;)
@cezz: Klimę mam. A o 323i chcę zadbać lepiej, acz zmienić siebie nigdy nie jest łatwo.
@Olson: Nie, to nie to. Zawsze na feriach mój Nissan miał przerąbane.
@Miko: Wiązania są Juniora (pal licho markę – są niezniszczalne i dociągania działają lepiej niż w Drake’ach), a Nidecker jakiegoś jego kumpla. Ja sprzętu nie mam, poza butami. Kiedyś dawno miałem zawsze “służbowy” lub testowy, i od tamrej pory nie potrafię sobie nic na stałę wybrać.
/sorry za offtop/
haha, się umiesz ustawić ;) W sumie też miałem jeden cały sezon, który prześmigałem na testówkach z pewnego sklepu. Ma to korzyści, bo deska zawsze taka jak potrzeba a i nie boli Cię jak po kamieniu przejedziesz.
Jak masz problem z wyborem deski to… kup sobie dwie! ;)
Co do wiązań to miałem dokładnie te same Rossignole i nie wspominam ich jakoś bardzo źle, ale od kiedy zasmakowałem Ride’ów i Rome’ów to inne marki wiązań nie istnieją.
Z innej beczki, jak byłem młody i głupi to zrobiłem sobie set Burtona Step-in, to były najgłupiej wydane pieniądze w moim życiu.
Swoją drogą, chętnie ustawiłbym się z Tobą kiedyś na stoku Panie instruktorze PZS (pfff;)
A twardej kiedyś próbowałeś?
@Olson, jakże bliska jest mi twoja filozofia!
Zima to ciężki czas dla każdego samochodu i kierowcy. wszędzie śnieg, sól i wilgoć która pragnie wejść w każdy zakamarek twojego samochodu. codziennie patrząc na auto czekam na temperature wystarczającą żeby je umyć i posprzątać bo wiem że ta sól i brud go boli.
@Olson
Masz rację.
Za wsiadanie w butach narciarskich i to jeszcze tak zaśnieżonych jak na powyższym zdjęciu, chyba bym zabił, albo przynajmniej zaprezentował swoją dezaprobatę słownie:) Wyczyszczenie sprzętu ze śniegu to również podstawa i w sumie robi to dobrze i autu i sprzętowi, bo suchy sprzęt=niezardzewiałe krawędzie. A tak to wsadzisz cały w śniegu sprzęt do auta, później dalej taki mokry zostawisz w narciarni i jeśli będziesz tak robił systematycznie to rdza zacznie robić swoje.
Ale bez względu jak bardzo zwracasz uwagę na szczegóły to czasem coś nieprzewidzianego się wydarzy, czegoś nie skontrolujesz odpowiednio i pojawiają się straty. Dlatego wyjazdy narciarskie to ciężki test dla samochodów i ich właścicieli.
@Miko: Jak się jest w górach samemu (lub w gronie dorosłych), to można chuchać, głaskać i w pokrowcu wozić. Ale jak masz pod opieką 7-letnią trąbę powietrzną, to trza się cieszyć tym, że się kluczyków do auta nie zgubiło, a nie na śnieg pod butami uwagę zwracać.
tekst z zycia wziety. podobnie jest u mnie. wyjazd w czeskie karkonosze. pierwsza tak dluga wyprawa autem, ktore mam od niecalego roku. trzy osoby + sprzet. strach czy nie zawiedzie. na miejscu warunki okropne. poruszanie sie wylacznie na lanuchach. znowu strach. co te lancuchy moga zrobic mojemu autu jak zle je zaloze? jazda na milimetry gdy na drodze ktora jest tunelem w ponad metrowej warstwie sniegu musisz minac skibus, za ktorego kierownica siedzi klon Makkinenna lub Mcrae. wszechobecna wilgoc i zaparowane szyby przez mokry sprzet w aucie. jednak na takim wypadzie to wszystko nie jest problemem. masz gory, snieg i radosc z jazdy z rodzina lub znajomymi. auto po prostu wykonuje swoje zadanie do ktorego bylo stworzone. ulatwia ci zycie. po powrocie – resztki jedzenia z trasy – frytki, paluszki, puszki po redbullu. pod fotelem, na fotelu, na dywnikach, w meszku galki biegow jakies kawalki wafelkow. na spokojnie sprzatam w garazu caly balagan i dziekuje lagunie ze mnie nie zawiodla. w nagrode dostaje nowy olej i przeglad zawieszenia. teraz jej ufam i czekam na kolejna wyprawe.
@Blogo: ja na Drake`i nie narzekam ;)
@Blogo
Jasna sprawa, nie jeden raz oglądałem takie obrazki na żywo kiedy byłem na desce ze znajomymi i ich pociechami.
Ale za brak odpowiedzi na koment o snowboardzie to foch normalnie :P
@Radek
Kilka godzin porządnej jazdy i do tego jeszcze dobra ekipa daje taki fan, że choćby i auto w płomieniach stanęło to banan z gęby nie schodzi i o to w tym chodzi :)
@Miko: Twardej próbowałem (na testach Hot), ale to nie mój klimat. W step-inach też jeździłem, ale j.w. A za “pffff” to zaraz ja strzelę focha. I nie wyzywaj mnie na stoku, bo ja ważę 97 i nawet pod górkę przyspieszam ;)
Nie zgadzam się :D moje e46 2l diesel m47 ma lat już 12, przebiegu pewnie ze 400 tyś chociaż na liczniku 120 :D przy temperaturze teraz jaka jest u mnie czyli ciut poniżej zera jadąc na uczelnie mam 5.5 kilometra po mieście czyli jakieś 10 minut jazdy czasowo. Zanim nie wyjdzie z niebieskiego pola nie przekraczam 2tyś obrotów, potem max 3. Jak dojeżdzam na parking mam wskazówke w pionie. Nie mam webasto, mam tylko elektryczny podgrzewacz, oba sprawne termostaty i dobrze odpowietrzony układ :)
niejeden się zdziwił jak szybko ciepło leci ze starego ropola :P
2-3km na rozgrzewkę;) 3.0d ;) + elektryczny podgrzewacz :)
A ja swojego ZS nagrzewam nadkładając jakiś kilometr, ale zajeżdżając na podjazd pod górkę. Zaczynam na piątce, kończę na dwójce i wskazówka już na 80-90 Celcjuszach.
Niespecjalnie daję wiarę w to (przysięgnijcie na awarię dwumasy, turbiny i FAP!), że Diesle w temperaturze mniej więcej -5 st.C. są w pełni nagrzane po 3 kilometrach.
Przez rok miałem nowiutkiego Focusa 1,8 TDCi (115KM) i po 5 km to wskazówka dopiero zaczynała się podnosić ze wsporniczka. W pełni nagrzany silnik był po 15 kilometrach albo i jeszcze później.
Jak go nagrzewałem? Ot po prostu – jechałem z rana do pracy w niewielkim korku, takim drugobiegowym, czyli 30-40 km/h.
A mój Nissan (też 1,8) w pełni ciepły jest już przy wyjeździe z Ursynowa, czyli po mniej więcej 1,5 km od wyjazdu z parkingu. Przy -5 st.C również.
Nie, nie twierdzę, że to zaleta silników benzynowych, bo słabo jest przerabiać drogą wachę na zwykłe ciepło. Tak tylko się sprzeczam, bo Wam nie wierzę, normalnie nie wierzę! ;)
Szwagry wy moje, potrzebuje rady.
Wiem, to kompletny i perfidny offtop, ale przynajmniej o samochodach.
Czy można jeszcze znaleźć dobre, zadbane, nie zjechane e36?
Strasznie mnie kusi takie proste, mocne i bez zbędnej elektroniki auto. Prawdziwe auto do szaleństw, z przyjemną geometrią, manualem i benzynką? Tak, tak, nie w dieslu, ale w benzynce.
Powiedzcie proszę, za ile mogę znaleźć dobre 323i/328i w touringu?
@Blogomotive
A na trójce nie dało rady jechać? Większe obciążenie to więcej ciepła.
jak ja kupowałem diesla (1.9dci) to miałem 30km z hakiem do pracy w jedną stronę i do tego często nadprogramowe kursy.. Teraz mi się tak pozmieniało że mam niecałe 9 do biura, więc jak jest spory mróz to akurat strzałka jest w połowie skali jak gaszę silnik, a i to pod warunkiem że się złapałem 2x na czerwone w trakcie.. Wkurza mnie już to dieslowanie swoją drogą, jakby nie ważniejsze sprawy to bym sprzedał i kupił benzyniaka..
Blogo!
Dzięki za ten wpis- już myślałem, że tylko ja jeden tak mam! Obawiam się jedynie, że jestem większym ortodoksem od ciebie- wstawiam auto do garażu codziennie (garaż mam ponad 2 km od domu) nawet wtedy, gdy z rana następnego dnia będę gdzieś śmigał. A i najważniejsze- żadnego jedzenia w aucie!!! Niestety, ferie na mnie nie działają tak jak na ciebie- nie zmieniam zasad…
@Kierowca_Bombowca — ok 13-14 tys.
@Kierowca Bombowca – radziłbym poszukać kombiaka ze słabym silnikiem – (316/318) i zrobić swapa (koszt ~3tys.)
Baaaaaardzo mało jest e36 w kombi w naprawdę dobrym stanie.
@bazylfox
Swap z prawdziwego zdarzenia nie ma szans zamknąć się w trzech tysiącach. To koszt samych bebechów. Dodaj jeszcze fakt, że trzeba wymienić układ hamulcowy – 316 miały z tyłu bębny i zwykłe tarcze z przodu, mocniejsze wersje miały tarcze na obu osiach a na przodzie tarcze wentylowane. 316 ma akumulator pod maską, a mocniejsze wersje w bagażniku…Bez rzeźby się nie obędzie.
@kierowca bombowca – 3000E w górę, w DE
w PL lepiej nie szukać, sam choruję na 328 touring i z polskich ofert się wyleczyłem, tylko ta akcyza :/
@Józef Piłsudski : z tymi kosztami może rzeczywiście poleciałem – u siebie dałem 3,2k za goły słupek z komputerem (z 323 na 328)
Ale wg mnie teraz to jedyne rozwiązanie, bo jak widziałem obecną ofertę na rynku…
Zastanawiam się czy warto kupować pełnoletni samochód za taką kasę. 3000euro to około 13 tysięcy, dokładając 3 można mieć e46 z fajnym silnikiem na przykładzie Blogo :)
A sedan? Przeboleje wygląd, da się coś znaleźć -+7000?
…wsiadłeś na deskę? Kostka już się zagoiła?
Strasznie zapuściłeś tego Nissana w czasie ferii. Nie wiem jak ty go teraz sprzedasz… ;)
Ostatnio czytałem instrukcję benzynowej skody i napisane tam było coś w stylu, że używanie auta na odległości poniżej 4 km to mordowanie silnika.
w instrukcji od e46 jest napisane, że uklad ASC dziala tylko w obrebie praw fizyki ;)