(m342) Kochać, jak to łatwo powiedzieć…

(by PoGOOD)

Przez ostatnie parę dni cały czas wracaliśmy do samochodów, które były mało sensowne (dla rozumu), ale za to cholernie atrakcyjne dla ego / poczucia piękna / dobrego samopoczucia właściciela [niepotrzebne skreslić].

 

Co chwila padały marki – marzenia każdego mechaniora z prawdziwego zdarzenia… Lancia, Alfa, Saab, stare – skomputeryzowane na poziomie Atari – “japończyki”, czy wręcz – ikona laweciarzy – stare Jaguary z elektroniką Lucas’a.

Pośród tej masy “wózków marzeń”, pojazdów co to mają wy.ebane i im podobnych, zabrakło jednego, który jest klasą sam dla siebie…

Zabrakło oryginalnego, starego MINI !!!

Jeśli ktoś z Was – tak jak ja – ślini się na samą myśl, żeby takim “staruszkiem” jeździć na co dzień – bo przecież się da, to jest prawdziwa motoryzacja, a nie te wasze skomputeryzowane popierdółki – niech przeczyta poniższy tekst. Nie jest krótki – oj nie. Nie jest łatwy dla co wrażliwszych budżetowo fanów marki. Ale… nie uprzedzajmy faktów…

To krótki wywiad / historia miłosna / horror opowiadający o czystym związku mężczyzny z… legendą. I o tym co ich poza krainą baśni spotkało…


Występują:
ON – młody student prawa, który w czasie trwania tej historii stał się młodym prawnikiem, chłopak na dorobku, ale z fantazją…

oraz

LEGENDA: – MINI rocznik… stary, stan… sami przeczytacie, charakter… oj ma ci on charakterek, ma…


NARRATOR:
Jak się poznaliście?

ON:
Ogłoszeń przerzuciłem dużo, ale raczej pod kątem szukania “odstępstw od normy”, bo wtedy wróciłem z 8 miesięcznej londyńskiej emigracji – i wydawało mi się, że o Mini’akach coś wiem… [kwaśny uśmiech]
Obejrzałem dokładnie i kupiłem to jedno auto. Sprowadzone ze Szwajcarii, w solidnym stanie, z książką i co najważniejsze – dużo kosztujące, bo za ok. 10’000,- zł gotowe do rejestracji Mini to żadna okazja. Myślałem, że jak zapłacę solidną cenę, to dorwę solidny wózek… Oczywiście było jeżdżące i bez parchów, ale to było 5 lat temu [następny gorzki uśmiech].

NARRATOR:
Jakieś grubsze naprawy czy tuning:

ON:
Jasne, ale jak juz się k**a zaczęło, to… Zresztą sam posłuchaj…

Miniak wciąga, a jest dość delikatnym autem. Nim się zorientowałem o tej właściwości Miniaków, to już sama nauka “skandynawów”, “power slide’ów”, i “altonenów” była w zaawansowanym stadium. Mimo rajdowej legendy Mini z czasów dawnych rajdów Monte Carlo, taka jazda, a zwłaszcza jazda zimą, dopierdziela je ponad miarę. U mnie skończyło się to na:

– uszczelnianiem silnika (“ino się zgrzał”),
– wymianą całego sprzęgła (“ino się sfojczyło”),
– wymianą amorków (“ino cieknom”) na gazowe KYB,
– wymianą gruch (“ino zdychły”),
– wstawieniem hi-low,
– wymianą całego wydechu (kat się zapchał i mini prawie poszło z ogniem, pamiętny nauczki wstawiłem mu po tej akcji strumienicę udającą kata),
– wymianą zawiasu – wszystkie gumy na polibusze + końcówki itp.

Widzisz – z Mini jest tak, że jesli nawet czegoś jeszcze nie potrzeba robić, to i tak “przy okazji opłaca się” zrobić drugie, bo skoro już wszystko na wierzchu… A konto cieniutkie.
Gdy już myślałem, że to koniec wydatków, to się coś rąbało w elektryce silnika, gdy zrobiłem kable, to po kolejnej zimie już trzeba było robić parchy na blachach (piasek, sól, kamienie itp). Wszytko byłoby pięknie, gdyby na tę listę płaczu nie przypadło jedynie ok. 20’000 km przejechanych przez 5 lat!

NARRATOR:
No dobra – rozumiem w takim razie, że Mini to kompletna kaszana i może zabić każdy budżet?

ON:
NIE, ABSOLUTNIE NIE! Dla pocieszenia właścicieli zmęczonych duperelami, wszystkie części są bardzo łatwo dostępne, kosztują mniej niż odpowiedniki do Golfa IV, a miałem go równolegle z Mini, więc wiem. Ceny części są do przyjęcia.

NARRATOR:
To jest jakaś metoda na tego “kasowego-głoda”?

ON:
Taaa… Miniaka polecam robić u znawców tematu. Ma to minusy, bo się panowie cenią i nie ma rabatów dla stałych klientów, bo każdy jest stałym! :)
Wszelkie tematy które robiłem poza ich pajęczą siecią, i tak kończyły się u nich i to zwykle 2 x drożej… Bo zwykły “kowal” będzie się uczył na Twoim wózku, a Ci już się nauczyli – na poprzednich klientach.

NARRATOR:
Jakiś przykład?

ON:
A jaki chcesz?

Na przykład – kombinatoryka z nowymi zaciskami hamulcowymi, wyszukanymi na anglielskich forach i sprowadzanymi z Wysp skończyła się piskiem, ściąganiem i… powrotem do oryginałów…

W silnikach z wtryskiem MPI jest jeszcze niuans alarmu i immobilizera, więc musiałem raz wieźć Miniaka do Nowego Miasta nad Wartą, aby dorobić pilota, bo w okolicach Wrocławia nikt się tego nie chciał podjąć, bo wiedział, że i tak nie podoła.

I takie tam…

NARRATOR:
OK – na Wyspach uważa się stare Mini za genialny wózek na co dzień. Co Ty na to?

ON:
Miniakiem – jak się uprzeć – można jeździć co dzień (latem, zimą – bez różnicy), ale jest wrażliwe na zimę, bo łapie rdzę. Faktycznie mało pali, bo moje 1.3 MPI, które ma ok. 70 KM w “mieście” przy dynamicznej jeździe zamyka się na poziomie ok. 7-9 l/100km.
Poza tym jest fajne bo zwinne i wszędzie się wciśnie… ale jest źle, że jest małe, bo ciasno;)
Fajnie, że twarde, bo po zakrętach zasuwa jak wózek po wesołym miasteczku i źle, że twarde, bo plecy bolą.

NARRATOR:
No dobra – tak na chłopski rozum. Czym to Mini w końcu jest – prawdziwym samochodem, czy “dużą broszką”?

ON:
Mini to zabawka wieczorno-weekendowa i to gdy nie ma śniegu i gdy nie pada.

NARRATOR:
A czym się tak naprawdę różni od dzisiejszych małych samochodów klasy Pandy, Aigo czy Yarisa?

ON:
Oprócz paliwa i płynu do spryskiwaczy, trzeba pamiętać o częstym serwisie – kontrola poziomu oleju, smarowanie zawieszenia itp. Bo on nie ma kontrolek, longlife’ów i reszty “pomocnych gnomów”…

NARRATOR:
To powiedz – tylko szczerze – powtórzyłbyś tę znajomość?

ON:
Czy kupiłbym je jeszcze raz…. No i tu jest problem bo… TAK! :)

Żadne auto jakie miałem i jakie mam, nie wzbudzało tyle pozytywnych emocji i to zarówno moich jak i osób trzecich. Miniaka warto garażować, bo ci się za to odwdzięczy.

A już Mini i dziewczyny to zupełnie osobny temat;-)

NARRATOR:
To jak w takim razie nie zrobić sobie krzywdy kupując Mini dla siebie?

ON:
Co do strategii zakupowej to polecam wyłącznie dwa rozwiązania:

a) kupujemy parcha za jak najmniejsze pieniądze i za ok 30’000,- zł przy obecnych cenach, robimy z tego nowy samochód. W każdym detalu taki jaki chcemy. 30’000 to rozebranie auta co do śrubki, piaskowanie, wymiana wszystkiego co boli, (a blacha w Mini boli….) i poskładanie go od nowa, pod nasz gust.

b) kupujemy nietanie auto, po ww. renowacji od kogoś kto go kocha, ale się rozwodzi lub egzemplarz w co najmniej bardo dobrym stanie.

Stan Mini łatwo zdiagnozować, bo widać czy to “pic i plak”, czy solidne auto od kogoś kto serwisował i robił uczciwie. Bo taki gość zawiezie tam gdzie robił swoje naprawy, i zwykle będzie to uznany spec w dziedzinie i tam całym autorytetem zostanie zaświadczone, że znają to Mini i bo jego właściciel klęknął u nas na 120% ceny którą teraz od Ciebie chce, więc bierz bo auto masz gratis, ba nawet z dopłatą ;-)

A – i jest jeszcze jedno rozwiązanie…

c) odradzam wszelkie stany pośrednie, np. wygląda całkiem OK, ale kończy się opcją “a”, tyle że był 3 razy droższy w zakupie niż parch za 2’500 – 3tys :)

NARRATOR:
A tak na serio – faktycznie kupiłbyś go znowu?

ON:
Jasne! Jestem najlepszym przykładem działania tego wirusa. Tego, że Mini wciąga…
“Sprzedawałem je” w myślach już pierdylion razy – za każdym razem gdy wstawiałem go do warsztatu. Ale jak już je odebrałem, to znów je kochałem, bo jeździ zajebiście….

Osobnym tematem jest pytanie komu go sprzedać? Bo oddać je byle komu – szkoda ;-)

Zawsze myślę, że fajnie jakby go wziął jakiś student – jakim byłem ja, gdy go kupowałem. Kolesiowi podskoczą notowania wśród kumpli, bo pokaże, że ma “cojones”, a poza tym – podwoi, ba – potroi liczbę randek…

Bo czy starymi Mini jeżdżą cwaniaki;)?


Po tych słowach ON popatrzył czule na bordowy lakier swojej LEGENDY i przeszedł kilka kroków w bok… aby podnieść maskę swojej nowej miłości…

Też jest z Wysp, też ma humorki, ale… o tym już następnym razem ;)

 
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

PS. Autorem tego wpisu jest PoGOOD, który zgodził się mnie zastępować podczas ferii zimowych. Wiem, że On to nie ja, ale lepsze jego wpisy niż żadne ;)

15 komentarzy

  1. Gonię na codzięń Granadą z 83 i nie ma się co bać zabytków. Mi się tym jeździ lepiej. Bez pieprzonych kontrolek, zbędnej elektroniki, co padnie jestem w stanie naprawić sprawnie i tanio. Aczkolwiek to jest domniemanie, bo nigdy mi nic na trasie nie padło, wszystko co sporadyczie się działo było sygnalizowane dużo wcześniej i można było spacyfikować na luzie :)

  2. @PoGOOD Elektronika w autach to jest mega temat na kilka wpisów. Sterowanie autem wymaga dzisiaj mocy obliczeniowej jakiej kilka lat wstecz używano do pilotowania łodzi podwodnych albo sterowania elektrowniami atomowymi. Dzisiejsze auta zaczynają zaprzeczać prawom fizyki pod względem jazdy ale…

    jak mi pan w BMW prezentował dedykowane aplikacje do znanych portali to stwierdziłem, że uwielbiam moje auto za to że nie ma nawet wbudowanej nawigacji.

    Ostatnia firma która ma fajna filozofię to Porsche – jeden przycisk – jedna funkcja.

    Szacun dla właściciela Mini za pasję w utrzymaniu auta w super stanie.

  3. @ Beddie :

    Wiesz jak dopiec… Oj wiesz…

    Powiedz jeszcze, że to kombi to cię normalnie…

    One miały MEGA STAJL!!!

  4. @ Tr0n :

    Poczekaj na jeszcze dwa jego wynalazki… TO JEST PRAWDZIWY ŚWIR – w dobrym tego słowa znaczeniu, który wie, że dopóki go Bozia dzieciakami i psem nie obdarzyła, ma czas na moto-szaleństwa z przytupem…

    Oj jak ja żałuję, że w podobnej sytuacji rodzinnej, oprócz słóżbówek nie kupiłem sobie czegoś odpalonego…

    Było by co wspominać w długie zimowe wieczory… A tak – trzeba wierszówką u Blogo na chleb zarabiać… ;)

  5. @ osclbn :

    Żaden ze mnie fachura od Brytoli, ale mam niejasne wrażenie graniczące z pewnością, że Mini Morrisa (a właściwie Morrisa Mini) od Austina Seven dzieli jakieś…
    – 30 lat
    – napęd
    – epoka
    – konstrukcja nadwozia

    A łączą tylko:
    – przydatność na codzień
    – podejście “no nonsense – no bullshit”

    ;)

    Zerknij no chłopie raz jeszcze do netu… ;)

  6. PoGOOD, sedan w czarnym macie z rzędówką, z wypasu tylko drewno na desce i eltktroniczny zegarek, ale to jest classic daily driver. Do pieszczenia mam oryginalnego Taunusa TC2, którego zaczynam wreszcie robić, a tak bez sensu to Oldsmobile’a Eighty Eight. W następny weekend jadę po Wołgę jeszcze ;) Kombiak mi się przewinął przez chwilę, z 2.3V6 pod maską, ale straszny to był trąd…

  7. @ Beddie :
    Taki los kombiaków – szczególnie tych starych, z prawdziwą paką, a nie “modnym tyłeczkiem”. Wiem co mówię, bo moje kombi V50 ma Kufel mniejszy od sedana S40…

    Dlatego dziś praktycznie nie spotkasz Omegi A sedan, a kombiaka z drabiną na dachu – jak najbardziej…

    Szacun Chłopie za kolekcję!

  8. @PoGOOD
    “Nazwa Mini nie pojawiła się od razu. Pierwsze egzemplarze były dostępne pod dwoma markami należącymi do BMC – Austin i Morris. Nazwa Austin Seven (czasami zapisywana SE7EN we wczesnych publikacjach) przywoływała popularnego małego Austina z przełomu lat 20. i 30. XX wieku.”
    źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Mini

  9. Uuuu, fajna rzecz takie Mini. Choć nie dziwi mnie fakt, że przy hoonowaniu zwykłym Mini wszystko się posypało – w końcu na Monte Carlo wygrywało, ale to były Coopery, do tego nie takie zwykłe :). Morrisy były takim Daewoo Tico swojej epoki, więc i tak super że prowadzą się dobrze.

    Sam bym nie uderzał Miniacza – obstawiam, że zmieszczenie się do niego przy 195cm graniczy z cudem, a o komforcie prowadzenia można zapomnieć :).

    Tylko co może być tym drugim brytyjczykiem… MG GTB? :D

  10. Hehe, próbowaliście włożyć na tylne siedzenie miniaka monitor 17″ CRT?

    Fajnie się wysokim osobom, bo dzięki szerokiej kierownicy kolana przykrywają Ci uszy :)

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *