#338 A w Paryżu… bolał mnie ząb (1/5)

Bążur Szwagierki, Szwagry i pozostali kochani czytelnicy. Nawet nie wiecie, jak się za Wami stęskniłem! Paryż jest fajny, ale ile można – 12 dni to lekka przesada! Miało być krócej, ale się Ryba uparła – że niby to magiczne miasto, nasze miasto, pełne naszych wspomnień, świeczek zapalonych “w intencji” i znajomych gotowych się z nami wieczorami spotykać i po dzielnicy łacińskiej szwendać. Wiecie – takie tam ezoteryczno-emocjonalno-hedonistyczne ąę.

Ale nie narzekam – co się aut naoglądałem, innej kultury nałykałem i przemyśleń nazbierałem, to moje. I jeśli nie macie nic przeciwko temu, to się tym wszystkim z Wami podzielę. W licznych odcinkach – bo dawno nic dłuższego nie napisałem.

No właśnie. Ci z Was, którzy za nic mają swoją prywatność, mogli czasami coś na fejsie z naszych wakacji obejrzeć. Ale to nieliczne grono, więc by reszta nie czuła się pokrzywdzona, całe paryskie przygody będę ilustrował fejsbukowymi fotkami. Kto nie widział, ten wreszcie zobaczy, a kto widział, to niech je sobie przypomni. Skoro lubimy te piosenki, które dobrze znamy, to może ze zdjęciami jest podobnie.

Dziś tylko lichy wstęp, takie byle co – ot, zawiązanie akcji. A zatem…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Każdy chyba w liceum na Mikołajki dostał taką książeczkę pt. “Prawa Murphy’ego”, zawierającą sami wiecie co: jak coś się może nie udać, to się nie uda, jak coś może spaść, to spadnie, jak ząb może się zepsuć i mordę uraczyć opuchlizną wielkości mandarynki, to się zepsuje i uraczy w noc poprzedzającą wylot na wakacje. No i właśnie ja o tym zębie chciałem.

Nie pamiętam, kiedy dokładnie wyrosła mi lewa dolna szóstka, ale dokładnie pamiętam, kiedy się jej pozbyłem. W minioną środę, 29 sierpnia o 19:20 – przeuroczy dr Wójcik wydłutował mi ją z taką werwą, że do dziś bolą mnie zawiasy żuchwy. Ale to nic w porównaniu z bólem, który ten ząb serwował mi przez 12 dni paryskich wakacji.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

– Kładź się, bo jutro pobudka o czwartej – powiedziała Ryba gasząc lampkę.
– Oj – powiedziałem.
– Ty skinheadzie – ziewnęła i usnęła.
Ja nie spałem. Ząb mnie bolał tak, że lewe ucho miałem tak zdrętwiałe, że mogłem sobie leżący obok na szafce nocnej długopis wkładać w nie aż po sam prztyczek, a bólu nie czułem. Gdy o 4 rano zadzwonił budzik, ja właśnie przekręcałem się na prawy bok, próbując wreszcie zasnąć.

Na lotnisku wszystko przebiegało standardowo – Ryba z Margolcią przez kontrolę przetarabaniły się migiem, wbiegły w bezcłówkę i tyle je widziano. Tymczasem ja drugi raz uruchamiałem alarm w bramce wykrywającej metale. Klucze, portfel, telefon i pasek jechały już na taśmie prosto w gardziel prześwietlarki – a ja mając na sobie tylko bawełnę i trochę gumy na podeszwach butów, alarmem zmuszałem lotniskową obsługę do kładzenia rąk na kaburach.

– Proszę stanąć tu z boku – powiedział potężny gość w gumowych rękawiczkach i zafundował mi bardzo dokładne macanie, szczególnie intensywne w okolicach intymnych – pewnie ze względu na dość luźne spodnie z krokiem tak niskim, że mógłbym tam minę morską z tymi jej kolcami schować, bez uszkadzania moszny. Ale jak niby mam mieć spodnie wysoko, skoro pasek właśnie przejeżdża przez skaner?!

– Proszę przejść ponownie przez bramkę – powiedział i gdy znów uruchomiłem alarm, nieznoszącym sprzeciwu gestem wskazał mi małe pomieszczenie z oknami w kolorze mleka. Wszedłem i od razu zauważyłem, że nie ma tam żadnych kamer – normalnie jak w tej klitce, do której zabrali mnie niedawno ochroniarze Reala, bo im się ubzdurało, że papierek ze zjedzonego na sklepie batonika wyrzuciłem, zamiast zapodać go kasjerce do odskanowania. Ale to inna historia, nie ma co w dygresje wchodzić.

A zatem by nie przedłużać – okazało się, że alarm powodował siedzący głęboko w moim uchu metalowy długopis – ten z nocnej szafki. Się nim w nocnym otępieniu bawiłem i na śmierć o nim zapomniałem. Zdarza się każdemu. Do pomieszczenia zawołano miłą panią, która swoimi tipsami delikatnie uchwyciła ledwo widoczny w małżowinie prztyczek i powoli wyciągnęła długopis. Niestety nie pozwolono mi go zabrać. Szkoda – drugiej tak ładnej reklamówki Prostamolu Uno pewnie już mieć nie będę. Tą miesiąc temu zwędziłem lekarce, gdy wypisywała mi receptę na czop… Ale ja nie o tym chciałem.

Koniec końców znaleźliśmy się w samym centrum Paryża – strefa 1, stacja Trocadero, tuż obok wieży Eiffla. Błysk dym – 2 godziny lotu i 5 godzin pozostałych podróży (wliczając w to bezsensowny przepis wymagający bycie na lotnisku na 2h przed odlotem) i oto jesteśmy w centrum wszechświata.

Mieszkanie mieliśmy wynajęte na obrzeżach Paryża (Argenteuil), ale postanowiliśmy od razu po przylocie, objuczeni bagażami, pokazać Margolci wieżę Eiffla. Więc wytarabanilismy się z metra i… cudem uniknęliśmy śmierci. Paryżanie mają głęboko w bagietce sygnalizację świetlną i bardziej niż na zielonym, przechodzą przez ulicę na każdym innym świetle. A nam, zmęczonym podróżą turystom, udzielił się owczy pęd. Ale o ile oni wszyscy nagle podbiegli i rychło wskoczyli na krawężnik, o tyle my ciągnąc za sobą nie do końca dobrze działające torby na kółkach, wysłuchaliśmy symfonii klaksonów i inwokacji z wieloma pli, plą i mehd.

Moje środki przeciwbólowe leciały w luku bagażowym, więc nie mogłem nimi w czasie lotu zgłuszyć rwącego zęba. Wziąłem je niedawno i jeszcze nie zaczęły mnie zmulać, więc szóstka promieniowała mi paraliżem totalnie na cały czerep. Coś tam widziałem przez prawe oko, ale raczej jak mucha – ciemne i jasne plamki, tylko kupy na czerwono.

– Przepraszam, gdzie jest wieża Eiffla – spytałem po angielsku przechodzącą obok kobietę.
Spojrzała tylko na mnie dziwnie i poszła, a ja usłyszałem prawym uchem (lewe było w pełnym odrętwieniu) jak Ryba zamaszystym facepalmem rujnuje swój makijaż i tłuści okulary. Wieża była za mną.
– Wstyd nam przynosisz.
– Taką mam filozofię.
– E?
– Uważam, że coś, na co nie patrzę, nie istnieje. Tworzy się dopiero wraz z moim spojrzeniem.
– Masz gorączkę.

Dotknąłem się do skroni i syknąłem z bólu. Na dwóch palcach momentalnie wyskoczyły mi wielkie, nabrzmiałe osoczem bąble.
– Przebijesz mi je? – wyciągnąłem dłoń do Ryby.
– Biegnę, kapcie gubię – powiedziała i mocno chwytając Margolcię za rękę, ruszyła w kierunku schodów biegnących w dół ku fontannie, szepcząc córce do ucha coś w deseń, że do tatusia nie zawsze trzeba się przyznawać.

Zostałem z bagażami. Na skraju omdlenia. Upadłem. I wstałem, by znów upaść. Przewróciłem się na plecy, bezgłośnie poruszając wargami. “Co mówisz?” – spytałem sam siebie. Znów poruszyłem wargami. Przykucnąłem nad sobą, przybliżyłem ucho do swoich ust i uciszając gromadzących się wokoło turystów, usłyszałem:

“…na ziemię powaleni, wstajemy nie giniemy…”

“Dasz radę!” – powiedziałem pomagając sobie wstać. Chwyciłem lewą ręką bagaże, prawą siebie pod ramię i ruszyłem chwiejnym krokiem w kierunku schodów prowadzących w dół ku fontannie. Wszechobecni turyści rozstępowali się na boki robiąc nam miejsce – parze dwóch niemałych chłopów, którzy z trudem szli powłócząc nogami. Mógłbym przysiąc, że za nami znajdowała się wietnamska dżungla pełna partyzantów, że wokoło nas świstały kule, że ja zostałem trafiony w pośladek, a mimo to dzielnie ciągnąłem omdlałego siebie pod ramię ku schodom, ku fontannie, ku życiu.

“Dasz radę!” – krzyknąłem do siebie i przyspieszyliśmy. Było ciężko i gorąco, a bagaże nie ułatwiały sprawy. Ledwo dawałem radę siebie nieść, byłem naprawdę ciężki. Na chwilę pociemniało mi w oczach, na szczęście tylko na chwilę. Przystanąłem i sobie otarłem pot z czoła, a sobie pianę z bezgłośnie poruszających się warg. Głęboko odetchnąłem i ruszyłem dalej. Widziałem podwójnie – ale to nic niezwykłego, przecież było mnie dwóch…

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A w Paryżu…
…bolał mnie ząb
normalnie umarłem
byłem rasistą
nudy w Luwrze
…cdn.

24 komentarze

  1. 29 września? To całkiem zeszła środa ;)

    Na dwóch palcach momentalnie wyskoczyły mi wielkie, nabrzmiałe osoczem bąble.
    – Przebijesz mi je? – wyciągnąłem dłoń do Ryby.

    Tego się nie przebija! To je surowica!

  2. @Szczypior: Poprawiłem. Się mi miesza, bo teraz zamiast zęba mnie dziura po nim boli.

    @Michał: Skombinuję sobie nowy – z logiem Vitasteron albo Erectavit czy inny Permen ;)

  3. Paryz uczy, Paryz bawi. Gdybys zrobil tak jak koledzy Francuzi czyli zostawil na luzie i bez recznego to zderzak bylby mniej obtarty. To nie wazne, ze auto by stalo przesuniete prawie dwa tyg :)

  4. a ja sie dziwię że nie ma na głównej informacji o największej imprezie września – Summer Cars Party – to już 15 września! Dla zainteresowanych – stronę można łatwo wygooglowac :)

  5. Ipad to świetna sprawa od czasu co go dostałem nie włączam nawet laptopa . Mam pytanko siedząc w norwegi szukam na finn.no BMW e46 dla mnie i tam podane są numery VIN i w jednym BMW co mi sie podoba po rozkodoowaniu numeru vin pisze “brak konserwacji pokrycia zew” czy oznacza to ze nawet nie mam po co jechać 600km bo podwozie będzie jak w tym BMW co oglądał Blogo? link dla przypomnienia
    http://www.blogomotive.pl/index.php/2011/12/15/271-rdza-jest-bezwzgledna/

  6. Za czasów E46 powszechne było zabezpieczanie nadwozia woskowym konserwantem na czas transportu i przestoju na stocku. Wiele marek stosowało takie rozwiązanie. Dealer przed wydaniem auta, mył je gorącą wodą. Dziś już się tego nie stosuje.

  7. e tam, stosuje się :) jak masz (pierwszy wlasciciel) kasę :)

    z mojego vinu..:

    9AA EXTERNAL SKIN PROTECTION

  8. Dziękuje za odpowiedz Busines . Czyli oznacza to ze auto co mi sie podoba nie bedzie mniej zabezpieczone przed korozja ? Bedzie jak zwykle e46 z pokryciem konserwacyjnym ponieważ to pokrycie zmywane było jak wyjeżdżał sąmochod do pierwszego właściciela. Dobrze zrozumiałem ?

  9. dobrze zrozumiałeś… ackzolwiek ja słyszałem ze tu chodzi o taki pokrowiec co się zakłada… bede u dealera to zapytam

  10. Dominik jak już będziesz wiedział o co z tym chodzi dokładnie to napisz tutaj :) ja będę sprawdzał codziennie czy nie zamieścileś nowego komentarza :)

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *