#340 Manifest RWD

Jako bloger z ego rozszerzającym się szybciej niż wszechświat, motoryzacyjny kuźwa rzeczoznawca, matka trendów i kombajnista umysłów spokojnie i na luzach, bez strachu o zszarganie reputacji, mogę sobie popełnić tekst, w którym wyjdę na neofitę i fanboja… co niniejszym czynię. W sensie, że popełniam.

– Kiedy naprawisz halogen w kuchni?
– Potem.
– A czemu teraz nie możesz?
– Bo wspominam.

Jak bonie dydy – ostatni raz pół nocy spędziłem na wieczornym jeżdżeniu bez celu w… 1999 roku. W zeszłym wieku! Jak tylko droga była zaśnieżona zakładałem kurtkę i brałem Malucha na przejażdżkę. Parkingi, puste skrzyżowania – szkoda, że wtedy jeszcze nie było tych małych, osiedlowych rond. 10 razy felgę kamieniami klepałem. Cztery Stomile jednej zimy musiałem kupić, bo ciągle o jakiś krawężnik je ciąłem. Wypalenie baku w jedną noc nie było wyczynem, żadnym. Na dużym parkingu potrafiłem zachodzić w Maluchu takim bokiem jak stąd do Cieszyna – non stop na pełnej kontrze. Byłem mistrzem leklerka. I niestety tylko wicemistrzem żanta (dziś tam jest real), bo taki jeden gość w Polonezie miał chyba raka, bo chodził driftem tak blisko latarni, jakby nie miał nic do stracenia. A jak na rewir zajeżdżał ktoś z przednim napędem, to tylko po to, by się przyglądać.

Potem przesiadłem się do Civica i mimo 5-krotnie większej mocy nocne wypady na miasto skończyły się w dniu, w którym się zaczęły. Bo niby gdzie w aucie przednionapędowym jest frajda? OK, są niezwykle efektywne na torze, ale w delikatnych i naprawdę bezpiecznych zabawach na mokrych, nocnych ulicach dają tyle samo frajdy ile obsługa kuchenki mikrofalowej. Raz można upalić półosie i ruszyć z piskiem, tudzież szuraniem. Drugiego razu już nie ma – bo się tego po prostu nie chce robić. Silnik wyje, guma śmierdzi a Ty trzymając dwoma palcami kierownicę ruszasz wolniej niż Nysa jadąca o brzasku na giełdę kwiatową.

A Nissanem chyba ani razu nie wyjechałem nocą w poszukiwaniu frajdy. No, może z raz czy dwa zaraz po kupnie, ale wtedy tylko się woziłem docierając silnik.

Aż tu nagle pojawiła się moja najmojsza. Najpierw byłem nieśmiały i jeździłem prosto na załączonym ASC, ale wszelkie bariery pękły w Poznaniu, na deszczowym Track Day’u . Od tamtego dnia nie przepuściłem ani jednego wieczoru z mokrym asfaltem. ANI-KUŹWA-JEDNEGO. Czujesz to, człowieniu?!

Mam 36 lat, rodzinę i poważną pracę. Czasami nawet wstydzę się tego, że prowadzę bloga – przecież to jest zajęcie dla gimbusa, przecież w tym wieku powinienem mieć już krawat przyrośnięty do szyi, cztery długoterminowe lokaty, jasno określoną ścieżkę kariery i plany wakacyjne domykane najpóźniej w marcu. A tymczasem daję Margolci buziaka na dobranoc, Rybę zostawiam z jej serialami i wychodzę. Bo mam auto z tylnym napędem i akurat ulice są mokre…

Ryba tak się z tym moim nowym zwyczajem zżyła, że nawet swoje seanse serialowe planuje pod prognozę pogody.
– O! – mówi – jutro wieczorem ma padać, to ja sobie może kolejny odcinek Sherlocka ściągnę.

Uśmiecham się z wyższością, bo o jutrzejszym deszczu wiem od dwóch dni. Po prostu się tym interesuję i śledzę izohiety na bieżąco. Wygrałbym “1z10”, “Milionerów” i “Wielką grę”, gdyby tylko pytania dotyczyły opadów atmosferycznych. Odkąd mam moją najmojszą, to jest mój konik.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tylko żebyśmy się dobrze zrozumieli – prędkość maksymalna 32 km/h, okolice północy i miejsce tak odludne, że Hołek w kółko powtarza “Zawróć jeśli to możliwe”. Nie jestem debilem – mam rodzinę, małe dziecko i wszystkim, którzy na osiedlach przekraczają 50 km/h wetknąłbym w okrężnicę bagnet od oleju.

A wiec jest późno, cicho, pusto… i mokro. Wyłączam kontrolę trakcji i się zaczyna. Grube boki, długie drifty… to nie ja. Ja tak nie umiem. Jestem lamerem, tchórzem i niedorajdą.

Wiecie, czym jest tylny napęd? Otóż jest ziarenkiem pieprzu w zupie od babci. Jest delikatną rysą na ścianie nośnej. Zbyt luźną zawleczką w granacie. Niby wszystko gra, aż tu nagle JEBUDU! i nie ma czego zbierać.

Tylny napęd… on wymaga skupienia. Sprawia, że jazda samochodem jest doznaniem kompletnym i… trochę się tego słowa boję, ale co mi tam… i mistycznym. On niszczy postęp technologiczny i ośmiesza elektroniczne kagańce. On czyni samochód tym, czym de facto samochód jest – zajebiście mocną maszyną, w której wnętrznościach co chwilę dochodzi do eksplozji.

Przyzwyczailiśmy się do aut – spowszedniały nam. Wydają się takie uładzone, bezpieczne i przewidywalne. Ale to tylko dzięki temu, że jesteśmy od piekła panującego w ich trzewiach izolowani zawieszeniem, elektroniką, układem kierowniczym i pianką wygłuszającą.

Prawda jest taka, że jedna mała eksplozja w cylindrze nie większym niż puszka piwa jest w stanie wyrwać nam dłoń w nadgarstku przy jednoczesnym tak mocny zwęgleniu pozostałego kikuta, że nawet kropla krwi nie skapnie. A takich eksplozji w każdej minucie jest co najmniej kilkaset. Pierwszy, piąty, trzeci, szósty, drugi, czwarty – i od początku – pierwszy, piąty, trzeci… Cylinder za cylindrem, wybuch za wybuchem.

Zapomnieliśmy o tym, że za plecami mamy zbiornik łatwopalnego paliwa, a przed sobą silnik ujarzmiający moce przyrody. Tylny napęd, wyłączona trakcja i mokry asfalt – to naprawdę pozwala nabrać szacunku do samochodu.

I podkreślam – nie chodzi mi o żadne głębokie boki, to nie dla nas – my jesteśmy otłuszczonymi potomkami pawianów z cywilizacyjnie postępującym zanikiem mięśni, którzy tylko myślą, że potrafią. Gówno potrafimy.

Ja mówię o czymś, co nazywam mikrodriftem. Nanodriftem. Ledwo-kuźwa-widocznym uślizgiem tylnej osi. Mówię o tej manifestacji mocy – niewielkiej, drobnej ale jakże dosadnej. Przytrzymaj mnie tak o sekundę dłużej, a w mgnieniu oka dokręcisz kierownicą do ogranicznika. Igraj ze mną, a wybiję ci kciuki. Drażnij mnie, a wrócimy do domu na kole zapasowym.

Czteronapędówka chodzi jak po sznurku. Ja wiem, że dobrze ustawiona Impreza lub Lancer potrafią iść bokiem – ale nie o takich autach piszę, to inna liga. Przednionapędówka podczas wieczornej jazdy jest nudniejsza niż mieszanie zupy. Chyba że sięgasz do ręcznego – ale szczerze mówiąc, takie praktyki zawsze uważałem za niegodne, by nie powiedzieć, że wieśniackie.

Tylny napęd podczas wieczornych zabaw wymaga skupienia. Cholernie wielkiego skupienia. Ja wiem, że można otworzyć okno, wywalić rękę z auta po żebra i drzeć mordę. Ale to jest równie finezyjne i godne naśladowania, co szczanie pod wiatr albo przygotowanie prezentacji w Wordzie. Jeśli pukniesz się w czoło i czaszka nie zadudni jak pusta gaśnica, bawiąc się tylnym napędem będziesz w pełni skupiony. Do granic możliwości. Do potu na czole i plam pod pachami.

Uwielbiam czuć, że samochód jest ode mnie lepszy i silniejszy. Uwielbiam, wiedzieć, że jest trochę niebezpieczny. Uwielbiam to poczucie strachu. Do tej pory robiłem co chciałem – jak wcisnąłem gaz do deski, przednie koła na mokrym szurały i co najwyżej zamiast w lewo, jechałem prosto. No takie emocje, że aż omdlewałem z wrażenia. Do dziś na samo wspomnienie entuzjastycznie wymiotuję.

Z tylnym napędem wszystko może się zdarzyć – mogę nie złapać tyłu, mogę złapać ale zbyt nerwowo wrócić i walczyć o przeciwną kontrę, mogę iść zbyt dużym bokiem i o krawężnik zawadzić. Albo zbyt małym i zepsuć zakręt, nie czując radochy.

Wiele rzeczy mogę, poza jedną – nie mogę nie doceniać samochodu. Nie mogę go ignorować. Muszę czuć respekt. To nie jest przedni napęd, który co najwyżej wyjedzie na wprost. To nie jest zwykłe 4×4, które zrobi… które nic nie zrobi. To jest tylny napęd i idealny rozkład mas. To jest 6 cylindrów w rzędzie, które od samego dołu zbierają się jedwabiście. To jest bezpośredni układ kierowniczy i dobrze trzymający fotel. Ten samochód może sprawić, że będę wył – z radości lub przerażenia. Nigdy z nudy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Śmiejcie się. Pół roku temu też bym się z siebie śmiał. Dziś już wiem, że dzięki mojej najmojszej odnalazłem to, co czyni samochody takimi niesamowitymi przedmiotami. Otóż… samochód NIE MOŻE być jak pies, nie może być twoim najlepszym przyjacielem. Bo wtedy jest przewidywalny. Merdanie ogonem fajnie wygląda. Lizanie po twarzy jest urocze. Ale na miłość boską – jesteśmy ludźmi, panami świata, mamy kciuki, CERN i sadzimy atomowe grzyby. Od cieszenia się na widok merdającego ogona są dzieci.

Samochód powinien być bardziej jak kot. Niby przyjazny, czuły i mięciutki, ale jak go, za przeproszeniem, wkur..isz, to skończysz z palcem w gębie nerwowo poszukując plastra.

Nie zasypiam z przytulakiem, nie mam breloczka z Myszką Miki i nie płakałem na “Królu Lwie”. Chcę mieć auto charakterne. A zadziorności nie zapewnia silnik – co z tego, że jest mocny, skoro nic poza wgniataniem w fotel nie daje. Zadziorności nie zapewnia zawieszenie – co z tego że twarde, skoro tylko dupę ci obijać umie. Zadziorności nie zapewnia karoseria – bo choćby auto wyglądało jak Countach, gdy wsiądziesz czar pryska, bo już jej nie widać.

Zadziorność i charakter daje rodzaj napędu. Na co dzień niezauważalny, ot po prostu autem porusza. Ale jak przegniesz, jak świadomie go zdenerwujesz – to się człowieniu teraz broń. I ty się bronisz, garściami żrąc adrenalinę popijaną endorfinami.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przeczytałem wszystko powyższe przed chwilą ponownie i… nie tak to miało brzmieć. Zbyt patetycznie wyszło, zbyt egzaltowanie. Ale inaczej tego ująć nie potrafię. Ja naprawdę mam lekkie palpitacje, gdy sobie uzmysławiam, że wieczorem ma być mokro a pod domem stoi moja najmojsza pięknie chodząca slajdami.

Przy normalnej jeździe, na suchym, z rodziną w środku lub w drodze do biura rodzaj napędu jest praktycznie nieistotny. Czy mnie pcha, czy ciągnie, czy się z czterech odpycha – to bez znaczenia. Równie dobrze mógłbym mieć tylko przednie lewe koło napędzane – w korku lub na piątce przy 90 km/h napęd jest równie ważny co pojemność schowka przed pasażerem. Ale…

Ale… wiem, że Saaby mają rzeszę fanów. Że za Audi wielu oddałoby nerkę. Że Volvo to jest marka co się zowie. Ale na miłość boską – w pewnym momencie dochodzi się do takiego punktu, w którym żadne z tych aut nie rożni się od nijakiej, emeryckiej Almery. To oczywiste, ze ładniej wyglądają i są po prostu lepsze. To oczywiste, że wygodniej zawiozą na wakacje i nie wstyd podjechać nimi na spotkanie z dawno niewidzianymi kumplami z liceum. Ale wieczorem, gdy za oknem pada deszcz a Tobie nie chce się spać… wtedy te wszystkie auta są równie podniecające co abażur.

Chciałbyś wyjść, się autem nacieszyć i… i zostajesz w domu. Bo samo wożenie się może i jest fajne, ale to już przerabiałeś – i zawsze jest tak samo – płynnie, na wprost, normalnie orgazm i pazury wbite w plecy. No prawie.

Co zostaje? Jeśli nie jesteś debilem, to nic Ci nie zostaje. Bo przecież nie będziesz zapierdzielał po osiedlu po odcięcie i udawał, że umiesz zakręt pokonać od zewnętrznej, przez apex, do zewnętrznej. Nie jesteś też mistrzem prostej i nie palisz gum ze startu, bo poziomem IQ jednak odbiegasz znacząco od tostera. Więc auto pod oknem moknie, a ty siedzisz w domu przesiąknięty… frustracją.

Tymczasem ja… dobrze wiesz, co ja wtedy robię. Ja na odludziu, na szerokim rondzie lub pustym skrzyżowaniu idę lekkim bokiem. Tyłkiem czuję samochód. Nogą muskam gaz. Na moment puszczam kierownicę, by sama złapała kontrę, a potem delikatnie trwam w uślizgu. Spoglądam na prędkościomierz – 32 km/h. Prostuję auto, zawracam i jeszcze raz to samo. Tym razem mi się nie udaje – zbyt mało gazu, za krótki drift. Więc zawracam ponownie i znów… pięknie, idealnie – mała kontra ale długi i płynny uślizg. 31 km/h. Bosko. Przystaję przy krawężniku, wyrzucam na luz i się najzwyczajniej w świecie śmieję. Tak szczerze i naturalnie – jak nigdy przy ludziach. Trochę do siebie, trochę do auta.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Chyba podjadę do Makro po zgrzewkę waleriany, bo skoro teraz tak się podniecam, to gdy spadnie pierwszy śnieg, niechybnie z nadmiaru emocji z czuba przykopię w kalendarz.

121 komentarzy

  1. @Blogo może nie uwierzysz, ale szukałem M3 jakieś 4 lata z założeniem “Kupię w super stanie albo wcale”. Moim założeniem dotyczącym E46 M3 jest trzymanie go na zawsze. 2,5 roku temu zrezygnowany kupiłem 330Ci, ale dalej szukałem M3. Byłem oglądać może 3 ale zawsze wracałem zrezygnowany. Jedna została sprzedana tego samego dnia jak się pojawiła. W końcu trafiłem moje autko 30 km od domu. Super zadbana, pełna historia, serwisowana tylko w BMW oraz potwierdzona i certyfikowana przez BMW (podobnie jak Twoja).
    Proszę:
    https://www.dropbox.com/sh/31p6u0o0e59lej6/CZM2mjcayT
    pierwsze zdjęcia z garażu. Z tyłu moje 330Ci :). ale wybaczcie jakość bo łapy mi się trzęsły z wrażenia i chciałem jechać więc zrobiłem kilka fot na szybko i po prostu pojechałem na spacerek :)

  2. eeee… nie ma dachu otwieranego (na deszcz) :P

    Tr0n – gratulacje – piękne auto – legenda! Wygląda na zadbaną, a co do frajdy z jazdy się nie wypowiadam bo słynny ostatnio Felix połowy tej frajdy nie doświadczył podczas skoku :)

  3. @bazylfox – no jak nie ma jak ma. Pierwszy raz będę miał szyberdach w aucie. Jeszcze nie wiem czy się zaprzyjaźnimy ;)
    Autko jest mega zadbane – rury wydechowe są wyczyszczone nawet od wewnątrz.
    Uwielbiam model E46 – frajda z jazdy i detale w wyglądzie które cieszą oko i ucho przy normalnej jeździe.
    Poprzedni właściciel miał numer rejestracyjny od pojemności auta 3246ccm

  4. @Zbigniew:
    No tak, ale tu wszystko na spince, pewnie kilka razy kręcone, montaż… Ryje beret (koleś daje radę), ale ja tak nigdy nie będę jeździł… A tak niespiesznie, lekkim ślizgiem to może i mi się uda (o ile mi 75 sól nie zeżre) – i dlatego takie filmy mnie inspirują :).

  5. @Renek jasne, że bym wolał ale szukałem A4 kombi TDI z automatem i nie znalazłem, z żalu kupiłem pierwsze co się nawinęło. No i teraz będę się męczył z tym M3.

    Druga wersja jest taka: jasne, że bym wolał ale szukałem A4 kombi TDI z automatem i żona mi nie pozwoliła kupić.
    – Madziuniu ale ja chciałbym tak bardzo to Audi – powiedziałem rozpaczliwie
    – Nie, masz kupić auto które będzie Ci przypominało o żonie, jakieś na M, zrozumiałeś
    – Tak kochanie, czy może być M3?
    – A co to znaczy M3?
    – No… hmmm, Moja Miłość Madziunia
    – Tak, to ma być takie
    No i jak sam widzisz nie miałem wyboru ;)

  6. No to teraz Blogo skrzykuje jakiś spocik, TrOn ma pretekst żeby odbyć miły trip nowym nabytkiem, a reszta Szwagrów też się cieszy bo każdy będzie miał okazję odcisk nosa na szybie M3 zostawić :)

  7. Mój przednionapędowy Peugeot 407 też chodzi bokiem. Wystarczy na mokrym ciut za szybko wejść w zakręt, nie potrzeba ręcznego.

  8. Super manifest. Popieram. Latam na letnich po Warszawie na codzień. Kupiłem moją MX5 ND 2.0 LSD 2016 z końcem listopada. Kasy na zimówki brakło. Jak się bałem jeździć, a mimo innego FWD samochodu pod blokiem na zimówkach… ani razu nie skorzystałem do dziś. A mamy marzec. Ten inny samochód oddany już szwagrowi tydzień temu – był zbędny i by zgnił jak Twoja Almera. Ok nie zgniłby bo to był pancerny Stilo 1.9 JTD (3d, linia tyłu wg mnie świetna).

    Na szczęście w MX5 ND ESP pozwala na drift do około 5 stopni, więc jak się dobrze wjeździ to jest niewyczuwalne, jak się przegnie – uratuje.

    Ale mam 180 cm, nie jak Ty okolice 2 metrów :-)

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *